Monthly Archives: Marzec 2012

Kuleczki czekoladowo-wiśniowe ze słoną niespodzianką

Zwykły wpis

W ostatnie wakacje odbyłam z mężem najciekawszą (jak dotąd) podróż swojego życia – objazd po Kalifornii. W niecałe trzy tygodnie zrobiliśmy parę tysięcy kilometrów, graliśmy (i wygraliśmy!) w kasynie w Vegas, widzieliśmy Wielki Kanion, Hollywood i most Golden Gate. Przywieźliśmy oczywiście milion zdjęć i mnóswto wspomnień – również kulinarnych (to głównie ja, bo małżonek należy do osób, które o jedzeniu myślą o tyle, żeby nie umrzeć z głodu ;)).

Jako kuchennie zakręcona wegetarianka (wówczas w fazie wegańskiej, obecnie w sumie od jakiegoś czasu też ;)), trafiwszy do San Francisco, znalazłam się w raju 🙂 San Francisco i okolice są uznawane za najbardziej pro-ekologiczny, pro-wegański i pro-dietetyczny region USA. Widać to nie tylko po rozmiarze mieszkańców (naprawdę!), ale też po zawartości sklepów spożywczych. W byle sklepiku znajdziecie kilka rodzajów mleka roślinnego, tofu, sery wegańskie, wegetariańskie i wegańskie kanapki na wynos, a w większych sklepach okazuje się, że weganizm to mały pikuś 😉 Cały regał gotowych dań i przekąsek RAW? Proszę bardzo, nie ma sprawy 😉 Mąż musiał mnie z takowego sklepu wywlekać za uszy 😉

Właśnie w trakcie pobytu w słonecznej Kalifornii (która nota bene słoneczna jest tylko w piosenkach, tak naprawdę jest tam raczej chłodno i często pada ;)) testowałam szeroki asortyment 100% wegańskich, ekologicznyh, organicznych, bio, RAW itp. itd. batoników. Jeden z nich szczególnie mi utkwił w pamięci.

Że wiśnie i czekolada to jedno z połączeń idealnych – to wiadomo, ale co się stanie, jeśli dodamy do tego kawałki słonych precelków? Otóż efekt jest co najmniej równie idealny 🙂 O tej pysznej kombinacji przypomniała mi autorka bloga Oh She Glows, na którym ostanio znalazłam podobny przepis. Po dzisiejszym długim dniu i pełnym emocji wieczorze (po ponad dwuletniej przerwie wróciłam za kierownicę i nie spotkałam się z latarnią ;)) musiałam uzupełnić niedobór czekolady w organizmie 😉 I tak w wyniku radosnej twórczości powstały kuleczki wiśniowo-czekoladowe z kawałkami precelków. Przepyszne, dosyć zdrowe i szybkie w przygotowaniu. Potrzebny jest jedynie dobry blender.

Składniki (na ok. 15 sztuk)

  • 3/4 szklanki suszonych daktyli
  • trochę ponad szklanka nerkowców
  • opakowanie suszonych wiśni (100 g)
  • ponad pół tabliczki gorzekiej czekolady (użyłam ok. 60 g czekolady 70% kakao)
  • 2 czubate łyżeczki kakao
  • 2 garście precelków (u mnie Lajkonik)

Przygotowanie

Daktyle zalewamy wodą i moczymy przez kilka godzin (u mnie moczyły się cały dzień). Odcedzamy. Czekoladę topimy w mikrofalówce (ok. 2 minuty na średniej mocy) lub w rodnelku, Wszyskie składniki oprócz precelków wrzucamy do blendera i miksujemy do uzyskania klejącej masy (nie będzie zupełnie jednolita – i dobrze, ale powinna dać się formować w kulki). Następnie dodajemy połamane precelki i miksujemy do połączenia. Ewentualnie mieszamy łyżką lub ręką i rozdrabniamy co większe kawałki. Mokrymi dłońmi formujemy z masy kulki. I gotowe – przechowujemy w lodówce lub pakujemy każdą osobno w folię (aby się nie skleiły) i zamrażamy. Smacznego 🙂

