Monthly Archives: Marzec 2012

Kuleczki czekoladowo-wiśniowe ze słoną niespodzianką

Zwykły wpis

W ostatnie wakacje odbyłam z mężem najciekawszą (jak dotąd) podróż swojego życia – objazd po Kalifornii. W niecałe trzy tygodnie zrobiliśmy parę tysięcy kilometrów, graliśmy (i wygraliśmy!) w kasynie w Vegas, widzieliśmy Wielki Kanion, Hollywood i most Golden Gate. Przywieźliśmy oczywiście milion zdjęć i mnóswto wspomnień – również kulinarnych (to głównie ja, bo małżonek należy do osób, które o jedzeniu myślą o tyle, żeby nie umrzeć z głodu ;)).

Jako kuchennie zakręcona wegetarianka (wówczas w fazie wegańskiej, obecnie w sumie od jakiegoś czasu też ;)), trafiwszy do San Francisco, znalazłam się w raju 🙂 San Francisco i okolice są uznawane za najbardziej pro-ekologiczny, pro-wegański i pro-dietetyczny region USA. Widać to nie tylko po rozmiarze mieszkańców (naprawdę!), ale też po zawartości sklepów spożywczych. W byle sklepiku znajdziecie kilka rodzajów mleka roślinnego, tofu, sery wegańskie, wegetariańskie i wegańskie kanapki na wynos, a w większych sklepach okazuje się, że weganizm to mały pikuś 😉 Cały regał gotowych dań i przekąsek RAW? Proszę bardzo, nie ma sprawy 😉 Mąż musiał mnie z takowego sklepu wywlekać za uszy 😉

Właśnie w trakcie pobytu w słonecznej Kalifornii (która nota bene słoneczna jest tylko w piosenkach, tak naprawdę jest tam raczej chłodno i często pada ;)) testowałam szeroki asortyment 100% wegańskich, ekologicznyh, organicznych, bio, RAW itp. itd. batoników. Jeden z nich szczególnie mi utkwił w pamięci.

Że wiśnie i czekolada to jedno z połączeń idealnych – to wiadomo, ale co się stanie, jeśli dodamy do tego kawałki słonych precelków? Otóż efekt jest co najmniej równie idealny 🙂 O tej pysznej kombinacji przypomniała mi autorka bloga Oh She Glows, na którym ostanio znalazłam podobny przepis. Po dzisiejszym długim dniu i pełnym emocji wieczorze (po ponad dwuletniej przerwie wróciłam za kierownicę i nie spotkałam się z latarnią ;)) musiałam uzupełnić niedobór czekolady w organizmie 😉 I tak w wyniku radosnej twórczości powstały kuleczki wiśniowo-czekoladowe z kawałkami precelków. Przepyszne, dosyć zdrowe i szybkie w przygotowaniu. Potrzebny jest jedynie dobry blender.

Składniki (na ok. 15 sztuk)

  • 3/4 szklanki suszonych daktyli
  • trochę ponad szklanka nerkowców
  • opakowanie suszonych wiśni (100 g)
  • ponad pół tabliczki gorzekiej czekolady (użyłam ok. 60 g czekolady 70% kakao)
  • 2 czubate łyżeczki kakao
  • 2 garście precelków (u mnie Lajkonik)

Przygotowanie

Daktyle zalewamy wodą i moczymy przez kilka godzin (u mnie moczyły się cały dzień). Odcedzamy. Czekoladę topimy w mikrofalówce (ok. 2 minuty na średniej mocy) lub w rodnelku, Wszyskie składniki oprócz precelków wrzucamy do blendera i miksujemy do uzyskania klejącej masy (nie będzie zupełnie jednolita – i dobrze, ale powinna dać się formować w kulki). Następnie dodajemy połamane precelki i miksujemy do połączenia. Ewentualnie mieszamy łyżką lub ręką i rozdrabniamy co większe kawałki. Mokrymi dłońmi formujemy z masy kulki. I gotowe – przechowujemy w lodówce lub pakujemy każdą osobno w folię (aby się nie skleiły) i zamrażamy. Smacznego 🙂

Muffinki kakaowo-karobowe z quinoa

Zwykły wpis

Chyba wpadłam w faze muffinkową 🙂 Kolejna odsłona babeczek 🙂 Osobiście muffinki traktuję raczej jako „artykuł śniadaniowy” niz jako deser, dlatego te, które piekę, są umiarkowanie słodkie, bez kremów i innych lukrów i staram się do nich upchnąć tyle składników odżywczych, ile się zmieści (a czasem więcej ;))

Dzisiaj mam dla Was propozycje muffinek kakaowych z dodatkiem tofu, quinoa, karobu i masła słonecznikowego. Do tego niecałe 3 łyżki cukru na 12 sztuk. Wystarczająco zdrowe? 😉

