Monthly Archives: Kwiecień 2012

Mleko orzechowe

Zwykły wpis

Pij mleko – będziesz wielki 🙂 A jeśli z jakichś przyczyn nie możesz lub nie chcesz pić mleka zwierząt – pij mleko roślinne. I zrób je sobie sam 🙂 Oczywiście, pod względem zawartości poszczególnych składników odżywczych mleko np. z nerkowców (na zdjęciu) niewiele ma wspólnego z mlekiem krowim czy kozim. Ale jeśli chodzi o smak, może być całkiem dobrym zmiennikiem. I mimo że nerkowce akurat są dosyć drogie, to i tak za litr wychodzi taniej niż gdyby kupować mleko sojowe lub ryżowe w sklepie. Jest banalne do zrobienia i smaczne. No i mamy pewność, że pijemy coś świeżego i w 100% naturalnego, a nie coś, co pół roku spędziło na półce w supermarkecie 😉

Jeśli nie macie super hiper mocnego blendera, to na początek polecam Wam wypróbowanie właśnie nerkowców z tej prostej przyczyny, że są chyba najmiększe z orzechów, szczególnie po namoczeniu. Byle mikserek powinien dać sobie z nimi radę – mnie się nie chciało rozkładać robota kuchennego, więc miksowałam je blenderem ręcznym, tzw. żyrafą, i mleko było gotowe w niecałą minutę.

Składniki

  • szklanka orzechów (np. nerkowca lub migdałów, świetne są też macadamia, ale ich cena jest zdecydowanie mniej świetna :P)
  • 4 szklanki zimnej wody
  • 3 daktyle lub kilka łyżek syropu z agawy lub kilka łyżek cukru (można pominąć, szczególnie w przypadku nerkowców, które same z siebie są słodkawe – to kwestia upodobań)
  • szczypta soli

Przygotowanie

Jeśli używacie migdałów w skórkach, to najlepiej najpierw namoczyć je przez kilka minut w gorącej wodzie i zdjąć skórki. Nie jest to zbyt trudne. Następnie orzechy zalewamy zimną wodą. Jeśli w charakterze słodzika używacie daktyli, to również można je wrzucić, żeby zmiękły i łatwiej się zmiksowały. Moczymy je najlepiej przez ok. 8 godzin. Można trochę krócej, ale im dłużej się moczą, tym są miększe i łatwiej je zmiksować.

Po namoczeniu dodajemy do wody szczyptę soli i całość miksujemy, aż otrzymamy jednolity płyn. I gotowe, pod warunkiem, że nie przeszkadzają Wam orzechowe fusy pływające w mleku 😉 Mnie nie przeszkadzają, więc na tym etapie przelewam całość do szczelnie zamykanego pojemnika, który można trzymać w lodówce. Przed użyciem należy porządnie wstrząsnąć, bo orzechowe drobinki opadną na dno. Należy się liczyć z tym, że po wypiciu np szklanki kawy z takim mlekiem, na dnie zostanie mniej więcej łyżeczka orzechowych farfocli 🙂

Jeśli chcecie mieć mleko bez fusów, należy je przecedzić. W tym celu duże sito lub durszlak wykładamy czystą lnianą ściereczką lub kilkakrotnie złożoną gazą. Umieszczamy nad sporym naczyniem i przez ściereczkę przelewamy orzechową miksturę. Do naczynia spłynie mleko orzechowe, natomiast na ściereczce zostaną orzechowe szczątki 😉 Można po przelaniu całości „wyżąć” jeszcze orzechową pulpę, żeby wycisnąć z niej resztki mleka. Nie wyrzucajcie jej, można ją wykorzystać – np. dorzucając do jogurtu czy musli, albo bardziej kreatywnie – trochę pomysłów pojawi się tu niebawem 🙂

