Category Archives: kotlety i burgery

Burgery orzechowe

Zwykły wpis

 

Po delikatnym blogowym kryzysie wreszcie udało mi się wyprodukować i sfotografować fajny przepis 🙂 Jezdem z siebie dumna, zwłaszcza, że wczoraj miałam jakiś dzień niemocy – może z powodu treningu, może przez pogodę, nie wiem, ale faktem jest, że jedyne ne co miałam ochotę to spanie. Wykrzesałam jednak trochę energii i popełniłam orzechowe burgery. Kiedyś już robiłam podobne z przepisu Ireny i Andrzeja, a tym razem inspirowałam się przepisem Nutty Veggie Burgers z książki Let Them Eat Vegan! Książka jest naprawdę fajna i jeśli szukacie np. prezentu na gwiazdkę dla roślinożercy, to jest to dobra opcja 🙂

Burgery też są fajne – przede wszystkim nie rozwalają się przy smażeniu, co uważam za wielką zaletę, bo znakomita wiekszość wege kotletów, jeśli nawet da się przewrócić na drugą stronę na patelni, to przy przekładaniu z patelni na talerz już na bank się rozpadnie. Tu nie ma tego problemu. Kotlety są bardzo smaczne, zwłaszcza dla wielbicieli orzechów, do których niżej podpisana się zalicza. Poza tym podobno są dziecioprzyjazne 😉 Nie mam dzieci, na których mogłabym to sprawdzić, ale autorka książki ma trójkę i tak twierdzi, więc pewnie tak jest 😉 Dla mnie może odrobinkę zbyt łagodne, więc polecam do nich jakiś pikantny sos. Ja jadłam z cebulą i ostrą salsą.

Składniki (na 5 średnich kotletów)

  • ok. 1 szklanki migdałów
  • ok 2/3 szklanki orzechów włoskich
  • duży ząbek czosnku
  • trochę ponad pół szklanki płatków owsianych
  • duża marchewka
  • łyżka ketchupu
  • pół łyżeczki soli
  • 2 łyżki płatków drożdżowych (jeśli nie macie, chyba spokojnie można pominąć)
  • ok. łyżki posiekanej świeżej szałwii (myślę, że dobrze by pasował też świeży lub suszony rozmaryn albo tymianek)
  • olej do smażenia

Przygotowanie

Ząbek czosnku kroimy na kilka kawałków. W robocie kuchennym rozdrabniamy migdały i orzechy razem z czosnkiem, solą, płatkami drożdżowymi i szałwią (lub innymi ziołami). Dodajemy startą na drobnej tarce marchewkę, ketchup i płatki owsiane. Miksujemy, aż masa stanie się zwarta i zacznie się sklejać. Formujemy kotleciki. Na patelni rozgrzewamy niewielką ilość oleju i smażymy 5-7 minut an jednej stronie, a potem 3-4 minuty na drugiej. Podajemy np z bułką, warzywami i ketchupem, musztardą, majonezem itp. dodatkami fastfoodowymi, albo z sałatką.

Smacznego 🙂

Reklamy

Wspomnienie lata, czyli obiad z nutą tropikalną

Zwykły wpis

Dzisiaj mam dla Was dwa przepisy na dania, które przypomną wakacje pod palmami 🙂 Co prawda w Tajlandii jeszcze mnie nie było, ale wszystko przede mną 😉 Mimo to tajskie burgery przywołują wspomnienia żaru tropików i pozwalają przez chwilę nie myśleć o padającym poziomo śniegu z deszczem za oknem. No cóż, do wiosny z każdym dniem coraz bliżej i tego się trzymajmy 🙂

Przepis na tajskie burgery pochodzi z książki Peas and Thank you – jednego z moich prezentów od Mikołaja. Bardzo lubię bloga autorki, więc na książkę też się skusiłam i nie żałuję. Jest to pierwsza książka kucharska, którą czytam dla rozrywki (no dobra, jedna z pierwszych którą w ogóle czytam, ale cóż ;)). Każdy przepis to jednocześnie rodzinna historia, wspomnienie, refleksja z dużą dozą autoironii… Przy tym przepisy są „normalne” – dla ludzi, którzy mają zycie poza kuchnią i nie czują potrzeby tudzież nie mają czasu spędzać dziennie 3 godzin przy garnkach, szykując jakieś wyuzdane smakołyki. Składniki też są ogólnie dostępne, przynajmniej ogólnie dostępne w USA – u nas może być problem ze znalezieniem wegańskich serów, które czasem pojawiają się w książce. Ale do przygotowania opisanych tam potraw nie potrzeba wodorostów z dna Rowu Mariańskiego czy innych wynalazków, których normalny człowiek nawet ze świecą nie znajdzie 😉 Naprawdę myślę, że składniki do 85% potraw bez problemu można znaleźć w zwykłym supermarkecie, nie zapędzając się nawet do sklepu ze zdrową żywnością.

Tak więc tajskie burgery – pachące kolendrą, imbirem, sezamem, limonką… Pycha 🙂 W storunku do oryginalnego przepisu zmieniłam niewiele – podaję oryginalny przepis i moje modyfilacje.

