Monthly Archives: Luty 2012

„Mieszanka studencka” z nutą japońską :-)

Zwykły wpis

Po tajskich burgerach, pozostając w kręgu Dalekiego Wschodu, proponuję Wam śmieszną przekąskę, a właściwie coś do chrupania przy oglądaniu TV (albo czytaniu blogów kulinarnych, bo wtedy człowiek robi się głodny ;)). Stąd właśnie moje skojarzenie z mieszanką studencką.

Jak już kiedyś pisałam, kocham orzechy i chyba nie ma takiej ilości, po której by mi się przejadły. A orzechy z rodzynkami albo innymi suszonymi owocami to już w ogóle 😉 Jednak z orzechami są dwa problemy. Po pierwsze są bardzo kaloryczne. Niby to zdrowe tłuszcze a do tego witaminy, błonnik itp. itd. ale mimo wszystko tłuszcze, więc na obwód bioder zbyt dobrze nie robią… Drugi problem jest taki, że orzechy (zwłaszcza arachidowe ale inne też) są bardzo silnymi alergenami i wiele osób nie może ich jeść. Osobiście (odpukać!!!) nie mam na nie alergii, więc przyznaję bez bicia, że raczej brałam pod uwagę problem nr 1 🙂

Pomysł zaczerpnęłam z bloga Happy Herbivore. W oryginalnym przepisie pojawiał się groszek w polewie wasabi. W naszych sklepach nie widziałam takiego wynalazku. Znalazłam na blogach przepisy na groszek z wasabi domowej roboty, ale obejmowały m.in. suszenie owego groszku w piekarniku przez 5-6 godzin, więc odpadły w przedbiegach. Znalazłam jednak coś, co się nazywa Wasabi Snacks, zrobione jest głównie z ryżu, a producent chwali się, że nie zawiera tłuszczu ani cholesterolu. Widziałam te chrupki już w kilku supermarketach, więc nie powinno być problemu z ich znalezieniem. Kosztują około 6 zł a wyglądają tak:

Do tego, aby utrzymać się w klimacie japońskim, upiekłam cieciorkę z dodatkiem pasty miso, którą niedawno kupiłam i jestem na etapie testowania, co też można z nią zrobić. Efekt był fajny, ale ponieważ miso jest strasznie drogie, można w przepisie bez wielkiej straty dla smaku zastąpić je solą.

Tak więc, po tym przydługim wstępie…

Składniki (na sporą miseczkę)

  • opakowanie Wasabi Snacks (mogą być też orzeszki w polewie wasabi, jeśli Wam nie przeszkadzają powyższe problemy orzeszkowe. Smakowo na pewno nie będzie gorsze)
  • 2 garści suszonej żurawiny

na pieczoną cieciorkę

  • puszka cieciorki (400g)
  • niecała łyżka oleju
  • 2-3 łyżki syropu z agawy lub klonowego
  • 1,5 łyżeczki miso (lub spora szczypta soli)
  • ok. pół łyżeczki octu ryżowego (albo innego, ale ryżowy pasował mi do japońskiego klimatu ;))

Przygotowanie

Cieciorkę dokładnie odcedzamy na sitku. Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni. Mieszamy syrop z agawy, miso, olej i ocet, a następnie cieciorkę dokładnie mieszamy z powstałą masą (aczkolwiek z zachowaniem elementrarnej delikatności, żeby nie uzyskać humusu o smaku miso ;)). Układamy na blasze do pieczenia przykrytej pergaminem lub matą silikonową albo na dnie dużego płaskiego naczynia żaroodpornego. Pieczemy ok 30-35 minut, mieszając kilka razy (mniej więcej co 10 minut).