Reklamy

Muffinki kakaowo-karobowe z quinoa

Zwykły wpis

Chyba wpadłam w faze muffinkową 🙂 Kolejna odsłona babeczek 🙂 Osobiście muffinki traktuję raczej jako „artykuł śniadaniowy” niz jako deser, dlatego te, które piekę, są umiarkowanie słodkie, bez kremów i innych lukrów i staram się do nich upchnąć tyle składników odżywczych, ile się zmieści (a czasem więcej ;))

Dzisiaj mam dla Was propozycje muffinek kakaowych z dodatkiem tofu, quinoa, karobu i masła słonecznikowego. Do tego niecałe 3 łyżki cukru na 12 sztuk. Wystarczająco zdrowe? 😉

Składniki (na 12 bardzo dużych muffinek)

suche

  • 2 pełne szklanki mąki (użyłam orkiszowej)
  • szklanka surowej quinoa
  • 2 czubate łyżki kakao
  • 2 łyżki karobu*
  • 2 – 3 łyżki brązowego cukru (lub trochę więcej dla amatorów słodkości)
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 2 łyżeczki sody oczyszczonej

* karob można kupić w sklepach ze zdrową żywnością. Nie jest drogi (chyba ok. 6 zł za sporą torebkę). Jest to ciemny proszek stosowany przez niektórych jako zmiennik kakao, chociaż według mnie w smaku w ogóle go nie przypomina 😉 Jeśli nie macie karobu, można go zastąpić dodatkową łyżką kakao i łyżką cukru.

mokre

  • opakowanie silken tofu (340 g)
  • ok. pół szklanki mleka roślinnego
  • 2 łyżki mielonego siemienia lnianego + pół szklanki ciepłej wody
  • jeden dojrzały banan

dodatkowo

  • drugi dojrzały banan
  • ok. 3 łyżki masła orzechowego lub słonecznikowego
  • olej do wysmarowania foremek

Przygotowanie

W misce mieszamy suche składniki. Siemię lniane rozprowadzamy w wodzie i odstawiamy na kilka minut. Tofu miksujemy z jednym bananem i mlekiem, a następnie mieszamy z siemieniem lnianym. Mokre składniki dodajemy do suchych i mieszamy do połączenia. Drugiego banana kroimy w kostkę i delikatnie mieszamy z masą. Umieszczamy masę w natłuszczonych foremkach i do każdej formeki dodajemy ok. pół łyżeczki masła słonecznikowego (lub orzechowego), starając sie zatopić je w masie.

Pieczemy 25 minut w 180 stopniach. Najlepsze są z dodatkiem owoców lub dżemu i kawki 🙂 Jeśli macie mikrofalówkę, warto przed podaniem minutkę je podgrzać (oczywiście jeśli nie sa jeszcze ciepłe po upieczeniu ;)) – dzięki temu będą bardziej puszyste. Smacznego 🙂

Vege Miasto – przyzwoite jedzenie za przyzwoite pieniądze

Zwykły wpis

Wczoraj wieczorem wybrałam się z przyjaciółką na zwiedzanie kolejnej wegetariańskiej miejscówki w Warszawie. Tym razem poszłyśmy do Vege Miasta przy Chmielnej. Słyszałam wcześniej o tym miejscu, raczej pozytywnie i chciałam sprawdzić na własnym podniebieniu, jak tam jest. Otóż jest nieźle 🙂

Na początek uwaga – ten przybytek gastronomiczny łatwo przegapić, bo wchodzi sie przez podwórko. Podobno bywają problemy ze znalezieniem wolnego stolika, ale na szczęście my nie miałyśmy z tym kłopotów – widocznie w dni powszednie jest mniejszy ruch. Wystrój wnętrza jest całkiem przytulny, chociaż jak dla mnie jest trochę za ciemno, raczej wygląda to jak pub niż miejsce, gdzie przychodzi się zjeść. Ale nie będę się nadmiernie czepiać 😉 Pubową atmosferę spotęgował fakt, że w czasie naszego całego pobytu (trwającego około godziny) nikt poza nami nie zamówił nic do jedzenia – wszyscy wpadali tylko na piwo. Przez chwilę pomyślałam sobie, że może kuchnia już nieczynna (wybrałyśmy się wieczorem, a knajpka jest czynna do 21.00) albo jedzenie jest fatalne, o czym wszyscy poza mną już wiedzą 😉 Ale nic to, do odważnych świat należy – zamówiłyśmy.