Składniki (na 12 bardzo dużych muffinek)

suche

  • 2 pełne szklanki mąki (użyłam orkiszowej)
  • szklanka surowej quinoa
  • 2 czubate łyżki kakao
  • 2 łyżki karobu*
  • 2 – 3 łyżki brązowego cukru (lub trochę więcej dla amatorów słodkości)
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 2 łyżeczki sody oczyszczonej

* karob można kupić w sklepach ze zdrową żywnością. Nie jest drogi (chyba ok. 6 zł za sporą torebkę). Jest to ciemny proszek stosowany przez niektórych jako zmiennik kakao, chociaż według mnie w smaku w ogóle go nie przypomina 😉 Jeśli nie macie karobu, można go zastąpić dodatkową łyżką kakao i łyżką cukru.

mokre

  • opakowanie silken tofu (340 g)
  • ok. pół szklanki mleka roślinnego
  • 2 łyżki mielonego siemienia lnianego + pół szklanki ciepłej wody
  • jeden dojrzały banan

dodatkowo

  • drugi dojrzały banan
  • ok. 3 łyżki masła orzechowego lub słonecznikowego
  • olej do wysmarowania foremek

Przygotowanie

W misce mieszamy suche składniki. Siemię lniane rozprowadzamy w wodzie i odstawiamy na kilka minut. Tofu miksujemy z jednym bananem i mlekiem, a następnie mieszamy z siemieniem lnianym. Mokre składniki dodajemy do suchych i mieszamy do połączenia. Drugiego banana kroimy w kostkę i delikatnie mieszamy z masą. Umieszczamy masę w natłuszczonych foremkach i do każdej formeki dodajemy ok. pół łyżeczki masła słonecznikowego (lub orzechowego), starając sie zatopić je w masie.

Pieczemy 25 minut w 180 stopniach. Najlepsze są z dodatkiem owoców lub dżemu i kawki 🙂 Jeśli macie mikrofalówkę, warto przed podaniem minutkę je podgrzać (oczywiście jeśli nie sa jeszcze ciepłe po upieczeniu ;)) – dzięki temu będą bardziej puszyste. Smacznego 🙂

Vege Miasto – przyzwoite jedzenie za przyzwoite pieniądze

Zwykły wpis

Wczoraj wieczorem wybrałam się z przyjaciółką na zwiedzanie kolejnej wegetariańskiej miejscówki w Warszawie. Tym razem poszłyśmy do Vege Miasta przy Chmielnej. Słyszałam wcześniej o tym miejscu, raczej pozytywnie i chciałam sprawdzić na własnym podniebieniu, jak tam jest. Otóż jest nieźle 🙂

Na początek uwaga – ten przybytek gastronomiczny łatwo przegapić, bo wchodzi sie przez podwórko. Podobno bywają problemy ze znalezieniem wolnego stolika, ale na szczęście my nie miałyśmy z tym kłopotów – widocznie w dni powszednie jest mniejszy ruch. Wystrój wnętrza jest całkiem przytulny, chociaż jak dla mnie jest trochę za ciemno, raczej wygląda to jak pub niż miejsce, gdzie przychodzi się zjeść. Ale nie będę się nadmiernie czepiać 😉 Pubową atmosferę spotęgował fakt, że w czasie naszego całego pobytu (trwającego około godziny) nikt poza nami nie zamówił nic do jedzenia – wszyscy wpadali tylko na piwo. Przez chwilę pomyślałam sobie, że może kuchnia już nieczynna (wybrałyśmy się wieczorem, a knajpka jest czynna do 21.00) albo jedzenie jest fatalne, o czym wszyscy poza mną już wiedzą 😉 Ale nic to, do odważnych świat należy – zamówiłyśmy.

Okazało się, że kuchnia działa 🙂 Wyprodukowała nam dwa calzone i sałatkę 🙂

Na jedzenie trzeba było dosyć długo czekać, o czym jednakowoż goście są lojalnie uprzedzani w menu 😉 W restauracji nie używa się mikrofalówki, wszystkie dania szykowane są na bieżąco i stąd czas oczekiwania. Obsługa jest wybitnie wyluzowana i ze swobodnym podejściem do klienta, a do tego częściowo zakolczykowana w dziwnych miejscach, ozdobiona dredami i niestandardowo ubrana 😉 Nie jest to broń Boże zarzut – absolutnie mi to nie przeszkadzało. Może tylko ostrzeżenie, gdyby ktoś wpadł na pomysł wybrania się tam na herbatkę z babcią 😉

Nasze jedzenie było smaczne – może nie było to coś, co by mnie wprawiło w kulinarną ekstazę, ale było naprawdę dobre. Calzone z pełnoziarnistego ciasta było nadziane wegańskim farszem ze szpinaku, oliwek, cebuli i czegoś jeszcze 😉 Sałatka o wdzięcznej nazwie „siewca zieleni” to kapusta pekińska z kiełkami, prażonymi pestkami słonecznika i orzechami. Jestem zdecydowanie na tak, przede wszystkim dlatego, że nie była to czesto spotykana w restauracjach opcja pt. „góra sałaty, trzy kiełki na krzyż i dwa orzechy” 😉 Stosunek ilości dodatków do zieleniny był moim zdaniem właściwy.