Uwaga: Nie próbujcie upiec innej fasolki zamiast cieciorki. W tym przypadku zamiana nie działa – wiem, bo próbowałam 😉

Po wystudzeniu cieciorki mieszamy ją z pozostałymi składnikami. Przechowujemy w zamkniętym pojemniku, w suchym miejscu. Smacznego 🙂

Przepis dodaję do akcji Warzywa Strączkowe

Wspomnienie lata, czyli obiad z nutą tropikalną

Zwykły wpis

Dzisiaj mam dla Was dwa przepisy na dania, które przypomną wakacje pod palmami 🙂 Co prawda w Tajlandii jeszcze mnie nie było, ale wszystko przede mną 😉 Mimo to tajskie burgery przywołują wspomnienia żaru tropików i pozwalają przez chwilę nie myśleć o padającym poziomo śniegu z deszczem za oknem. No cóż, do wiosny z każdym dniem coraz bliżej i tego się trzymajmy 🙂

Przepis na tajskie burgery pochodzi z książki Peas and Thank you – jednego z moich prezentów od Mikołaja. Bardzo lubię bloga autorki, więc na książkę też się skusiłam i nie żałuję. Jest to pierwsza książka kucharska, którą czytam dla rozrywki (no dobra, jedna z pierwszych którą w ogóle czytam, ale cóż ;)). Każdy przepis to jednocześnie rodzinna historia, wspomnienie, refleksja z dużą dozą autoironii… Przy tym przepisy są „normalne” – dla ludzi, którzy mają zycie poza kuchnią i nie czują potrzeby tudzież nie mają czasu spędzać dziennie 3 godzin przy garnkach, szykując jakieś wyuzdane smakołyki. Składniki też są ogólnie dostępne, przynajmniej ogólnie dostępne w USA – u nas może być problem ze znalezieniem wegańskich serów, które czasem pojawiają się w książce. Ale do przygotowania opisanych tam potraw nie potrzeba wodorostów z dna Rowu Mariańskiego czy innych wynalazków, których normalny człowiek nawet ze świecą nie znajdzie 😉 Naprawdę myślę, że składniki do 85% potraw bez problemu można znaleźć w zwykłym supermarkecie, nie zapędzając się nawet do sklepu ze zdrową żywnością.

Tak więc tajskie burgery – pachące kolendrą, imbirem, sezamem, limonką… Pycha 🙂 W storunku do oryginalnego przepisu zmieniłam niewiele – podaję oryginalny przepis i moje modyfilacje.

Składniki (na 4 burgery)

  • 1/3 szklanki mąki z cieciorki + łyżka płatków owsianych (w oryginale 1/3 szklanki płatków zmielonych w blenderze na mąkę, ale jakoś u mnie to mielenie nie działa, więc używam mąki z cieciorki lub bułki tatrej)
  • puszka fasoli (400g) – w oryginale cieciorka, ale akurat nie miałam. Użyłam fasoli falożetki, myślę, że może być też biała, byle tylko nie czerwona, bo kolor będzie dziwny 😉
  • pół małego brokuła startego na tarce
  • 3 łyżeczki sosu sojowego
  • 2 ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę
  • 2 łyżeczki oleju sezamowego
  • 3 łyżki posiekanej kolendry
  • 3 łyżeczki imbiru startego na drobnej tarce
  • 2 łyżki masła orzechowego
  • olej do smażenia

Przygotowanie

Łatwizna – wszystkie składniki wkładamy do blendera i miksujemy, ale tak, żeby nie była to zupełnie jednolita papka. Ewentualnie doprawiamy do smaku. Masa jest dosyć rzadka (tzn. rzadka jak na masę na kotlety), ale nie należy się tym przejmować. Formujemy 4 kotlety i smażymy na rozgrzanym oleju około 5-6 minut z każdej strony.

Ostatnio znalazłam te na blogu Oh She Glows przepis na ciekawą sałatkę w tropikalnym klimacie. Kapusta włoska, która u nas chyba nie jest specjalnie popularna, a jeśli już, to do zawijania gołąbków, u naszych przyjaciół zza oceanu jest szeroko wykorzystywana jako baza sałatek.