Okazało się, że kuchnia działa 🙂 Wyprodukowała nam dwa calzone i sałatkę 🙂

Na jedzenie trzeba było dosyć długo czekać, o czym jednakowoż goście są lojalnie uprzedzani w menu 😉 W restauracji nie używa się mikrofalówki, wszystkie dania szykowane są na bieżąco i stąd czas oczekiwania. Obsługa jest wybitnie wyluzowana i ze swobodnym podejściem do klienta, a do tego częściowo zakolczykowana w dziwnych miejscach, ozdobiona dredami i niestandardowo ubrana 😉 Nie jest to broń Boże zarzut – absolutnie mi to nie przeszkadzało. Może tylko ostrzeżenie, gdyby ktoś wpadł na pomysł wybrania się tam na herbatkę z babcią 😉

Nasze jedzenie było smaczne – może nie było to coś, co by mnie wprawiło w kulinarną ekstazę, ale było naprawdę dobre. Calzone z pełnoziarnistego ciasta było nadziane wegańskim farszem ze szpinaku, oliwek, cebuli i czegoś jeszcze 😉 Sałatka o wdzięcznej nazwie „siewca zieleni” to kapusta pekińska z kiełkami, prażonymi pestkami słonecznika i orzechami. Jestem zdecydowanie na tak, przede wszystkim dlatego, że nie była to czesto spotykana w restauracjach opcja pt. „góra sałaty, trzy kiełki na krzyż i dwa orzechy” 😉 Stosunek ilości dodatków do zieleniny był moim zdaniem właściwy.

Osobiście, idąc do Vege Miasta, nastawiałam się na spróbowanie wegańskich lodów od Giuseppe, o których słyszałam i czytałam już rozliczne hymny pochwalne. Niestety, lody wyszły i wrócą dopiero po świętach. Może więc ja też wrócę, żeby w końcu ich spróbować 😉

Tytułem podsumowania – Vege Miasto to fajne mejsce na piwko czy swobodne spotkanie ze znajomymi. Jedzenie jest smaczne i świeże, ceny w dolnych strefach stanów średnich. Podoba mi się to, że w menu wyraźnie zaznaczono, które dania są wegańskie (albo możliwe do przyrządzenia po wegańsku) albo bezglutenowe. Nie podoba mi się fakt, że lody wyszły 😉 a ponadto to, że za mleko sojowe (zamiast krowiego lub jogurtu) do szejka trzeba dopłacić bodajże 3 zł. Według mnie w knajpie nastawionej na wegetarian i wegan mleko sojowe lub inne roślinne powinno być gratis (w sensie że bez dopłaty ;)), zwłaszcza że przecież nie trzeba go kupować w kartonach po 10 zł za litr – można przygotować domowym (restauracyjnym ;)) sposobem.

Ogólnie mogę polecić to miejsce – jedzenie OK, ceny OK, bez zadęcia – po prostu fajnie 🙂

Włoska tarta na jaglanym spodzie

Zwykły wpis

Dziś mam dla Was tartę pełną włoskich smaków, na beztłuszczowym jaglanym spodzie. Uwielbiam kruche ciasto, ale mniej uwielbiam fakt, że mniej więcej połowa jego składu to margaryna lub olej 😉 Piekłam tarty na spodzie drożdżowym i wychodziły bardzo smaczne, ale nie byłabym sobą, gdybym nie chciała spróbować nowej kombinacji 😉 Na pewnym blogu znalazłam przepis na quiche na spodzie ryżowym, ale autorka zabrania zamieszczania jej przepisów, nawet z podaniem źródła. No cóż, jej prawo 😉 Ponieważ mój przepis był, rzecz jasna, z przeznaczeniem na bloga (i możecie go opublikować u siebie, jeśli podacie linka ;)), więc musiałam wymyśleć coś innego.