Osobiście, idąc do Vege Miasta, nastawiałam się na spróbowanie wegańskich lodów od Giuseppe, o których słyszałam i czytałam już rozliczne hymny pochwalne. Niestety, lody wyszły i wrócą dopiero po świętach. Może więc ja też wrócę, żeby w końcu ich spróbować 😉

Tytułem podsumowania – Vege Miasto to fajne mejsce na piwko czy swobodne spotkanie ze znajomymi. Jedzenie jest smaczne i świeże, ceny w dolnych strefach stanów średnich. Podoba mi się to, że w menu wyraźnie zaznaczono, które dania są wegańskie (albo możliwe do przyrządzenia po wegańsku) albo bezglutenowe. Nie podoba mi się fakt, że lody wyszły 😉 a ponadto to, że za mleko sojowe (zamiast krowiego lub jogurtu) do szejka trzeba dopłacić bodajże 3 zł. Według mnie w knajpie nastawionej na wegetarian i wegan mleko sojowe lub inne roślinne powinno być gratis (w sensie że bez dopłaty ;)), zwłaszcza że przecież nie trzeba go kupować w kartonach po 10 zł za litr – można przygotować domowym (restauracyjnym ;)) sposobem.

Ogólnie mogę polecić to miejsce – jedzenie OK, ceny OK, bez zadęcia – po prostu fajnie 🙂

Włoska tarta na jaglanym spodzie

Zwykły wpis

Dziś mam dla Was tartę pełną włoskich smaków, na beztłuszczowym jaglanym spodzie. Uwielbiam kruche ciasto, ale mniej uwielbiam fakt, że mniej więcej połowa jego składu to margaryna lub olej 😉 Piekłam tarty na spodzie drożdżowym i wychodziły bardzo smaczne, ale nie byłabym sobą, gdybym nie chciała spróbować nowej kombinacji 😉 Na pewnym blogu znalazłam przepis na quiche na spodzie ryżowym, ale autorka zabrania zamieszczania jej przepisów, nawet z podaniem źródła. No cóż, jej prawo 😉 Ponieważ mój przepis był, rzecz jasna, z przeznaczeniem na bloga (i możecie go opublikować u siebie, jeśli podacie linka ;)), więc musiałam wymyśleć coś innego.

Po konsultacji z google’m znalzłam parę przepisów na wypieki na spodzie z kaszy jaglanej. Co prawda były to słodkie ciasta, ale uznałam, że w wersji wytrawnej na pewno też zadziała 🙂 I zadziałało. Efekt powyżej (i poniżej)

Składniki

spód

  • 2/3 szklanki kaszy jaglanej (surowej)
  • łyżka soli
  • opcjonalnie kostka bulionu warzywnego

wierzch – warzywa

  • 1 mała cukinia
  • pół cebuli
  • 2 ząbki czosnku
  • łyżka przyprawy do kuchni włoskiej
  • ok. 5 suszonych pomidorów z oliwy
  • łyżeczka oleju do smażenia
  • sól i pieprz do smaku

wierzch – masa

  • kostka tofu (180 g)
  • puszka cieciorki (400g) – odcedzona
  • 2 spore szczypty soli
  • łyżka przyprawy Kamis suszone pomidory z bazylią i czosnkiem (lub przyprawy do kuchni włoskiej)
  • sok z jednej cytryny
  • 3 łyżki mąki z cieciorki (albo mielonego siemienia lnianego lub skrobii kukurydzianej)
  • 2-3 łyżki płatków drożdżowych (opcjonalnie)
  • ok. 1/4 szklanki wody

dodatkowo

  • opcjonalnie do dekoracji: cukinia, oliwki, paseczki papryki, czy co Wam jeszcze przyjdzie do głowy
  • olej do wysmarowania formy

Przygotowanie

Kaszę jaglaną gotujemy w osolonej wodzie lub bulionie ok. 15 minut, od czasu do czasu mieszając. Gdyby woda się wygotowała, dolewamy trochę w miarę potrzeby. Odcedzamy. Formę do tarty (moja ma średnicę 26 cm) smarujemy dokładnie olejem i wykładamy spód i brzegi gorącą kaszą jaglaną. Najlepiej rozprowadzać kaszę spodem łyżki, aby się nie poparzyć. Formę z kaszą wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i pieczemy ok. 10 minut.

