Monthly Archives: Czerwiec 2012

Chutney jagodowy

Zwykły wpis

Pierwszy raz w tym roku kupiłam świeże jagody. Część zjedliśmy z jogurtem, a zreszty zrobiłam fajny chutney. Podobne przepisy znajdowałam na wielu anglojęzycznych blogach pod nazwą blueberry ketchup. Ponoć świetnie smakuje w połączeniu z serkiem wiejskim. Osobiście nie próbowałam, ale może jutro na śniadanie 😉 Z doświadczenia mogę powiedzieć, że dobrze się komponuje z serami, a pewnie bęzie też świetny jako sos do sałatki z kurczakiem i świeżymi warzywami. Dodatkową zaletą jest to, że robi się sam 🙂 Wszystkie składniki wystarczy włożyć do niewielkiego garnka i gotować 20-25 minut, mieszając w międzyczasie kilka razy.

Składniki

  • pół pojemnika (ponad jedna szklanka) jagód
  • pół małej cebuli pokrojonej w kosteczkę
  • 1/8 szklanki octu balsamicznego
  • łyżka miodu
  • duża szczypta soli
  • szczypta imbiru w proszku
  • mała szczypta pieprzu

Przygotowanie

Patrz wyżej 😉

Przepis dodaję do akcji Owoce Lasu

Szpinakowe guacamole i sałatka z tuńczyka

Zwykły wpis

Dziś wyjątkowo mam dla Was przepis (a nawet dwa!) bez zdjęcia końcowego efektu.

Tytułem usprawiedliwienia – wracałam do domu po ciężkim treningu i byłam strasznie głodna. W lodówce poza światłem niewiele już zostało z poprzednich zakupów, ale po przemyśleniu doszłam do wniosku, że znajdzie się materiał na guacamole (czyli awokado ;)). Po szybkiej inspekcji znalazłam jeszcze pół opakowania szpinaku drugiej świeżości 😉 Jego smutny stan nie zachęcał do konsumpcji luzem w sałatce. Ale przypomniał mi się przepis, który ostatnio widziałam, na guacamole z jarmużem (wraz z ładnymi zdjęciami :)) i pomyślałam, że szpinak też powinien się nadać do takiej sztuczki. I rzeczywiście, guacamole wyszło bardzo smaczne, szpinaku w ogóle nie czuć, za to ma odjazdowy zielony kolor 🙂 Ale o ile udało mi się zrobić sensowne zdjęcie awokado przed obróbką, o tyle zdjęcia gotowego guacamole nie są zbyt apetyczne. Cóż, aby oddać piękno zielonej papki, trzeba się trochę postarać, a ja, szczerze mówiąc, miałam w tym momencie inne priorytety 😉

(Update: wobec zażaleń, że nie ma zdjęć, udało mi się dzisiaj wykonać przyzwoite fotki pozostałego guacamole. Zdjęć sałatki nadal nie ma i nie będzie, albowiem cała się zjadła ;))

Guacamole wykorzystałam do świetnej sałatki z tuńczyka. Robiłam ją już drugi raz i na pewno będą kolejne. Oparłam się na tym przepisie , ale ponieważ nie miałam domowego majonezu (ani chwilowo zapału do jego produkcji), zastąpiłam go guacamole. Efekt smakowy jest fantastyczny, natomiast estetyczny nie do końca – głównie rozgnieciona ryba zmieszana z zieloną papką 😉 Mimo to zachęcam Was do wypróbowania – i guacamole, i sałatki.

Guacamole – składniki

  • 1 bardzo duże lub dwa małe dojrzałe awokado
  • 2 duże garście szpinaku
  • 2 szczypty soli
  • sok z połowy cytryny
  • szczypta czosnku w proszku
  • czubata łyżeczka musztardy dijon (albo innej ostrej)

Przygotowanie

Wszystko zmkiskować na jednolitą masę. The end 🙂

Sałatka z tuńczyka – składniki (na jedną dużą lub dwie mniejsze porcje)

  • puszka tuńczyka
  • pół średniego jabłka
  • pół dużego lub cały mniejszy ogórek
  • kilka łodyżek szczypiorku
  • garść orzechów włoskich albo nerkowców
  • łyżka musztardy
  • dużo guacamole (duuuużo – ze 4 czubate łyżki :))

Przygotowanie

Tuńczyka odsączamy z zalewy i jeśli był w kawałkach, rozgniatamy widelcem. Jabłko i ogórka drobno kroimy, orzechy siekamy, szczypiorek też. Wszystkie składniki mieszamy i odstawiamy na jakieś 15 minut, żeby smaki się troszkę „przegryzły”.