Po konsultacji z google’m znalzłam parę przepisów na wypieki na spodzie z kaszy jaglanej. Co prawda były to słodkie ciasta, ale uznałam, że w wersji wytrawnej na pewno też zadziała 🙂 I zadziałało. Efekt powyżej (i poniżej)

Składniki

spód

  • 2/3 szklanki kaszy jaglanej (surowej)
  • łyżka soli
  • opcjonalnie kostka bulionu warzywnego

wierzch – warzywa

  • 1 mała cukinia
  • pół cebuli
  • 2 ząbki czosnku
  • łyżka przyprawy do kuchni włoskiej
  • ok. 5 suszonych pomidorów z oliwy
  • łyżeczka oleju do smażenia
  • sól i pieprz do smaku

wierzch – masa

  • kostka tofu (180 g)
  • puszka cieciorki (400g) – odcedzona
  • 2 spore szczypty soli
  • łyżka przyprawy Kamis suszone pomidory z bazylią i czosnkiem (lub przyprawy do kuchni włoskiej)
  • sok z jednej cytryny
  • 3 łyżki mąki z cieciorki (albo mielonego siemienia lnianego lub skrobii kukurydzianej)
  • 2-3 łyżki płatków drożdżowych (opcjonalnie)
  • ok. 1/4 szklanki wody

dodatkowo

  • opcjonalnie do dekoracji: cukinia, oliwki, paseczki papryki, czy co Wam jeszcze przyjdzie do głowy
  • olej do wysmarowania formy

Przygotowanie

Kaszę jaglaną gotujemy w osolonej wodzie lub bulionie ok. 15 minut, od czasu do czasu mieszając. Gdyby woda się wygotowała, dolewamy trochę w miarę potrzeby. Odcedzamy. Formę do tarty (moja ma średnicę 26 cm) smarujemy dokładnie olejem i wykładamy spód i brzegi gorącą kaszą jaglaną. Najlepiej rozprowadzać kaszę spodem łyżki, aby się nie poparzyć. Formę z kaszą wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i pieczemy ok. 10 minut.

Cebulę kroimy w kostkę, a czosnek przeciskamy przez praskę. Na patelni rozgrzewamy olej i smażymy cebulę z czosnkiem na średnim ogniu przez ok. 3 minuty, często mieszając. Dodajemy pokrojoną w półplasterki cukinię, suszone pomidory pokrojone w paski oraz przyprawy. Smażymy ok. 7 minut, aż cukinia zmięknie.

Składniki masy miksujemy w blenderze do uzyskania jednolitej konsystencji. Wodę najlepiej dodawać stopniowo, żeby masa nie wyszła za rzadka – zawsze łatwiej dolać niż potem wyjąć 😉 Masa powinna mieć konsystencję kremowej pasty.

Na podpieczony spód wykładamy usmażone warzywa, a następnie przykrywamy je masą. Wierzch ewentualnie dekorujemy wedle uznania. Całość wkładamy do piekarnika i pieczemy ok. 40 minut w 180 stopniach.

Kiedy tarta jest gorąca, trudno przełożyć ją na talerzyki, więc najlepiej sprawdza się na ciepło, ale nie prosto z pieca, albo jako przekąska w temperaturze pokojowej. Polecam podawać ją z sałątką z soczystych warzyw albo sosem pomidorowym doprawionym np. bazylią i oregano. Smacznego 🙂


Snack time, czyli pikantne chrupadło do zastosowań wszelakich :-)