Początkowo ten pomysł jakoś mnie nie przekonywał, bo przecież kapusta jest dosyć twarda, a włoska chyba jeszcze twardsza niż zwykła. Ale okazuje się, że jest trik 😉 Do takiej sałatki trzeba dodać naprawdę duuuuużo sosu i wgniatać go rękami w liście kapusty. Stąd amerykańska nazwa massaged kale salad. Dzięki temu zabiegowi kapusta mięknie i „przesiąka” smakiem sosu. Sałatka jest nawet lepsza na drugi dzień, kiedy smaki dokładnie się przegryzą. Poza tym, w przeciwieństwie do sałaty czy innej „delikatniejszej” zieleniny, kapusta po nocowaniu w lodówce nie puszcza tyle soku pod wpływem dressingu, nie więdnie i generalnie nie robi smętnego wrażenia 🙂

Z pewnością połączenie kapusty z bananem i ananasem wydaje się, łagodnie mówiąc, ekstrawaganckie, ale warto spróbować 🙂 Dla mnie sałatka w oryginalnej wersji była zbyt mdła w smaku, więc podrasowałam ją imbirem i dodatkowym sokiem z limonki.

Składniki

  • ok. 10 liści kapusty włoskiej
  • 1 banan
  • garść migdałów (w oryginale orzechy macadamia)
  • 2/3 puszki brzoskwiń (w oryginale świeże mango)
  • kilka łyżek wiórków kokosowych
  • spora szczypta imbiru w proszku

sos

  • 2/3 puszki ananasa
  • mała puszka mleka kokosowego (185 ml)
  • 1/4 szklanki soku z limonki (półtorej lub 2 limonki)
  • spora szczypta soli

Przygotowanie

Liście kapusty myjemy i rwiemy na nieduże kawałki, omijając najtwardsze korzenie, które wyrzucamy. Wszystkie składniki sosu miksujemy. Do dużej miski z kapustą wlewamy ok 2/3 sosu, dosypujemy imbir i przez dłuższą chwilę ugniatamy liście rękami. Następnie dodajemy pokrojone w nieduże kawałki brzoskwinie, banana, posiekane migdały i wiórki kokosowe. Delikatnie mieszamy. Próbujemy i ewentualnie doprawiamy do smaku. Wstawiamy na jakiś czas do lodówki. Podajemy w towarzystwie tajskich burgerów (albo innym dobrym towarzystwie ;))

Pozostały sos można skonsumować luzem w charakterze smoothie – jest naprawdę bardzo smaczny 🙂

Loving Hut – smacznie, tanio i po wegańsku

Zwykły wpis

Wreszcie udało mi się dotrzeć z przyjaciółką do Loving Hut. Nie mogę powiedzieć, żebym odkryła nowość na kulinarnej mapie Warszawy 😉 Słyszałam o tym miejscu już od dawna, ale pomimo, że jest blisko centrum (Al. Jana Pawła niedaleko kina Femina), to jakoś nie są to moje rejony i do tej pory nie składało się, żeby się tam wybrać. Dziś wreszcie dałyśmy radę 🙂

Loving Hut to w zasadzie wegański „Chińczyk”. Wszystkie dania wywodzą się z kuchni orientalnej. Wystrój jest barowo-fastfoodowy, z umiarkowanie gustownymi sztucznymi kwiatami na stolikach 😉 Jest jednak czysto i nie pachnie olejem sprzed dwóch miesięcy, jak to czasem bywa w azjatyckich barach. Niewątpliwą zaletą są ceny – chyba najdroższy zestaw obiadowy kosztuje 22 zł. Porcje są też zdecydowanie słusznej wielkości 🙂

Ja zamówiłam Sunny Tofu – smażone paski tofu, chrupiące na zewnątrz i mięciutkie w środku, owinięte kawałkiem glona, ze smacznym słodko-ostrym sosem, do tego ryż i kilka surówek.

Było smaczne, chociaż nie powaliło mnie na kolana – trochę za delikatne jak na moje umiłowanie do pikantnych dań. Ale tofu było świeże, sałatki również, ogólnie jestem na tak 🙂

Asia zamówiła Queen’s Meal – sejtan a’la kurczak z makaronem i warzywami.