Cebulę kroimy w kostkę, a czosnek przeciskamy przez praskę. Na patelni rozgrzewamy olej i smażymy cebulę z czosnkiem na średnim ogniu przez ok. 3 minuty, często mieszając. Dodajemy pokrojoną w półplasterki cukinię, suszone pomidory pokrojone w paski oraz przyprawy. Smażymy ok. 7 minut, aż cukinia zmięknie.

Składniki masy miksujemy w blenderze do uzyskania jednolitej konsystencji. Wodę najlepiej dodawać stopniowo, żeby masa nie wyszła za rzadka – zawsze łatwiej dolać niż potem wyjąć 😉 Masa powinna mieć konsystencję kremowej pasty.

Na podpieczony spód wykładamy usmażone warzywa, a następnie przykrywamy je masą. Wierzch ewentualnie dekorujemy wedle uznania. Całość wkładamy do piekarnika i pieczemy ok. 40 minut w 180 stopniach.

Kiedy tarta jest gorąca, trudno przełożyć ją na talerzyki, więc najlepiej sprawdza się na ciepło, ale nie prosto z pieca, albo jako przekąska w temperaturze pokojowej. Polecam podawać ją z sałątką z soczystych warzyw albo sosem pomidorowym doprawionym np. bazylią i oregano. Smacznego 🙂


Snack time, czyli pikantne chrupadło do zastosowań wszelakich :-)

Zwykły wpis

Dziś miał być przepis na pancakes z okazji Waniliowego Weekendu. Niestety, moja wizja przegrała w konfrontacji z rzeczywistością 😉 Po raz kolejny przekonałam się, że bezglutenowe pieczenie to wyższa szkoła jazdy – o ile to, co wyszło mi w efekcie końcowym (a czego nie można określić mianem pancakes ;)), było całkiem smaczne, to ze względów estetycznych absolutnie nie nadawało się dla publiczności większej niż jednoosobowa 😉

W związku z tym mam dla Was przepis na… hmmm… w zasadzie to pikantna wersja granoli. Mieszanka ziaren, pestek, orzechów, z dodatkiem pieczonej cieciorki. Doprawiona na ostro a’la gyros 😉 Smaczna. Do podjadania przed TV – na pewno zdrowsza niż chipsy. Do posypania sałatki zmaiast grzanek. Do zupy zamiast groszku ptysiowego. Do zastosowań wszelakich 😉

Składniki

suche

  • Szklanka płatków owsianych
  • Szklanka ziaren gryki (kasza gryczana niepalona)
  • garść pestek dyni
  • garść pestek słonecznika
  • garść migdałów
  • 2 garści orzeszków ziemnych
  • puszka (400g) cieciorki, dobrze odsączonej, można nawet osuszyć ją papierowym ręcznikiem

sos

  • 3 łyżki tahini
  • sok z jednej cytryny
  • 2 ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę
  • 2 szczypty soli
  • 2 łyżeczki przyprawy do gyrosa
  • ok. 1/4 szklanki wody
  • pieprz do smaku
  • ew. chilli do smaku

dodatkowo

  • łyżeczka przyprawy do gyrosa
  • łyżeczka grubej soli (opcjonalnie)
  • ew. olej do wysmarowania blachy

Przygotowanie

Suche składniki mieszamy w misce. Skłaniki sosu miksujemy. Dolawamy do suchych i dokładnie mieszamy. Wykładamy na natłuszczoną lub przykrytą matą silikonową blachę. Pieczemy ok. 40 minut w 170 stopniach. W połowie pieczenia mieszamy, aby wszystko równo się zrumieniło. Po wyjęciu i przestudzeniu posypujemy dodatkową łyżeczką przyprawy do gyrosa i solą i mieszamy.

Myślę, że ze względu na dodatek cieciorki lepiej przechowywać w lodówce (oczywiście w zamkniętym pojemniku).

Granola na pobudkę :-)

Zwykły wpis

Co do śniadania? Kawa czy granola? A może jedno i drugie?