Zwykły wpis

Dziś miał być przepis na pancakes z okazji Waniliowego Weekendu. Niestety, moja wizja przegrała w konfrontacji z rzeczywistością 😉 Po raz kolejny przekonałam się, że bezglutenowe pieczenie to wyższa szkoła jazdy – o ile to, co wyszło mi w efekcie końcowym (a czego nie można określić mianem pancakes ;)), było całkiem smaczne, to ze względów estetycznych absolutnie nie nadawało się dla publiczności większej niż jednoosobowa 😉

W związku z tym mam dla Was przepis na… hmmm… w zasadzie to pikantna wersja granoli. Mieszanka ziaren, pestek, orzechów, z dodatkiem pieczonej cieciorki. Doprawiona na ostro a’la gyros 😉 Smaczna. Do podjadania przed TV – na pewno zdrowsza niż chipsy. Do posypania sałatki zmaiast grzanek. Do zupy zamiast groszku ptysiowego. Do zastosowań wszelakich 😉

Składniki

suche

  • Szklanka płatków owsianych
  • Szklanka ziaren gryki (kasza gryczana niepalona)
  • garść pestek dyni
  • garść pestek słonecznika
  • garść migdałów
  • 2 garści orzeszków ziemnych
  • puszka (400g) cieciorki, dobrze odsączonej, można nawet osuszyć ją papierowym ręcznikiem

sos

  • 3 łyżki tahini
  • sok z jednej cytryny
  • 2 ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę
  • 2 szczypty soli
  • 2 łyżeczki przyprawy do gyrosa
  • ok. 1/4 szklanki wody
  • pieprz do smaku
  • ew. chilli do smaku

dodatkowo

  • łyżeczka przyprawy do gyrosa
  • łyżeczka grubej soli (opcjonalnie)
  • ew. olej do wysmarowania blachy

Przygotowanie

Suche składniki mieszamy w misce. Skłaniki sosu miksujemy. Dolawamy do suchych i dokładnie mieszamy. Wykładamy na natłuszczoną lub przykrytą matą silikonową blachę. Pieczemy ok. 40 minut w 170 stopniach. W połowie pieczenia mieszamy, aby wszystko równo się zrumieniło. Po wyjęciu i przestudzeniu posypujemy dodatkową łyżeczką przyprawy do gyrosa i solą i mieszamy.

Myślę, że ze względu na dodatek cieciorki lepiej przechowywać w lodówce (oczywiście w zamkniętym pojemniku).

Granola na pobudkę :-)

Zwykły wpis

Co do śniadania? Kawa czy granola? A może jedno i drugie?

Czy ktoś jeszcze, tak jak ja, nie istnieje dla świata, zanim nie wypije kawy albo najlepiej dwóch? Tak, wiem, kawa jest niezdrowa. Podnosi ciśnienie, zakwasza organizm, wypłukuje magnez i w ogóle… Kilka razy próbowałam rzucić mój kawowy nałóg, za każdym razem kończyło się klęską 😉 A teraz mówię sobie, że są gorsze nałogi na świecie, a kubek dobrej kawy z rana raczej mnie nie zabije 😉 Aha, proszę mi nie mówić, że mogę pić bezkofeinową. Kawa bezkofeinowa smakuje jak niewiadomoco. Wyjątkiem jest Starbucks, ale ich kawa ma z kolei poważną wadę w postaci ceny ok. 15 zł za kubek. Więc będę się dalej truć – z umiarem 😉

Pomysł na kawowe musli już od dawna chodził mi po głowie. A teraz poprzednia partia granoli zbliża się do końca, a poza tym jakiś czas temu kupiłam, w ramach akcesoriów do zdjęć, opakowanie kawy ziarnistej. Ponieważ nie posiadam ekspresu ani młynka do kawy, musiałam znaleźć dla niej inne zastosowanie. I tak wcieliłam w życie pomysł na mocno kawową granolę. Całe chrupiące ziarna kawy dodają jej charakteru – mała ekspozja kawowej goryczki raz na jakiś czas 🙂

Do bazy granoli dodałam tym razem ziarna gryki, albowiem, zapewne z powodu cudownego rozmnożenia, znalazłam w szufladzie dwie nienapoczęte torebki 😉 Możecie jednak użyć samych płatków owsianych lub z innych zbóż. Wyborem orzechów też rządziła zasada wygarniania resztek z szafki 😉 Użyjcie takich, jakie macie pod ręką. Najważniejszy i tak jest kawowy sos i ziarenka kawy 🙂 Granola, jak zwykle u mnie jest niezbyt słodka. Amatorom słodyczy polecam dodanie do sosu kilku łyżek syropu z agawy, klonowego lub miodu.