Przehandlowałam kawałek swojego tofu za kawałek sejtana i musze przyznać, że to było naprawdę pyszne. Sejtan był chrupiący i świetnie doprawiony – po prostu super. Makaron i cała reszta też dobra 🙂

Pomimo że początkowo byłyśmy przekonane, że nie ma takiej siły, żebyśmy dały radę zjeść nasze porcje w całości, okazało się to wykonalne. Co więcej, zgodnie stwierdziłyśmy, że owszem, jesteśmy najedzone, ale nie obżarte tak, że nie mamy siły podnieść się z krzeseł. Starczyło nawet miejsca na deser – wychwalane pod niebiosa ciasto z pandanowca 🙂

Niniejszym dołączam się do hymnów pochwalnych, bo ciasto było przepyszne – delikatne, wilgotne i niezbyt słodkie, zaspokoiło chęć na deser, a nie przygniotło mnie do ziemi. Z resztą najwyraźniej ciasto cieszy się zasłużoną sławą, bo podczas naszego pobytu kilka osób zamawiało je na wynos. Naprawde polecam.

Podsumowując, na pewno wrócę jeszcze do Loving Hut, żeby spróbować dań z sejtana. Sądząc po dzisiejszej próbce, robią go naprawdę świetnie. Nawet jeśli nie macie nic wspólnego z weganizmem, jest to fajne miejsce, jeśli potrzebujecie coś przegryźć na mieście. Jedzenie jest smaczne, świeże i niedrogie no i jakoś wydaje mi się, że smażone tofu jest bezpieczniejsze od kebaba niejasnego pochodzenia 😉

Wytrawne meksykańskie cupcakes z polewą ze słodkich ziemniaków

Zwykły wpis

Zgodnie z obietnicą po serii dań „pięciominutowych” dziś ciekawszy przepis. Przyznaję, że zdobyłam się na ten wysiłek tylko ze względu na blogową deklarację. Przpeis znaleziony tutaj zaciekawił mnie już dawno, ale ostatnią noc przebalowałam na weselu mojego małego braciszka (który jakoś nie tylko przestał być mały, ale zrobił się całkiem duży, kiedy to zleciało??? ;)), więc dziś, kiedy już wywlekłam się z łóżka koło południa, jedną z ostatnich rzeczy, na jakie miałam ochotę, było stanie przy garach 😉 Już prawie sobie darowałam, ale cieszę się, że jednak wykrzesałam z siebie trochę energii, bo te babeczki naprawdę są tego warte 🙂 Pikantny dół i słodkawy krem z batatów – naprawdę bardzo ciekawe połączenie smaków. Przy tym wyglądają tak ładnie, że można je spokojnie zaserwować na imprezie. Byłoby jeszcze ładniej, gdyby je udekorować odrobiną czegoś zielonego (np. listkiem kolendry lub rozmarynu), ale z zieleniny mam w lodówce kapustę, która do danego zastosowania się nie nadaje, a na wycieczkę do warzywniaka nie starczyło mi już energii…

Składniki (na 10 babeczek)

suche

  • 1,25 szklanki mąki (raczej drobnej, ja użyłam orkiszowej, typ 630)
  • 2 łyżki kakao
  • łyżeczka mielonego kminku
  • pół łyżeczki chili
  • łyżeczka cynamonu
  • 2 duże szczypty soli
  • łyżeczka proszku do pieczenia

morke

  • słoik ostrego sosu salsa (315 ml)
  • puszka czerwonej fasoli (400 g)
  • 1/3 szklanki oleju
  • 1/4 szklanki mleka roślinnego

krem

  • 2 nieduże słodkie ziemniaki
  • sól i ew. pieprz do smaku

Przygotowanie

W sporej misce mieszamy suche składniki. Fasolę odcedzamy i wraz z resztą mokrych składników miksujemy na jednolitą masę. Wlewamy mokre składniki do suchych i mieszamy, do połączenia składników. Przekładamy do natłuszczonych foremek do muffinek i pieczemy 25 minut w 180 stopniach. Studzimy ok. 10 minut, następnie wyjmujemy babeczki z foremek i studzimy na kratce do temperatury pokojowej.

Aby przygotować krem, ziemniaki należy upiec (ok. 40 minut w 200 stopniach) lub ugotować w mikrofali.Nakłuwamy skórkę widelcem w kilku miejscach i grzejemy na wysokiej mocy 8-10 minut, przekręcając ziemniaki w połowie gotowania. Wystudzone ziemniaki obieramy ze skórki i przekładamy do blendera. Miksujemy na jednolite pure, doprawiamy solą i ew. pieprzem do smaku.