Składniki (na 4 burgery)

  • 1/3 szklanki mąki z cieciorki + łyżka płatków owsianych (w oryginale 1/3 szklanki płatków zmielonych w blenderze na mąkę, ale jakoś u mnie to mielenie nie działa, więc używam mąki z cieciorki lub bułki tatrej)
  • puszka fasoli (400g) – w oryginale cieciorka, ale akurat nie miałam. Użyłam fasoli falożetki, myślę, że może być też biała, byle tylko nie czerwona, bo kolor będzie dziwny 😉
  • pół małego brokuła startego na tarce
  • 3 łyżeczki sosu sojowego
  • 2 ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę
  • 2 łyżeczki oleju sezamowego
  • 3 łyżki posiekanej kolendry
  • 3 łyżeczki imbiru startego na drobnej tarce
  • 2 łyżki masła orzechowego
  • olej do smażenia

Przygotowanie

Łatwizna – wszystkie składniki wkładamy do blendera i miksujemy, ale tak, żeby nie była to zupełnie jednolita papka. Ewentualnie doprawiamy do smaku. Masa jest dosyć rzadka (tzn. rzadka jak na masę na kotlety), ale nie należy się tym przejmować. Formujemy 4 kotlety i smażymy na rozgrzanym oleju około 5-6 minut z każdej strony.

Ostatnio znalazłam te na blogu Oh She Glows przepis na ciekawą sałatkę w tropikalnym klimacie. Kapusta włoska, która u nas chyba nie jest specjalnie popularna, a jeśli już, to do zawijania gołąbków, u naszych przyjaciół zza oceanu jest szeroko wykorzystywana jako baza sałatek.

Początkowo ten pomysł jakoś mnie nie przekonywał, bo przecież kapusta jest dosyć twarda, a włoska chyba jeszcze twardsza niż zwykła. Ale okazuje się, że jest trik 😉 Do takiej sałatki trzeba dodać naprawdę duuuuużo sosu i wgniatać go rękami w liście kapusty. Stąd amerykańska nazwa massaged kale salad. Dzięki temu zabiegowi kapusta mięknie i „przesiąka” smakiem sosu. Sałatka jest nawet lepsza na drugi dzień, kiedy smaki dokładnie się przegryzą. Poza tym, w przeciwieństwie do sałaty czy innej „delikatniejszej” zieleniny, kapusta po nocowaniu w lodówce nie puszcza tyle soku pod wpływem dressingu, nie więdnie i generalnie nie robi smętnego wrażenia 🙂

Z pewnością połączenie kapusty z bananem i ananasem wydaje się, łagodnie mówiąc, ekstrawaganckie, ale warto spróbować 🙂 Dla mnie sałatka w oryginalnej wersji była zbyt mdła w smaku, więc podrasowałam ją imbirem i dodatkowym sokiem z limonki.

Składniki

  • ok. 10 liści kapusty włoskiej
  • 1 banan
  • garść migdałów (w oryginale orzechy macadamia)
  • 2/3 puszki brzoskwiń (w oryginale świeże mango)
  • kilka łyżek wiórków kokosowych
  • spora szczypta imbiru w proszku

sos

  • 2/3 puszki ananasa
  • mała puszka mleka kokosowego (185 ml)
  • 1/4 szklanki soku z limonki (półtorej lub 2 limonki)
  • spora szczypta soli

Przygotowanie

Liście kapusty myjemy i rwiemy na nieduże kawałki, omijając najtwardsze korzenie, które wyrzucamy. Wszystkie składniki sosu miksujemy. Do dużej miski z kapustą wlewamy ok 2/3 sosu, dosypujemy imbir i przez dłuższą chwilę ugniatamy liście rękami. Następnie dodajemy pokrojone w nieduże kawałki brzoskwinie, banana, posiekane migdały i wiórki kokosowe. Delikatnie mieszamy. Próbujemy i ewentualnie doprawiamy do smaku. Wstawiamy na jakiś czas do lodówki. Podajemy w towarzystwie tajskich burgerów (albo innym dobrym towarzystwie ;))

Pozostały sos można skonsumować luzem w charakterze smoothie – jest naprawdę bardzo smaczny 🙂

Najlepsze wegańskie burgery ever ;-)

Zwykły wpis

Tytuł w stylu plotek.pl, ale nie mogłam sobie odmówić, bo te burgery naprawdę na niego zasługują 🙂 Kolejna perełka z bloga Oh She Glows. Robiłam je już któryś z kolei raz i niezmiennie są fantastyczne. Mają zwartą strukturę, z wierzchu są chrupiące, wewnątrz miękie, ale nie rozpadają się, jak to czasem bywa w przypadku wegańskich kotletów. Są sobre zarówno na ciepło jak i na zimno i całkiem nieźle znoszą mrożenie. Jednym słowem doskonałe 🙂 Przepis podaję z moimi delikatnymi zmianami.