Smacznego 🙂

Curry z cukinii z kurczakiem i nerkowcami

Zwykły wpis

Dziś proponuję Wam moje ulubione curry. Wersja z kurczakiem, ale muszę nadmienić, że pierwszy raz próbowałam go w wersji wegańskiej i właśnie wtedy dołączyło do grona nielicznych potraw, które pojawiają się u mnie regularnie. Należy po prostu ominąć kurczaka, a resztę zrobić zgodnie z przepisem. Można ewentualnie zamast kurczaka użyć tofu. Ostrzegam, że curry jest bardzo pikantne, więc osoby lubiące łagodniejsze smaki mogą dodać mniej przypraw, w szczególności chili i imbiru.

Składniki

  • ok. 40 dag piersi kurczaka
  • 2 średnie cebule
  • 1 cukinia
  • puszka (400 ml) mleka kokosowego
  • szklanka zielonego groszku (użyłam mrożonego)
  • garść nerkowców (lub orzechów ziemnych)
  • 1-2 łyżki tłuszczu do smażenia (u mnie masło klarowane)

marynata do mięsa

  • 1-2 łżki oliwy
  • 2 łyżeczki curry w proszku (w tym przepisie zazwyczaj używam Kamisa)
  • 2 szczypty soli
  • łyżka soku z cytryny

przyprawy

  • opakowanie curry (z tego 2 łyżeczki do marynary)
  • ok. 2/3 łyżeczki ziaren kolendry
  • pół łyżeczki imbiru w proszku,
  • 1/3 łyżeczki gałki muszkatałowej
  • szczypta cynamonu
  • 1/3 łyżeczki mielonego kminku
  • szczypta słodkiej papryki
  • chili do smaku (można pominąć)
  • sól do smaku

Przygotowanie

Kurczaka kroimy w kostkę. Składniki marynaty mieszamy, zalewamy nią kawałki kurczaka i odstawiamy do lodówki. U mnie marynował się 24 godziny, ale myślę że godzina-dwie w zupełności wystarczą.

Rozgrzewamy niedużą patelnię (bez tłuszczu) i wrzucamy na nią zamarynowane kawałki kurczaka. Smażymy, dosyć często mieszając, aż mięso się zrumieni (jakieś 10 minut).

W międzyczasie siekamy cebulę (nie musi być bardzo drobno). Na drugiej dużej patelni rozgrzewamy tłuszcz i wkładamy cebulę oraz przyprawy, oprócz soli. I teraz ważna rzecz – cebulę z przyprawami smażymy na średnim ogniu, często mieszając, co najmniej 10 minut. Kiedy zacznie wysychać, dolewamy po kilka łyżek wody. Dzięki tak długiemu smażeniu ze wszystkich przypraw wydobędzie się aromat i efekt końcowy będzie o niebo lepszy. Dopiero ostatnio wyczytałam gdzieś, że tak należy robić, szczególnie w przypadku korzennych przypraw używanych w kuchni orientalnej. Rzeczywiście, jest kolosalna różnica w smaku, więc warto poświęcić parę minut więcej.

Kiedy cebula poddusiła się praktycznie na papkę, dodajemy pokrojoną w półplasterki cukinię oraz kurczaka. Smażymy, mieszając co jakiś czas, aż cukinia trochę zmięknie. Następnie wlewamy mleko kokosowe i mieszamy. Dusimy całość przez jakieś 20 minut, aż mniej więcej połowa płynu odparuje. Wsypujemy groszek i dusimy jeszcze ok. 5 minut. Doprawiamy solą do smaku. Dodajemy nerkowce lub orzeszki ziemne. Mieszamy i gotowe 🙂 Można przed podaniem posypać świeżą kolendrą, ale akurat nie miałam, a szkoda, bo poza smakowym poprawiłby się też efekt estetyczny 😉