Składniki

suche

  • 1,5 szklanki płatków owsianych
  • 1,5 szklanki ziaren gryki (kasza gryczana niepalona)
  • 0,5 szklanki orzechów nerkowca
  • 0,5 szklanki orzeszków ziemnych
  • trochę ponad 0,5 szklanki rodzynek
  • duża garść całych ziaren kawy

mokre

  • 2 czubate łyżki łagodnego masła orzechowego (użyłam mieszanego z 4 rodzajów orzechów, migdałowe też na pewno się nada)
  • pół dużego banana
  • 2 łyżki kawy rozpuszczalnej
  • ok 1/4 szklanki wody
  • kilka łyżek płynnego słodu (nie używałam, ale polecam, jeśli lubicie słodsze smaki)

Przygotowanie

Standardowo. Suche do miski i mieszamy. Mokre miksujemy. Wlewamy do suchych składników i dokładnie mieszamy, żeby wszystko pokryło się sosem. Wykładamy na blachę do pieczenia nasmarowaną olejem lub przykrytą matą silikonową. Pieczemy 35-40 minut w 170 stopniach. W międzyczasie raz lub dwa mieszamy, aby wszystko równo się zrumieniło. Studzimy i przekładamy do puszki. Smacznej pobudki 🙂

Owsiankowe pancakes

Zwykły wpis

Dziś mam dla Was pomysł na wybitnie zdrowe (ale smaczne ;)) śniadanie. Jakiś czas temu ktoś pytał w komentarzach, czy ekspresowe ciastko owsiane da się zrobić na patelni. No więc nie da się. Ale po sieci krąży sporo przepisów na pancakes z dodatkiem płatków owsianych. Na ich podstawie wykombinowałam swój własny. Placuszki są wilgotne i mięsiste (jakkolwiek to brzmi w przypadku potrawy wegańskiej ;)). Ciasto samo w sobie nie jest słodkie, ale trochę słodyczy dodają rodzynki, a poza tym dzięki temu można podać pancakes klasycznie po amerykańsku z syropem klonowym i nie zapaść w śpiączkę cukrzycową 😉 Świetnie sprawdzą się też inne dodatki – dżem, masło orzechowe, świeże owoce…

Składniki (na 7 sporych pancakes)

suche

  • pół szklanki mąki (użyłam orkiszowej)
  • pół szklanki płatków owsianych błyskawicznych
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1,5 łyżeczki cynamonu
  • szczypta gałki muszkatałowej
  • szczypta soli

mokre

  • opakowanie silken tofu (340 g)
  • pół dużego banana
  • łyżka soku z cytryny
  • łyżka syropu z agawy
  • czubata łyżka mielonego siemienia lnianego + 1/3 szklanki ciepłej wody

dodatkowo

  • duża garść rodzynek
  • olej do smażenia lub olej w sprayu

Przygotowanie

Siemię lniane rozprowadzamy w wodzie i odstawiamy na kilka minut. W misce mieszamy suche składniki. W inym naczyniu miksujemy mokre na jednolitą masę. Wlewamy do miski z suchymi składnikami i mieszamy do połączenia. Na patelni podgrzewamy niewielką ilość oleju, nakładamy porcjami masę (do odmierzania użyłam gałkownicy do lodów ;)) i smażymy z obu stron na złoto-brązowy kolor. Placuszki przewracamy w trakcie smażenia kilka razy. U mnie cały proces smażenia trwał jakieś 7-8 minut. Podajemy ciepłe z syropem lub innymi dodatkami. Smacznego 🙂