Czy ktoś jeszcze, tak jak ja, nie istnieje dla świata, zanim nie wypije kawy albo najlepiej dwóch? Tak, wiem, kawa jest niezdrowa. Podnosi ciśnienie, zakwasza organizm, wypłukuje magnez i w ogóle… Kilka razy próbowałam rzucić mój kawowy nałóg, za każdym razem kończyło się klęską 😉 A teraz mówię sobie, że są gorsze nałogi na świecie, a kubek dobrej kawy z rana raczej mnie nie zabije 😉 Aha, proszę mi nie mówić, że mogę pić bezkofeinową. Kawa bezkofeinowa smakuje jak niewiadomoco. Wyjątkiem jest Starbucks, ale ich kawa ma z kolei poważną wadę w postaci ceny ok. 15 zł za kubek. Więc będę się dalej truć – z umiarem 😉

Pomysł na kawowe musli już od dawna chodził mi po głowie. A teraz poprzednia partia granoli zbliża się do końca, a poza tym jakiś czas temu kupiłam, w ramach akcesoriów do zdjęć, opakowanie kawy ziarnistej. Ponieważ nie posiadam ekspresu ani młynka do kawy, musiałam znaleźć dla niej inne zastosowanie. I tak wcieliłam w życie pomysł na mocno kawową granolę. Całe chrupiące ziarna kawy dodają jej charakteru – mała ekspozja kawowej goryczki raz na jakiś czas 🙂

Do bazy granoli dodałam tym razem ziarna gryki, albowiem, zapewne z powodu cudownego rozmnożenia, znalazłam w szufladzie dwie nienapoczęte torebki 😉 Możecie jednak użyć samych płatków owsianych lub z innych zbóż. Wyborem orzechów też rządziła zasada wygarniania resztek z szafki 😉 Użyjcie takich, jakie macie pod ręką. Najważniejszy i tak jest kawowy sos i ziarenka kawy 🙂 Granola, jak zwykle u mnie jest niezbyt słodka. Amatorom słodyczy polecam dodanie do sosu kilku łyżek syropu z agawy, klonowego lub miodu.

Składniki

suche

  • 1,5 szklanki płatków owsianych
  • 1,5 szklanki ziaren gryki (kasza gryczana niepalona)
  • 0,5 szklanki orzechów nerkowca
  • 0,5 szklanki orzeszków ziemnych
  • trochę ponad 0,5 szklanki rodzynek
  • duża garść całych ziaren kawy

mokre

  • 2 czubate łyżki łagodnego masła orzechowego (użyłam mieszanego z 4 rodzajów orzechów, migdałowe też na pewno się nada)
  • pół dużego banana
  • 2 łyżki kawy rozpuszczalnej
  • ok 1/4 szklanki wody
  • kilka łyżek płynnego słodu (nie używałam, ale polecam, jeśli lubicie słodsze smaki)

Przygotowanie

Standardowo. Suche do miski i mieszamy. Mokre miksujemy. Wlewamy do suchych składników i dokładnie mieszamy, żeby wszystko pokryło się sosem. Wykładamy na blachę do pieczenia nasmarowaną olejem lub przykrytą matą silikonową. Pieczemy 35-40 minut w 170 stopniach. W międzyczasie raz lub dwa mieszamy, aby wszystko równo się zrumieniło. Studzimy i przekładamy do puszki. Smacznej pobudki 🙂

Owsiankowe pancakes

Zwykły wpis

Dziś mam dla Was pomysł na wybitnie zdrowe (ale smaczne ;)) śniadanie. Jakiś czas temu ktoś pytał w komentarzach, czy ekspresowe ciastko owsiane da się zrobić na patelni. No więc nie da się. Ale po sieci krąży sporo przepisów na pancakes z dodatkiem płatków owsianych. Na ich podstawie wykombinowałam swój własny. Placuszki są wilgotne i mięsiste (jakkolwiek to brzmi w przypadku potrawy wegańskiej ;)). Ciasto samo w sobie nie jest słodkie, ale trochę słodyczy dodają rodzynki, a poza tym dzięki temu można podać pancakes klasycznie po amerykańsku z syropem klonowym i nie zapaść w śpiączkę cukrzycową 😉 Świetnie sprawdzą się też inne dodatki – dżem, masło orzechowe, świeże owoce…

Składniki (na 7 sporych pancakes)

suche

  • pół szklanki mąki (użyłam orkiszowej)
  • pół szklanki płatków owsianych błyskawicznych
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1,5 łyżeczki cynamonu
  • szczypta gałki muszkatałowej
  • szczypta soli

mokre

  • opakowanie silken tofu (340 g)
  • pół dużego banana
  • łyżka soku z cytryny
  • łyżka syropu z agawy
  • czubata łyżka mielonego siemienia lnianego + 1/3 szklanki ciepłej wody

dodatkowo

  • duża garść rodzynek
  • olej do smażenia lub olej w sprayu

Przygotowanie

Siemię lniane rozprowadzamy w wodzie i odstawiamy na kilka minut. W misce mieszamy suche składniki. W inym naczyniu miksujemy mokre na jednolitą masę. Wlewamy do miski z suchymi składnikami i mieszamy do połączenia. Na patelni podgrzewamy niewielką ilość oleju, nakładamy porcjami masę (do odmierzania użyłam gałkownicy do lodów ;)) i smażymy z obu stron na złoto-brązowy kolor. Placuszki przewracamy w trakcie smażenia kilka razy. U mnie cały proces smażenia trwał jakieś 7-8 minut. Podajemy ciepłe z syropem lub innymi dodatkami. Smacznego 🙂