Zupa z pieczonej papryki z indykiem i zielonym groszkiem

Zwykły wpis

Ta zupa jest udanym efektem starań w kierunku ograniczenia marnowania jedzenia. Jakoś zawsze tak się składa, że kiedy wybieram się do sklepu, w wózku ląduje między 3 a 7 razy więcej rzeczy niż naprawdę potrzebujemy. Bo a to promocja, a to pójdę na zakupy głodna, a to przypomni mi się fajny przepis a użyciem jakiegoś składnika, ale zanim dojdę do kasy, przepis już wylatuje mi z głowy, a składnik leży i czeka na zbawienie i nierzadko się nie doczeka 😛 Nie wszystko daje się zamrozić i w rezultacie część kupionych produktów ląduje w koszu, bo zdecydowanie minęła im data przydatności do spożycia (czasami ta wydrukowana na opakowaniu, a czasami ta, którą podpowiada zdrowy rozsądek i instynkt samozachowawczy ;)), zanim zdążyłam się nimi zająć.

Staram się coś z tym zrobić, bo abstrahując już od aspektów etycznych, ekologicznych, głodu na świecie itp. moje niedostosowanie ilości zakupów do naszych mocy przerobowych odbija się najzwyczajniej w świecie na naszych rachunkach. W związku z tym, kiedy znalazłam dziś przy myciu lodówki zapomniane papryki i kawałek cukinii w stanie agonalnym, postanowiłam wykombinować przepis, w którym da się wykorzystać warzywa zdecydowanie drugiej świeżości (choć oczywiście nie zepsute!). No i właśnie w ten sposób narodziła się poniższa zupa – pikantna, kremowa, z delikatną słodyczą pieczonej papryki i mleczka kokosowego. Naprawdę dobra, a warzywa uratowane 🙂

Składniki (na 4-5 porcji)

  • 2 papryki
  • 2/3 większej lub cała mniejsza cukinia
  • 2/3 średniej cebuli
  • 3 duże ząbki czosnku
  • ok. łyżki oliwy z oliwek
  • 3 szklanki wody + 2 kostki bulionu warzywnego (albo 3 szklanki bulionu albo rosołu)
  • mała puszka mleczka kokosowego (160 ml)
  • 1 jajko
  • sól i chili do smaku
  • 2 garście zielonego groszku (użyłam prożonego, bez rozmrażania)
  • ok. 250-300 g piersi z indyka

marynata do mięsa

  • 1-2 łyżki oliwy
  • łyżeczka miodu
  • 2 szczypty soli
  • szczypta słodkiej papryki
  • szczypta chili
  • szczypta czosnku w proszku

Przygotowanie

Składniki marynaty mieszamy. Mięso kroimy w niedużą kostkę, zalewamy marynatą, mieszamy i wstawiamy do lodówki na kilka godzin. W międzyczasie pieczemy warzywa – kroimy je na kawałki (nie ma potrzeby się wysilać, żeby była drobna kosteczka albo równe paski – i tak wszystko się później zmiksuje 😉 wystarczy każdą paprykę przekroić powiedzmy na 6-8 części, cukinię i cebulę mniej więcej w plasterki a każdy ząbek czosnku podzielić na kilka kawałków) Układamy warzywa w naczyniu żaroodpornym, polewamy oliwą, mieszamy i pieczemy przez 40 minut w 180 stopniach.

W średniej wielkości garnku podgrzewamy bulion (lub wodę z kostką bulionową). Kiedy zacznie się gotować, wrzucamy mięso, zmniejszamy ogień i gotujemy jakieś 20 minut. Następnie wyjmujemy mięso i odkładamy na bok. Do garnka z bulionem wlewamy mleczko kokosowe, wrzucamy warzywa i miksujemy ręcznym blenderem na jednolity krem. Doprawiamy do smaku solą i chili. Następnie dodajemy rozbełtane jajko i miksujemy szybko na wysokich obrotach. Dorzucamy mięso (po wyjęciu z bulionu można je ewentualnie pokroić na mniejsze kawałki) i groszek i gotujemy jeszcze ok. 5 minut.