Mleko jak i orzechowe pozostałości przechowujemy w lodówce. Smacznego 🙂

Przepraszam za dłuższą przerwę, ale po wariackim tygodniu w pracy nadszedł miły weekend bez wody w domu, żeby nie było za łatwo 😉 Pękła gdzieś rura, sąsiadom się lało na głowę, więc wodę trzeba było wyłączyć.  Aby zlokalizować, co i gdzie się leje, trzeba było rozebrać jedną z kuchennych szaf. Więc sobotę, będącą początkiem majówki i jednocześnie piątą rocznicą ślubu, spędziliśmy z mężem w uroczej scenerii pt. ” brudne ciuchy wypadają z kosza i nie da się ich uprać, brudne naczynia zawalają całą kuchnię, a resztę wolnej przestrzeni zawalają czyste naczynia, które normalnie stoją w szafie, którą jednakowoż trzeba było rozmontować”. Do tego dwóch miłych panów majstrujących przy rurach 🙂 Na szczęście majstrowanie przynioslo efekty – woda wróciła, można było zrobić pranie, umyć naczynia i się wykąpać (!!!). Niestety, zawartość szafy dalej stoi na środku kuchni, bo panowie fachowcy kazali na razie zostawić dostęp do rur i obserwować, czy przypadkiem znów nie zacznie się coś lać. Odpukać, na razie nie zaczęło, więc mam nadzieję, że niebawem przestanę potykać się o półmiski 😉

Reklamy

Kremowa zapiekanka serowa z kalafiorem

Zwykły wpis

W tym tygodniu nie mam czasu na szałowe przepisy i  zdjęcia. A dokładniej rzecz biorąc, to nie mam czasu zupełnie na nic, bo ten tydzień jest aż nazbyt szałowy w pracy. Kiedy dowlokę się do domu po 10 godzinach w biurze, rzadko mam ochotę gotować, a jeszcze rzadziej dbać o to, żeby to, co ugotuję, było fotogeniczne 😉 No ale coś jednak trzeba jeść, a czasem okazuje się, że moja radosna twórczość nadaje się do pokazania szerszej publiczności 😉 Tak było w przypadku tej zapiekanki 🙂

Od małego nie przepadam za kalafiorem, ale mimo to co jakiś czas go kupuję. Potem leży w lodówce i czeka na zbawienie, a jak juz zagraża samodzielnym wyjściem, zbieram sie w sobie i coś z niego szykuję. W ten sposób powstało parę fajnych dań: zupa krem z kalafiora i nerkowców, tarta kalafiorowa, czy sałatka z pieczonego kalafiora z bakaliami.

Wczoraj też kalafior zdecydowanie domagał sie wykorzystania. Po krótkiej konsultacji z Google’m znalazłam ten przepis. Od siebie dodałam zielony groszek i orzechy, nie dodawałam za to bekonu ani sera cheddar (bo nie miałam). W efekcie wyszła mocno serowa, baaardzo sycąca zapiekanka z wyraźnym zapachem gałki muszkatałowej. Polecam Wam do niej pomidory lub jakąs lekką sałatkę

Składniki (na 3-4 porcje)

  • 1 mały kalafior
  • ok. szklanki zielonego groszku (uzyłam mrożonego)
  • ok. łyżka oliwy
  • pół łyżeczki gałki muszkatałowej
  • szczypta soli

sos serowy

  • ok. 100 g sera Gruyere
  • ok. 2/3 szklanki tartego parmezanu
  • kubeczek jogurtu lub smietany (200 ml)
  • 2 jajka
  • ok. pół łyżeczki gałki muszkatałowej
  • sól i pieprz do smaku
  • garść orzechów włoskich

Przygotowanie

Kalafiora dzielimy na różyczki. Mieszamy z groszkiem, oliwą, gałka muszkatałową i solą, przekładamy do naczynia żaroodpornego i pieczemy ok. 30 minut w 180 stopniach. Wszystkie składniki sosu, z wyjątkiem orzechów, miksujemy na jednolitą masę. Następnie dodajemy orzechy i jeszcze moment miksujemy tak, żeby orzechy sie pokruszyły, ale żeby całośc nie była zupełnie jednolita.