Orientalna sałatka z pieczonego kalafiora

Zwykły wpis

Wiele osób uważa, że wegetarianie, a weganie to już w ogóle, żyją na sałatkach, czytaj jedzą sałatę i szpinak z kiełkami, a w ramach rozpusty tofu raz na tydzień. Dzięki czemu są bladzi, słabi, schorowani i mają niedobory czego tylko się da. Mogę powiedzieć o sobie, że w dużym stopniu żyję na sałatkach. Które praktycznie nigdy nie zawierają sałaty. Kiełki zostawiam moim świnkom morskim 😉 Wiem, że są (kiełki, nie świnki) bardzo zdrowe, ale jakoś do smaku większości nie mogę się przekonać i na moim talerzu lądują sporadycznie. Moje sałatki zawsze są bardzo konkretne – takie, żeby jedną porcją można było się najeść na pracowy lunch. Pełne warzyw, ale też owoców, orzechów, pestek, kaszy czy ryżu, tofu i innych dobroci 🙂 Co nie zmienia faktu, że wiele osób z grona mojej rodziny i znajomych nadal uważa, że żywię się sałatą 😉

Dziś mam dla Was propozycję sałatki z nutami orientalnymi, której głównym składnikiem jest kalafior pieczony z korzennymi przyprawami. Do tego tofu, suszone morele, orzechy i kremowy sos musztardowy. Pychotka 🙂 I samo zdrowie 🙂 I nie ma ani pół listka sałaty 😉

Składniki (na 2 – 4 porcje, zależnie od apetytu)

do upieczenia

  • jeden średni kalafior
  • szklanka mrożonego zielonego groszku
  • kostka tofu (180 g)

sos do pieczenia

  • 2 łyżki oliwy
  • sok z połowy cytryny
  • łyżka syropu z agawy
  • łyżeczka łagodnego curry
  • łyżeczka garam masala (lub mniej, jeśli nie lubicie pikantnych potraw)
  • ok. 2 łyżki sosu sojowego
  • szczypta czosnku w proszku

dodajemy po upieczeniu

  • duża garść (ok. 10) suszonych moreli
  • 3 łodygi selera naciowego
  • po garści migdałów i orzechów nerkowca

dressing

  • 150 ml jogurtu (użyłam sojowego)
  • 3 łyżki musztardy
  • pół łyżeczki kurkumy
  • łyżeczka curry
  • 1 – 2 łyżeczki syropu z agawy
  • sól do smaku
  • pieprz do smaku (sporo)

Przygotowanie

Mieszamy składniki sosu do pieczenia. Kalafiora dzielimy na różyczki, tofu kroimy w kostkę wielkości ok 1,5 cm. Tofu, groszek i kalafiora umieszczamy w naczyniu żaroodpornym i dokładnie mieszamy z sosem. Pieczemy w 180 stopniach przez ok. 40 minut. W trakcie pieczenia dwa razy mieszamy, żeby wszystko równo się przyrumieniło.

Po lekkim przestudzeniu do kalafiora dodajemy pokrojone w plasterki łodygi selera, pocięte w paski morele oraz orzechy i migdały. Składniki dressingu miksujemy i ewentualnie doprawiamy wedle upodobania. Mieszamy dressing z sałatką. Smacznego 🙂

Przepis dodaję do akcji Sałatki bez majonezu i Bakalie w kuchni

Muhammara

Zwykły wpis

Ostatnimi czasy w mojej kuchni cudownemu rozmnożeniu uległa papryka 😉 Rozmnożenie troche wymknęło sie spod kontroli i wczoraj, kiedy wreszcie postanowiłam ogarnąć temat papryki, znalazłam w sumie pięć sztuk, z czego cztery nie pierwszej świeżości… Potrzebowałam przepisu, który pozwoliłby wykorzystać lekko „przechodzone” warzywa, a jednocześnie był szybki i niezbyt pracochłonny.

Z pomocą przyszedł mi blog Eat, Spin, Run, Repeat, którego autorka przez dłuższy czas mieszkała w Bahrajnie i zamieszcza od czasu do czasu ciekawe przepisy rodem z kuchni arabskiej. Tam własnie znalazłam pomysł na tę pastę-dip opartą na pieczonej papryce, z dodatkiem orzechów, kminku i czosnku.