Smacznego 🙂

W bonusie zdjęcie związane z zupą tylko w ten sposób, że powstało, kiedy zupa się gotowała. Ale podoba mi się – wina wina dajcie 🙂

Zapiekanka z kalafiora i łososia z orzechami

Zwykły wpis

Z wczorajszego rodzinnego obiadu wyszłam jak zwykle z wałówką na wynos 🙂 Też tak macie po wizytach u rodziców? Teraz, kiedy mój brat też się ożenił i mieszka osobno, mama szykuje porcje dla pułku wojska i obdziela nas zapasem jedzenia na tydzień. Nie to, żebym narzekała 😉 W skład prowiantu wchodził między innymi kawałek pieczonego łososia. Uwielbiam łososia w każdej postaci – od surowego w sushi, przez wędzonego, grillowanego, pieczonego. Łosoś jest mniam i tyle 🙂

Z kawałka od mamy zrobiłam dziś fajną zapiekanę, albo może pasztet, zaelży od punktu widzenia 🙂 Ma ciekawy łagodny smak, dobrze się sprawdza zarówno na ciepło jak i na zimno, chociaż na zimno łatwiej go pokroić. Aby trochę zaostrzyć smak, zrobiłam dressing koperkowy z tahini, bardzo ciekawy, chociaż ma specyficzny wyrazisty smak, więc pewnie nie każdemu będzie pasował. Można też przygotować sos na bazie jogurtu lub majonezu z dodtakiem koperku i może chrzanu… Albo po prostu skropić zapiekankę dodatkowym sokiem z cytryny.

Składniki (na 4 porcje)

  • ok. 200g pieczonego łososia
  • 2/3 niedużego kalafiora
  • 100g mielonych orzechów włoskich (można zmielić w blenderze)
  • mała cebulka
  • 2-3 ząbki czosnku
  • 1 duże jajko
  • sok z połowy cytryny
  • sól i piwprz do smaku
  • łyżka tłuszczu do smażenia
  • opcjonalnie kilka platerków cytryny do dekoracji

sos

  • 3 łyżki tahini
  • pęczek koperku
  • duża szczypta soli
  • sok z połowy cytryny
  • kilka łyżek wody

Przygotowanie

Kalafiora gotujemy w osolonej wodzie do miękkości (jakieś 10-12 minut). Na patelni rozgrzewamy tłuszcz i podsmażamy posiekaną cebulę i przeciśnięty przez praskę czosnek do lekkiego zrumienienia. Wszystkie składnii miksujemy na jednolitą (mniej więcej) masę. W razie potrzeby doprawiamy do smaku. Przekładamy do naczynia żaroodpornego, na wierzchu można ułożyć plasterki cytryny. Pieczemy 30-35 minut w 180 stopniach.

Aby przygotować sos, wszystkie składniki miksujemy i gotowe 🙂

Smacznego 🙂

Imieninowo-urodzinowy truskawkowy sernik na zimno

Zwykły wpis

Okolice połowy czerwca to w mojej rodzinie maraton świąt wszelakich. Urodziny Babci Małgosi, imieniny Babci Małgosi, imieniny Mamy Joli i drugiej Mamy, która co prawda ma na imię Krystyna, ale z nieznanych mi przyczyn ginących we mgle przeszłości wśród rodziny i bliskich znajomych funkcjonuje jako Jola. Do tego zbliża się dzień ojca i imieniny mojego brata, ale te okazje chyba będę musiała obskoczyć już następnym ciastem (z resztą zawsze warto wykorzystać okazję do zrobienia ciasta, czyż nie? ;)).

Jako że dziś z okazji urodzino-imienin czeka nas rodzinny obiad, zaoferowałam się, że zadbam o deser, ku wielkiej radości mojej mamy, która gotować umie całkiem nieźle, ale nie lubi i do dziś nie może wyjść ze zdziwienia, że niżej podpisana po pierwsze nauczyła się gotować coś więcej niż wodę na herbatę i makaron, a po drugie spędza w kuchni każdą wolną chwilę i traktuje to jako sposób na relaks 😉

Zastanawiałam się, jakie ciasto przygotować i stanęło na serniku na zimno. Prosty, szybki (tzn. szybko się go szykuje, bo oczywiście trzeba swoje odczekać, aż zsiądzie się w lodówce), a poza tym idealny na letnią pogodę. Jako że mamy sezon na truskawki, do sernika poszedł ich mniej więcej kilogram – więcej nie zmieściłoby się do formy 😉