Wyjmujemy naczynie z kalafiorem z piekarnika, zalewamy sosem. Ewentualnie na wierzchu układamy kilka całych orzechów dla dekoracji. Ponownie wstawiamy do piekarnika i pieczemy jeszcze ok 30 minut, az wierzch ładnie się zrumieni. Przed podaniem studzimy 15-20 minut. Smacznego 🙂

Chutney truskawkowo-pomarańczowy

Zwykły wpis

Dzisiaj przygotowałam doskonałe towarzystwo dla sera 🙂 Słodko-pikantny chutney z truskawek i pomarańczy. Pochlebiam sobie, że jest o wiele ciekawszy w smaku od kupnej żurawiny w słoikach, a do tego na pewno zdrowszy, biorąc pod uwagę, że rzeczona żurawina zawiera przy dobrych wiatrach 50% cukru (przy gorszych więcej ;)). Dobrze sprawdza się z serami wędzonymi (w tym oscypkiem widocznym na zdjęciu), ale też z łagondymi serami pleśniowymi typu brie czy camembert.

Składniki

  • 2 szalotki lub jedna mała cebulka
  • ok. 400 g truskawek świeżych lub mrożonych
  • 2 małe pomarańcze (lub jedna większa)
  • 1,5 łyżki octu balsamicznego
  • łyżeczka miodu
  • szczypta pieprzu
  • łyżka oleju do smażenia

Przygotowanie

W rondelku rozgrzewamy olej. Wrzucamy drobno posiekane szalotki i smażymy ok 3-4 minuty, aż zmiękną. Następnie dodajemy pokrojone w kostkę owoce. Im dokładniej oskubiecie pomarańcze z tych białych farfocli, tym łagodniejszy będzie chutney. Białe „coś” dodaje nieco goryczki, która mi osobiście nawet pasuje, ale może przeszkadzać osobom wolącym ładgodniejsze smaki. Dodajemy miód, ocet balsamiczny i pieprz i gotujemy na niedużym ogniu jakieś 25-30 minut, mieszając od czasu do czasu. Następnie można przełożyć chutney do słoika, zakręcić, postawić do góry nogami i przykryć kocem, ręcznikiem itp., żeby bardzo powoli wystygł. Dzięki temu słoik się zamknie i można będzie przechowywać go długo, tak jak zamknięte powidła czy dżem.

Dlaczego nie należy tatuować imion, co to ma wspólnego z blogowaniem i pieczone jabłka z pikantnym farszem

Zwykły wpis

Kiedy kilka lat temu robiłam sobie tatuaż, wśród różnnych porad (typu „wybierz studio, w którym sterylizuje się sprzęt” ;)) powtarzała się też rada, żeby nie tatuować sobie imienia partnera lub partnerki, bo życie różnie się układa i może się okazać, że tatuaż przetrwa o wiele dłużej niż partner bądź partnerka (oczywiście przetrwa w tej roli, nie zakładam, że osoba szybko zejdzie z tego świata ;)). Akurat jeśli chodzi o tatuaż, to nie miałam w planach wymalować sobie imienia ukochanego, mimo że byłam już wówczas mężatką. Ale popełniłam podobny błąd z blogiem.

Co ma blog – i to blog o gotowaniu – do tatuażu? Otóż, dokładnie rzecz biorąc, chodzi o nazwę bloga. Wymyślając taką a nie inną nazwę, dałam jasno do zrozumienia, że na blogu będa przepisy bezmięsne. Co niniejszym się zmienia. Przyczyn tej decyzji jest wiele. Główną jest moje samopoczucie i różnica, jaką odczułam po powrocie do spożywania mięsa i ryb. Różnica, którą zauważyłam dosłownie w przeciągu kilku dni. Nie będę się wdawać w bądź co bądź publicznym miejscu w szczegóły moich zawirowań zdrowotnych, poza tym myślę, że naprawdę nie chcecie o nich czytać, zwłaszcza na blogu kulinarnym 😉 Jednak, eksperymentując przez ponad dwa lata z dietą wegetariańską, wegańską, surową, znowu wegetariańską… doszłam do wniosku, że człowiek jest zwierzęciem wszystkożernym i niestety, ale potrzebujemy do prawidłowego funkcjonowania również białka zwierzęcego, w tym mięsa i ryb. Nasi przodkowie jedli w dużej mierze to, co upolowali, więc my również mamy problemy z przetrwaniem na tofu 😉 A przynajmniej ja mam, mimo że tofu lubię 🙂