Uwielbiam połączenie kminku z czosnkiem.To jedna z  kombinacji smakowych, które poznałam i polubiłam w toku moich eksperymentów z dietą wegetariańsko-wegańską. I zastanawiam się, jak mogłam przeżyć tyle lat w nieświadomości 😉 Muhammara jest naprawdę ciekawa, bardzo bogata w smaku – pikantna dzięki dodatkowi ostrej papryki, mocno czosnkowa, z lekką słodyczą melasy i pieczonych słodkich papryk… Trudna do opisania, warta wypróbowania 😉

Składniki (na jakieś 2 szklanki pasty)

  • 4 papryki (u mnie żółte i czerwone)
  • 2 kromki chleba (użyłam razowego, jeśli macie jakieś resztki umiarkowanie świeżego pieczywa, ten przepis może dać im drugie życie ;))
  • ok. 2/3 szklanki orzechów włoskich
  • 3 ząbki czosnku (wychodzi mocno czosnkowa, można dać mniej)
  • łyżeczka mielonego kminku
  • łyżka oliwy do smażenia
  • sok z połowy cytryny
  • łyżka melasy (lub syropu klonowego)
  • parę kropli octu winnego lub balsamicznego
  • sól do smaku
  • chili w proszku również do smaku

Przygotowanie

Papryki należy najpierw upiec. W tym celu przekrajamy je wzdłuż na pół, wyjmujemy nasiona i układamy skórką do góry na blasze przykrytej folią aluminiową (folia przyda sie później). Pieczemy w temperaturze 200 stopni przez ok. 15 minut, aż skórki miejscami zrobią się czarne. Wyjmujemy, zawijamy w folię i zostawiamy na 15-20 minut. Po tym czasie powinno sie dać bez problemu zdjąć skórki.

Orzechy prażymy przez ok. 5 minut na suchej patelni, od czasu do czasu potrząsając patelnią lub mieszając, aby się nie przypaliły. Następnie rozgrzewamy oliwę (może być na tej samej patelni, ale po zdjęciu z niej orzechów ;)) i przez ok. 2-3 minuty smażymy przeciśnięty przez praskę czosnek i kminek, często mieszając, bo czosnek łatwo się przypala.

Wszystkie składniki przekładamy do blendera (chleb kroimy lub łamiemy na trochę mniejsze kawałki) i miksujemy na pastę. Może być całkiem jednolita lub z drobinkami orzechów i chleba, zależnie od Waszych upodobań. Jeśli mieszanina będzie za gęsta (prawdopodobnie będzie), dodajemy kilka łyżek wody. Doprawiamy do smaku solą i chili.

Muhammarę można podać jako dip do warzyw czy krakersów. Dobrze sprawdzi się też w roli gęstego sosu do makaronu, czy jako składnik sałatek.

Wpis dodaję do akcji Ekonomia Gastronomia

Uważam, że takie akcje są naprawde potrzebne. Sama przyznaję się bez bicia, że zdarza mi się wyrzucać jedzenie. Głównie dlatego, że kupuję zbyt dużo produktów, bez konkretnego planu ich wykorzystania. Niektóre potem leżakują w lodówce, aż zupełnie przestaną się nadawać do jakiegokolwiek wykorzystania… Dlatego uważam, że najważniejszą zasadą ekonomii-gastronomii jest planowanie posiłków i kupowanie składników pod kątem tego, co zamierzamy przygotować, a nie zakupy „na winie”, czyli co się nawinie, to do koszyka 😉 Pisząc to, musze sama uderzyć się w pierś i posypać głowe popiołem, bo planowanie jadłospisu z wyprzedzeniem to coś, co średnio mi wychodzi…

Postaram sie jednak bardziej do tego przykładać i chodzić na zakupy z gotową listą, żeby uniknąć „cudownego rozmnożenia” papryki, nagłej konieczności pieczenia szarlotki, bo jabłka umierają powolną śmiercią, albo odkrycia, że wbrew temu co myślałam, mam w zamrażalniku już 3 paczki groszku i kolejna wcale nie była potrzebna 😉

Myślę, że warta zastosowania jest też rada, której zwykle udziela sie osobom chcącym schudnąć – nie chodźmy na zakupy z pustym żołądkiem. Wtedy wszystko wydaje się niezbędne, bo po głowie chodzą tysiące pomysłów na pyszny obiad. A po wszystkim okazuje się, że zamiast jedzenia dla dwóch osób na trzy dni, mamy zapasy dla pułku wojska na miesiąc 😉

Mam tez nadzieję, że dzięki tej akcji odkryję nowe metody na uratowanie produktów, które „dziwnym sposobem” znalazły sie w mojej lodówce.