Inspiracją dla sernika był ten przepis. Wprowadziłam kilka zmian, bo po pierwsze chciałam, aby spód był bez mąki (o moich eksperymentach z glutenem w diecie wyprodukuję niebawem osobny post ;)), po drugie zastąpiłam cukier po części miodem, a po części cukrem brązowym. Po trzecie wreszcie, moje truskawki po rozgotowaniu i zmieszaniu z żelatyną przybrały niezbyt apetyczny kolor, więc bałam się, że wierzch sernika nie wyjdzie zbyt ładny. Dlatego truskawki zmieszałam w całości z masą serową, a wierzch pokryłam polewą czekoladową. Polewa w sumie jest opcjonalna, można po prostu udekorować sernik owocami,zanim do końca się zsiądzie.  Ja szykowałam sernik późnym wieczorem, a rano był już kompletnie zcięty, więc żeby owoce na wierzchu się trzymały, dodałam czekoladową warstwę pośrednią 🙂

Składniki (na tortownicę 22 cm)

spód

  • 100 g orzechów włoskich (użyłam zmielonych, można też kupić całe i zmielić w blenderze)
  • 4 naprawdę czubate łyżki masła orzechowego (u mnie migdałowe)
  • 2 łyżki kakao
  • czubata łyżka miodu (lepiej jeśli miód jest gęsty, może być ewentualnie cukier)
  • szczypta soli
  • kilka kropel ekstraktu z wanilii lub zapachu waliniowego

masa serowa

  • 50 dag serka kremowego albo tłustego twarogu do serników
  • 1/4 szklanki miodu
  • łyżeczka ekstraktu z wanilii lub zapachu waniliowego

truskawki

  • 50 dag truskawek
  • kilka łyżek wody
  • 3 łyżki cukru (u mnie brązowy)
  • opakowanie żelatyny (użyłam firmy Prymat, na opakowaniu było napisane, że starcza na 1,5 litra płynu). Można użyć też agaru, ale nie wiem dokładnie ile…

polewa

  • 2/3 tabliczki czekolady (użyłam gorzkiej, ale jeśli nie lubicie, może być oczywiście mleczna)
  • ok. 1/4 szklanki wody
  • ok. 1/3 szklanki śmietanki kremówki

dodatkowo

  • kilkanaście truskawek do zatopienia w masie (opcjonalnie)
  • dekoracja według uznania – u mnie struskawki, borówki i listki mięty

Przygotowanie

  1. Najpierw przygotowujemy spód. Wszystkie składniki miksujemy w blenderze i powstałą masą wykładamy dno i część boków formy.
  2.  Serek miksujemy z miodem i wanilią na głądką masę.
  3. W garnuszku miksujemy truskawki z wodą i cukrem i podgrzewamy. Żelatynę zalewamy kilkoma łyżkami zimnej wody i odstawiamy na chwilę do napęcznienia. Kiedy truskawki zaczną się gotować, dodajemy, żelatynę i rozprowadzamy, aż dokładnie się rozpuści.
  4. Zdejmujemy truskawkową miksturę z ognia i chwilę studzimy, a następnie łączymy z masą serową i dokładnie miksujemy.
  5. Na przygotowanym spodzie układamy kilkanaście truskawek, a na nie wylewamy masę. Całość odstawiamy na kilka godzin do lodówki.
  6. Kiedy sernik już stężeje, szykujemy polewę. Czekoladę łamiemy na nieduże kawałki, dodajemy parę łyżek wody i roztapiamy. Można to zrobić w rondelku na niedużym ogniu, nad parą albo w mikrofalówce, grzejąc mniej więcej na 50% mocy. Kiedy czekolada się roztapia, nalezy często ją mieszać, żeby się nie przypaliła. W przypadku mikrofalówki mieszamy kilka razy w trakcie podgrzewania. Zdejmujemy roztopioną czekoladę z ognia, dodajemy śmietankę i mieszamy dokładnie. Studzimy kilka minut, wykładamy na wierzch ciasta, wyrównujemy łyżeczką i dekorujemy wedle uznania.

Smacznego 🙂

Wątróbkowe fantazje – pikantne muffiny z wątróbką

Zwykły wpis

Zdaję sobie sprawę, że wątróbka to coś, czego wiele osób nie weźmie do ust. Niektórzy nawet nie próbowali, ale sama myśl o zjedzeniu zwierzęcych narządów wewnętrznych przyprawia ich o dreszcze. No cóż, z jednej strony rozumiem te osoby, ale z drugiej – nie wiedzą, co tracą 😉 Osobiście jako dziecko nienawidziłam wątróbki (chyba większość dzieci tak ma). Do dziś pamiętam, jak płakałam w przedszkolu nad obiadem składającym się z wątróbki właśnie oraz szpinaku o smaku trawy z przedszkolnego podwórka. Zachodzę w głowę, jaki sadystyczny odruch powodował przedszkolnym personelem, biorąc pod uwagę, że 90% dzieci na samą myśl o tym cudownym zestawie miało odruch wymiotny 😛