Wiem, że część z Was zagląda tu tylko w poszukiwaniu przepisów wegetariańskich lub wegańskich, których na pewno będzie mniej (ale będą, pomysł na wegańską tartę czeka już na wypróbowanie :)). Liczę się z tym, że wiele osób „wypisze się” z listy fanów na facebooku, może będzie mniej czytających. Cóż, mowi się trudno i żyje się dalej 🙂 Proszę tylko osoby, które mają ochotę mi napisać, że dołączam do grona morderów i szowinistów gatunkowych, żeby się powstrzymały, bo ja nikogo nie obrażam i tego samego oczekuję od innych.

Niebawem pojawią się kolejne nowe przepisy. Uwielbiam gotować, fotografować i dzielić się swoimi kulinarnymi wynalazkami i zamierzam robić to dalej 🙂

Dlatego już dziś mam dla Was pierwszy „wszystkożerny” przepis na zapiekane jabłka ze słodko-pikantnym farszem z kiełbasy i warzyw. Pewnie połączenie kiełbasy z cynamonem wielu osobom wyda się co najmniej dziwne, ale moim zdaniem smakuje naprawdę wyśmienicie 🙂 Zachęcam do spróbowania – do odważnych świat należy 🙂

Składniki (na 4 porcje)

  • 4 duże jabłka
  • ok. 350 g kiełbasy – u mnie pół na pół biała kiełbasa autorstwa mojego taty i kiełbasa myśliwska ze sklepu
  • 1 jajko
  • 1 duża marchewka
  • 2 łodygi selera naciowego
  • pół sporej cebuli
  • 1/4 szklanki orzechów włoskich lub pekan, plus ewentualnie kilka do dekoracji
  • kilka łyżek oleju do smażenia
  • ok 1,5 łyżeczki cynamonu
  • kilka daktyli lub garść rodzynek
  • sól i pieprz do smaku

Przygotowanie

Jabłka wydrążamy ostrym nożem tak, żeby do środka dało się włożyć farsz. Pozostawiamy dosyć grube ścianki (ponad centymetr), żeby nie rozpadły się podczas pieczenia. Na patelni rozgrzewamy olej. Kiełbasę kroimy na drobne kawałki, podsmażamy kilka minut i przekładamy do miseczki (olej zostaje na patelni). Marchewkę trzemy na tarce jarzynowej, selera i cebulę drobno siekamy. Orzechy, z wyjątkiem kilku do dekoracji, oraz daktyle również siekamy.  Wrzucamy warzywa na rozgrzaną patelnię, dodajemy orzeechy, daktyle i przyprawy i smażymy ok. 5 minut, często mieszając. Warzywa przekładamy do miski z kiełbasą, dodajemy jajko i mieszamy. Farsz wkładamy do wydrążonych jabłek. Posypujemy po wierzchu cynamonem i ewentualnie układamy półówki orzechów. Jabłka ustawiamy w naczyniu żaroodpornym i zapiekamy ok. 30-35 minut w 180 stopniach. Smacznego 🙂

PS. Nowa nazwa bloga niebawem.