Red velvet shake ;-)

Zwykły wpis

Wczoraj było na blogu zielono, a dzisiaj w poszukiwaniu zieleni poszłam pobiegać po lesie kabackim. Na ten sam pomysł wpadło chyba pół Warszawy 😉 Ale mimo wszystko biegało się świetnie – wiatr we włosach, słońce na twarzy, inni biegacze machający z daleka 🙂 Nie mogę napisać, że rozkoszowałam się śpiewem ptaków, bo rozkoszowałam się podkręconym prawie na maksa reagge 😉 Ale i tak była to bardzo miło wykorzystana godzinka 🙂

Pierwszy od dawna bieg, na który wybrałam się, bo chciałam ruszyć cztery litery i zmęczyć się na świeżym powietrzu. Jakiś czas temu pisałam, że zapisałam się do startu w półmaratonie, który odbywa się za tydzień. Rozpoczęłam treningi – karnie biegałam na bieżni, z pulsometrem, który „pilnował”, czy moje tętno nie wykracza poza wyznaczony zakres… Większość czasu czułam się jak chomik w kołowrotku 😉 Pomimo muzyki czy audiobooka w uszach, cały czas odliczałam sekundy do końca. A potem trochę mi się popsuło kolano. Zbyt (jak dla mnie) błaha sprawa, żeby zawracać głowę służbie zdrowia, która i bez pacjentów ma dużo kłopotów 😉 A jednocześnie bałam się kontynuować biegi, zwłaszcza długie, żeby nie zrobić sobie czegoś, czego bez pomocy służby zdrowia nie da się już załatwić. Odpuściłam zatem bieganie, wróciłam do ukochanych treningów siłowych i nie powiem, żebym choć raz zatęskniła za bieżnią. Szybko pogodziłam się z faktem, że półmaraton nie dojdzie do skutku. Ale dziś skonstasowałam ze zdziwieniem, że mam ochotę pobiegać. Zastanawiając się, co mi odbiło, odgrzebałam buty, pulsometr i ruszyłam do lasu. I było super 🙂 I kolano nie boli (odpukać). Kto wie, może jednak polubię się z bieganiem na stałe 🙂

Po powrocie, aby uzupełnić kalorie, przygotowałam pyszny smoothie. Ochrzciłam go red velvet shake, bo kojarzy mi się z popularnym w USA red velvet cake. Bardzo mnie to ciasto ciekawiło, ale trochę się rozczarowałam, kiedy dowiedziałam się, że to „zwykłe” ciasto czekoladowe z czerwonym barwnikiem spożywczym. Podobno z nautralnymi barwnikami nie wygląda tak ładnie, ale nie zaszkodzi spróbować 😉 Mam zamiar kiedyś zatrudnić do tego celu sok z buraków.

I właśnie pieczony burak jest sekretnym składnikiem dzisiejszego szejka 🙂 Pomysł znalazłam na blogu Choosing Raw i od razu mnie zaciekawił. Zamiast owoców jagodowych użyłam wiśni (mrożonych rzecz jasna :)). Dodałam też kakao, bo jestem czkoladoholikiem i czkoladę tudzież kakao pakuję do wszystkiego 😉

Efekt? Bardzo pozytywny. Smoothie ma ciekawy smak – burak jest delikatnie wyczuwalny, ale zadzwiająco dobrze komponuje się z pozostałymi składnikami. Wyraźnie czuć nutę czekoladową, co mnie wystarczyło do szczęścia 🙂 A do tego jest wybitnie zdrowy.

Składniki (na jedną duuuużą lub dwie mniejsze porcje)

  • jeden pieczony lub gotowany burak średniej wielkości (buraki pieczemy ok. godziny w 180 stopniach, zawinięte w folię aluminiową. Obieramy dopiero po upieczeniu)
  • ok. szklanki mrożonych wiśni
  • ok. szklanki mleka roślinnego
  • 2 łyżki kakao
  • ok. 3 łyżki mielonego siemienia lnianego – nadaje kremową konsystencję, a poza tym jest bardzo bogate w białko i zdrowe tłuszcze

Przygotowanie

Wszystko zmiksować. Przelać do największego kufla jaki znajdziecie w domu, ewentualnie do dwóch naczyń bardziej standardowych rozmiarów 😉 Pałaszować 🙂 Najsmaczniejszy jest bardzo zimny. Jeśli Wasz blender nie da rady zmrożonym owocom, można je rozmrozić, ale do czasu wykorzystania trzymać w lodówce.

Przepis dodaję do akcji Smoothie