Jak łatwo się domyślić, po szczęśliwym zakończeniu kariery przedszkolnej na wątróbkę ani szpinak nie chciałam nawet patrzeć, ale w którymś momencie to się zmieniło i teraz obie te rzeczy uwielbiam. Ale o ile szpinak zazwyczaj gości w mojej lodówce i kilka razy w tygodniu ląduje na talerzu, o tyle wątróbki nigdy wcześniej sama nie przygotowywałam. Nie wiem czemu, wydawało mi się to skomplikowane… Ale ci z Was, którzy mają konto na durszlaku, dostają czasem maile z hasłem „Akcje to inspiracje” – no więc moją inspiracją stała się akcja Wątróbkowe Fantazje, która trwa już od jakiegoś czasu. Zmotywowana, kupiłam kilo wątróbek i… wrzuciłam je do zamrażaki i myślałam długo i intensywnie, co by z nich zrobić 😉 Wiadomo, można usmażyć z cebulką, jak robi to moja babcia, ale po pierwsze pomysł średnio oryginalny a po drugie (uwaga, tu uaktywniła się bloggerka ;)) brązowe wątróbki o kształcie… hmm… bliżej nieokreślonym z brązową smażoną cebulą są niespecjalnie fotogeniczne 😉 Na pewno są osoby, które nawet wątróbce zrobiłyby przepiękne zdjęcia, ale ja się niestety do nich (jeszcze) nie zaliczam.

Tak więc po burzy mózgu wpadłam na pomysł inspirowany tym przepisem. Spodobało mi się połączenie wątróbki i słodkich ziemniaków. Resztę wykombinowałam już sama na bieżąco. Efekt jest naprawdę świetny – muffinki są delikatne, prawie kremowe i bardzo sycące. Przepyszne 🙂

Składniki (na 6 muffinek)

  • ok. 300 g wątróbek drobiowych
  • ok. łyżka tłuszczu do smażenia (u mnie masło klarowane)
  • jeden średni słodki ziemniak
  • jedno jajko
  • 3-4 łyżki mielonego siemienia lnianego
  • 2 szczypty soli (do smaku)
  • 2 szczypty gałki muszkatałowej (również do smaku)
  • szczypta pieprzu (do smaku, a jakże ;))

Przygotowanie

Wątróbki myjemy i odsączamy. Na patelni rozgrzewamy tłuszcz i na raczej większym niż mniejszym ogniu smażymy wątróbki z obu stron do zrumienienia, przewracając w międzyczasie kilka razy. U mnie trwało to ok. 8 minut.

W tym czasie słodkiego ziemniaka gotujemy w mikrofalówce. Nakłuwamy skórkę widelcem w kilku miejscach, kładziemy ziemniaka na papierowym ręczniku i grzejemy ok. 6 minut na najwyższej mocy, obracając raz w połowie podgrzewania. Zostawiamy na kilka minut. Po tym zabiegu ziemniak powininen być miękki (tzn. miękki w dotyku, nie że uda się w niego wbić widelec). Jeśli tak nie jest, można podgrzać go jeszcze minutę lub dwie. Oczywiście jeśli nie macie mikrofali, ziemniaka można upiec w piekarniku, ale raczej trzeba to zrobić dzień wcześniej, bo pieczenie zajmuje około godziny.

A tymczasem wątróbki się przypaliły… yyy… to znaczy usmażyły 😉 Po lekkim przestudzeniu kroimy je na nieduże kawałki i wrzucamy do blendera. To samo robimy ze słodkim ziemniakiem (oczywiście najpierw zdejmujemy skórkę). Dodajemy jajko, siemię lniane i przyprawy i miksujemy na kremową masę. Ewentualnie doprawiamy do smaku. Przekładamy do foremek na muffinki i pieczemy 25 minut w 180 stopniach. Podajemy z delikatną sałatką (nawet sama mieszanka sałat z oliwą będzie dobra) albo z pieczonymi szparagami (sezon się kończy, trzeba korzystać :))

Smacznego 🙂

Przepis dodaję do akcji Wątróbkowe Fantazje