PS2. Tato, biała kiełbasa wymiata 🙂

Aksamitny krem czekoladowy

Zwykły wpis

Dziś ekspresowy przepis na śniadanie lub deser. Nietypowy budyń czekoladowy na bazie jajek, za to bez dodatku mąki. Osobiście długo się zbierałam, żeby go zrobić. Pomysł przyszedł mi do głowy już jakiś czas temu, ale obawiałam się, że gotowane jajka w wersji na słodko mogą się okazać całkowitą porażką. Efekt jest jenak niezły, a nawet lepiej niż niezły 🙂 W ogóle nie czuć charakterystycznego zapachu jajek, zwłaśzcza jeśli odczekamy kilka minut przed jedzeniem.

Wydaje mi się, że to świetny przepis na tzw. recovery food – jedzenie spożywane niedługo po treningu, kiedy trzeba dostarczyć organizmowi białka i węglowodanów, aby uzupełnić zapasy glukozy i odbudować mięśnie. Powyższy wynalazek jest smaczny, szybki do zrobienia, płynny (prawie), co powoduje, że organizm łatwiej przyswaja składniki odżywcze i nie zawiera proszków proteinowych i innych dziwnych wynalazków będących wytworami przemysłu petrochemicznego 😉 Osobiście w całej mojej diecie staram się trzymać prostej zasady – jeśli coś zawiera składniki, których nazw nie potrafisz wymówić, to prawdopodobnie nie powinieneś tego jeść 😉

Składniki (na jedną porcję)

  • 1 – 2 jajka na twardo (u mnie właściwie półtora, bo gotowałam dwa, ale pół jednego wypłynęło ;))
  • pół banana (lub cały, jeśli chcecie trochę słodsze)
  • 2/3 szklanki mleka (krowiego, roślinnego, nie ma znaczenia, od biedy pewnie nawet woda da radę 🙂 ja użyłam kokosowego)
  • 1 – 2 łyżki kakao
  • 1 łyżka kawy  rozpuszczalnej (opcjonalnie)
  • szczypta cynamonu
  • ewentualnie syrop z agawy, miód lub cukier do smaku – ja nie używałam, ale lubię bardzo gorzką czekoladę
  • dodatki wedle upodobania i zawartości lodówki: świeże lub suszone owoce, orzechy lub masło orzechowe, wiórki kokosowe, kawałki czekolady…

Przygotowanie

Wszystko zmiksować 🙂 Dodać dodatki 😉 Najlepszy jest mocno schłodzony. Smacznego 🙂

Przepis dodaję do akcji Training and Recovery Food

Salsa z mango

Zwykły wpis

Dziś mam dla Was pomysł na smaczny dodatek do dań inspirowanych kuchnią meksykańską. Słodko-pikantna salsa doskonale sprawdzi się z ryżem i np. czerwoną fasolą, pieczonym tofu, albo – dla wszystkożerców – grillowanym kurczakiem czy krewetkami. Połączenie jej z rybą przerasta moją wyobraźnię, ale wiem, że niektórzy tak jedzą, więc może warto spróbować 🙂 Wyraźnie czuć w niej owocowy posmak. Jest lekka i orzeźwiająca, w sam raz na zaczynający się sezon wiosenno-letniego grillowania 🙂

Składniki

  • dwie szalotki lub jedna nieduża cebula
  • łyżka oleju do smażenia
  • dwie papryki (u mnie czerwona i żółta)
  • jedno spore mango
  • jedna papryczka chili lub kilka plasterków marynowanego chili
  • 1 – 2 łyżki syropu z agawy lub miodu, ew. łyżka cukru
  • sok z jednej limonki (albo połowy cytryny)
  • nieduży kawałek świeżego imbiru (albo szczypta imbiru w proszku)
  • szczypta kminku
  • ok 2 łyżki świeżej posiekanej kolendry
  • opcjonalnie kilka gałązek świeżej mięty
  • sól do smaku

Przygotowanie

Na patelni rozgrzewamy olej. Szalotki drobno siekamy i smażymy na średnim ogniu, aż zmiękną. Paprykę i mango kroimy w drobną kostkę (mango oczywiście wcześniej obieramy). Imbir trzemy na drobnej tarce. Papryczkę chili drobniutko siekamy. Wszystkie składniki oprócz kolendry i mięty wrzucamy na patelnię i dusimy jakieś 8 – 10 minut, mieszając od czasu do czasu. Papryka i mango powinny trochę zmięknąć, ale nie rozpaść się na papkę. Zdejmujemy patelnię z palnika, wrzucamy posiekane zioła i mieszamy. Ewentualnie doprawiamy do smaku.