Składniki (na 6 burgerów)

  • 1 średnia cebula, drobno posiekana
  • 1 średnia marchewka, starta na tarce jarzynowej
  • 2-3 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę
  • 2 łyżki oliwy
  • puszka fasoli czarnej lub czerwonej, odsączona i rozgnieciona widelcem
  • 2 szklanki mąki z cieciorki
  • 2 łyżeczki oregano
  • łyżeczka kminku
  • sól i pieprz do smaku
  • 2 łyżki mielonego siemienia lnianego + pół szklanki ciepłej wody
  • 1/3 szklanki posiekanych migdałów
  • pół szklanki ziaren słonecznika (dobrze sprawdzają się tez pestki dyni)
  • pęczek natki pietruszki, drobno posiekanej

Przygotowanie

Siemię lniane mieszamy z wodą i odstawiamy na jakieś 10 minut. Na patelni rozgrzewamy oliwę i podsmażamy przez ok. 3 minuty cebulę i czosnek, często mieszając. Dodajemy marchewkę i jeszcze chwilę smażymy. W dużej misce mieszamy: usmażone warzywa, mąkę z cieciorki, siemię lniane, fasolę i przyprawy. Wyrabiamy masę. Chwilę to potrwa, ale na koniec masa powinna być lepka i zwarta. Dodajemy migdały, pestki i posiekaną natkę i jeszcze raz wyrabiamy. Ewentualnie doprawiamy do smaku. Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Z masy formujemy 6 mniej więcej równych kotletów. Układamy na blasze posmarowanej olejem albo na macie silikonowej i pieczemy 15 minut, po czym przewracamy na drugą stronę i pieczemy kolejne 15 minut.

Przy okazji chciałam Wam polecić gadżet kuchenny, który sama niedawno nabyłam i przy okazji produkcji burgerów pierwszy raz wypróbowałam. Chodzi o silikonową matę do pieczenia. Kupiłam ją za całe 15 zł  i jestem zachwycona – ma doładnie wymiary blachy, więc nie trzeba się bawić z przycinaniem papieru do pieczenia, którego zawsze jakoś dziwnie brałam o pół metra za dużo,  piecze się bez tłuszczu, absolutnie nic nie przywiera, nie trzeba szorować blachy, a sama mata myje się bezproblemowo. Podobno można ją nawet myć w zmywarce, ale nie wiem, jak umyć w zmywarce coś, co jest giętkie jak szmatka, chyba już prędzej w pralce 😉

Tofuburgery z orzechami

Zwykły wpis

Kanapkowa wieża o dziwo się nie wywaliła 😉

Wegański fast food w całkiem niezłym wydaniu 🙂 Pierwsze tofuburgery mojego skromnego autorstwa, które bez problemu da sie przewrócić na drugą stronę na patelni, a po usmażeniu mają fajną zwartą strukturę. Zainspirowane przepisem z bloga It ain’t meat, Babe z moimi zmianami. Fajnie się sprawdzają w kanapce a’la McDonald, ale też w klasycznej formie kotletów z sałatką i ew. ziemniakami albo kaszą. A może frytki do tego? 😉

Składniki (na 5 sporych kotletów)

  • 1.5 kostki tofu
  •  pół szklanki bułki tartej
  •  pół szklanki mąki z cieciorki (można zastąpić bułka tartą, tak było w oryginale, ale mąka z cieciorki fajnie „trzyma” masę, a poza tym jest zdrowsza :))
  • 2 łyżki mielonego siemienia lnianego + ok. pół szklanki ciepłej wody
  • 3 łyżki sosu sojowego
  • spora szczypta soli
  • pół cebuli
  • szczypta rozmarynu
  • ok. 2/3 szklanki przechów pekan lub włoskich
  • odrobina czosnku w proszku
  • olej do smażenia

Przygotowanie

Siemię lnianę rozprowadzamy w ciepłej wodzie i odstawiamy na bok na jakieś 10 minut. W tym czasie „więszką połowę” orzechów mielimy w blenderze prawie na proszek, a resztę kruszymy w ręku. Cebulę drobno siekamy (można również krótko zmielić). Wszystkie składniki – z wyjątkiem oleju i pokruszonych orzechów – wrzucamy do blendera i dokładnie mieszamy. Masa powinna być naprawdę gęsta i kleista. Próbujemy i ewentualnie doprawiamy wedle własnych upodobań. Dodajemy kruszone orzechy i mieszamy (łyżką lub ręką ;)).

Na patelni rozgrzewamy odrobinę oleju. Z masy formujemy kotlety i smażymy je z obu stron na średnim ogniu na jasnobrązowy kolor. Ja przekręcałam je tak co 2-3 minuty i w sumie smażyłam ok 8-10 minut. Od czasu do czasu można dolać odrobinę oleju. Gotowe kotlety odsączamy z nadmiaru tłuszczu na papierowym ręczniku.

***

Pytanie do osób, które też piszą blogi albo z jakiegoś powodu fotografują swoje jedzenie. Czy Wasze aparaty też są upaprane tym, co aktualnie powstaje w kuchni? Zawsze jestem zła, jak znajduję ketchup na przełączniku albo mąkę na pokrywce obiektywu, ale jakoś nic nie mogę na to poradzić 😛