Krem przekładamy do urządzenia do dekorowania ciast i ozdabiamy wystudzone babeczki. Wbrew pozorom jest to bardzo proste, bo ziemniaki dają się ładnie „modelować”. Jeśli nie posiadacie wyciskaczki do kremu, można po prostu równo rozsmarować dość grubą warstwę pure z ziemniaków na wierzchu babeczek. I gotowe, smacznego 🙂

Przepis dodaję do akcji Warzywa Strączkowe.

Zielono mi – humus szpinakowy

Zwykły wpis

Czy widać, że już nie mogę się doczekać wiosny? 😉 Najpierw były święta w błocie, potem nieprzyzwoite mrozy, teraz nas zasypało… Uff, jeszcze z miesiąc (mam niedzieję) i zima przejdzie do historii. Tymczasem, w ramach wiosennych akcentów, proponuję Wam zielony humus z dodatkiem szpinaku.

Dodatek nie wpływa jakoś specjalnie na smak. Szpinak jest w ogóle wdzięczny pod tym względem – ponieważ nie ma zdecydowanego smaku, można go dodać w zasadzie do wszystkiego, z koktailami owocowymi włącznie i wpłynie to wybitnie pozytywnie na wartość zdrowotną końcowego produktu. Bo szpinak to samo dobro – ma sporo białka, co mnie osobiście zdziwiło, dużo żelaza i błonnika, a przy tym jest dobry jako „zapychacz” – zwiększa ilość jedzenia, ale głównie „optycznie”, bo jest bardzo niskokaloryczny 🙂 No i oczywiście, daje śliczny zielony kolor 🙂  W przypadku szejków owocowych efekt nie jest może aż tak śliczny, bo z czerwonych czy różowych robią się… No właśnie 😉 Ale humus – od razu wygląda bardziej wiosennie 🙂 Dodatkowo, akurat w tym przepisie dodatek soku z cytryny pomoże nam przyswoić żelazo, które lepiej się wchłania w towarzystwie witaminy C.

Składniki

  • puszka cieciorki (400 g)
  • duża garść liści szpinaku
  • 2-3 łyżki tahini
  • sok z połowy cytryny
  • sól do smaku (dałam 2 spore szczypty)
  • ząbek czosnku lub szczypta czosnku w proszku (dziś zrobiłam wersję bez czosnku, bo idę na rodzinną imprezę i nie chcę pachnieć jak postrach wampirów ;))

Przygotowanie

Cieciorkę odcedzamy, szpinak myjemy i siekamy (niekoniecznie bardzo drobno). Wszystko miksujemy w blenderze do uzyskania jednolitej konsystencji. Jeżeli jest za gęsty, dodajemy 1-2 łyżki wody. Smacznego 🙂

PS. Jutro z okazji pierwszej niedzieli w tym tygodniu planuję przygotować „prawdziwy” obiad, czyli taki, który zajmie więcej niż 5 minut 😉 Tymczasem przepis na humus dodaję do akcji Warzywa Strączkowe i BądźFIT na wiosnę.

Fiesta mexicana w kilka minut

Zwykły wpis

Ktoś mi wypomniał, że blog leży odłogiem 😉 Trochę leżał, przyznaję. No cóż – życie mnie dopadło 😉 i to zarówno od tej bardzo miłej strony jak i od zdecydowanie mniej miłej. Nadal żyję i nadal jem, ale większość moich posiłków ostatnimi czasy to „pięciominutówki” – smaczne i w miarę zdrowe, ale niezbyt wyszukane i średnio fotogeniczne 😉 Nie bez znaczenia jest też fakt, że często po całym dniu pracy i treningu wpadam do domu tak głodna, że nie mam ochoty bawić się w estetyczne układanie sałatki i starać się zrobić w miarę sensowne zdjęcia – po prostu wrzucam wszystko na talerz, ewentualnie do mikrofali i wcinam.