Niezdecydowana marchewkowa krajanka owsiana z curry ;-)

Zwykły wpis

Niezdecydowana, bo nadal nie jestem pewna, czy jest bardziej słodka, czy bardziej pikantna, ale chyba jednak to drugie 🙂 W założeniu miała być zupełnie bez dodatków słodzących, ale nie mogłam „trafić” w smak i wyszło jak wyszło – chyba nie najgorzej. Dzielni testerzy moich kuchennych rewolucji dostaną swój przydział w poniedziałek i złożą raporty 😉

Myślę, że w tego typu wypiekach dobrze się sprawdzą różne kombinacje dodatków i przypraw od słodkich do zdecydowanie wytrawnych. Najważniejsze jest stworzenie bazy takiej, żeby po upieczeniu krajanka z jednej strony się nie kruszyła, z drugiej nie był za miękka, a z trzeciej nie groziła uszkodzeniem uzębienia 😉 Pod tym względem odniosłam pełen sukces, a nie była to pierwsza próba. Pierwsza zakończyła się blachą pełną całkiem smacznych okruchów 😉 Tym razem uzyskałam twardszy wierzch i spód z nieco miększym środkiem, a całość pełna chrupiących pestek z ziaren. Absolutnie bezproblemowo się kroi, nawet jeszcze ciepła.

No to się pochwaliłam 🙂 Spróbujcie i sami oceńcie 🙂

Składniki

  • 2 szklanki płatków owsianych (albo innych, u mnie mix pięciu zbóż)
  • pół szklanki mąki pełnoziarnistej
  • ok. 2/3 szklanki mąki z cieciorki
  • 2 czubate łyżeczki siemienia lnianego + pół szklanki ciepłej wody
  • 2 średnie marchewki
  • 3 – 4 czubate łyżki tahini lub masła orzechowego
  • prawie pełna szklanka pestek słonecznika
  • 200 g pestek dyni
  • pół szklanki nasion sezamu
  • pół szklanki nasion siemienia lnianego
  • 3 – 4 łyżki syropu z agawy
  • 1 – 2 łyżki sosu sojowego
  • ok. pół łyżeczki soli
  • 1 -1.5 łyżki curry
  • 1 – 1.5 łyżki musztardy
  • łyżka kardamonu
  • łyżka cynamonu
  • łyżeczka gałki muszkatałowej
  • szczypta pieprzu
  • sok z 1 cytryny
  • olej do wysmarowania formy

Przygotowanie

Siemię lniane rozprowadzamy w ciepłej wodzie, mieszamy i odstawiamy na kilka minut. Marchewkę trzemy na drobnej tarce. Wszystkie składniki z wyjątkiem oleju mieszamy w dużej misce. Wyrabiamy masę rękami – będzie bardzo gęsta i trochę lepka, powinna bez problemu dać się uformować w jedną bryłę. Gdyby była za sucha, dolewamy kilka łyżek wody (ale ostrożnie, po łyżeczce, bo z doświadczenia wiem, że przy tego typu przepisach wystarczy 2 krople wody za dużo i zamiast krajanki wyjdzie owsianka ;)).

Naczynie do zapiekania smarujemy olejem i wkładamy masę. Wyrównujemy wierzch, mocno ugniatając i pieczemy 35 – 40 minut w 180 stopniach. Studzimy i kroimy na porcje – u mnie wyszło kilkanaście kwadracików, nie pamiętam już dokładnie ile, bo część została zjedzona na miejscu 😉