Dzisiaj też ma dla Was szybki przepis, bo w końcu nie każdy ma zawsze ochotę po ciężkim dniu sięgać wyżyn sztuki kulinarnej 😉 Jeśli macie ugotowany ryż, np. z wczorajszego obiadu, to zrobienie tej sałatki zajmuje dosłownie kilka minut, a efekt smakowy świetny. Pomysł zaczerpnęłam z nieocenionego bloga Oh She Glows. Trochę idę na łatwiznę, bo zawsze używam gotowej salsy zamiast robić własny dressing 😉 Szczególnie wart polecenia jest pomysł na „mięso” z fasoli i orzechów. Sama w życiu bym na to nie wpadła, a smakuje naprawdę super 🙂

Na talerzu można zaobserwować (od góry, zgodnie z ruchem wskazówek zegara):

  • 2 łyżki kukurydzy z puszki
  • pół torebki ugotowanego brązowego ryżu zmieszanego z 3 łyżkami ostrej salsy
  • te małe listki to świeża kolnedra
  • „mięso” fasolowo-orzechowe
  • zieleninę (duża garść dowolnego listowia – szpinak, roszponka, rukola, mieszanka sałat typu party mix itp.)
  • pokrojonego pomidora i paprykę – pół średniego pomidora i pół czerwonej papryki

Aby przygotować „mięso”, ok 1/3 puszki czerwonej fasoli miksujemy krótko z garścią orzechów włoskich i sporą szczyptą przyprawy do kuchni meksykańskiej. Wszystkie pozostałe składniki mieszamy w misce, ewentualnie dodajemy więcej salsy, wedle upodobania. Na wierzchu kładziemy „mięso” i gotowe. Smacznego 🙂

Pikantna owsianka (savory oats)

Zwykły wpis

Dziś propozycja na obiad lub kolację do zrobienia dosłownie w 5 minut. W zasadzie to bardziej pomysł niż przepis, bo dodatki można właściwie dowolnie zmieniać, stosownie do zawartości lodówki i do aktualnego nastroju. Osobiście w Polsce nigdy się z czymś takim nie spotkałam, za to wygląda na to, że to popularny comfort food za oceanem. Nie pamiętam już, gdzie pierwszy raz zobaczyłam ten przepis, ale pojawia się naprawdę na wielu blogach. Próbowałam zarówno wersji wegańskiej jak i serowej – obie są dobre. Wy też spróbujcie – warto mieć w zanadrzu przepis na coś ciepłego, kremowego, sycącego i ekspresowego zarazem 🙂

Składniki (na 1 porcję)

  • 1/3 – 1/2 szklanki płatków owsianych
  • trochę ponad szklanka wody
  • kostka bulionu warzywnego
  • sól i pieprz do smaku

opcja wegańska

  • 3-4 łyżki płatków drożdżowych
  • łyżeczka ostrej musztardy
  • czubata łyżeczka tahini

opcja serowa

  • ok. 1/3 szkalnki startego ulubionego sera (moim zdaniem lepiej się sprawdzają trochę ostrzejsze w smaku)

dodatki

  • gotowane lub pieczone warzywa
  • dowolna fasola
  • pestki z dyni, słonecznika itp.
  • liście szpinaku
  • podsmażone pieczaki
  • salsa
  • awokado
  • pokruszone krakersy
  • posiekany szczypiorek, natka itp.
  • podsmażone parówki sojowe lub tempeh
  • jajko sadzone
  • nie topiący się (zbyt łatwo) ser typu oscypek
  • cokolwiek Wam inwencja podpowie…

Przygotowanie

Nic prostszego 🙂 W małym garnuszku zalewamy płatki wodą  i często mieszając, gotujemy na średnim ogniu do uzyskania pożądanej konsystencji. Ja lubię owsiankę o konsystencji gęstej zupy, od momentu zagotowania trzymam ją na palniku jeszcze jakieś 5 minut, ale to zależy od płatków. W razie potrzeby oczywiście można dolać trochę wody. Dodajemy pokruszoną kostkę bulionową i dokładnie rozprowadzamy. Dokładamy starty ser lub płatki drożdżowe, musztardę i tahini w wersji wegańskiej i ponownie dokładnie mieszamy. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Dodajemy dodatki wedle uznania i humoru. I gotowe – 10 minut nie minęło i na stole ciepła kolacja 🙂