Category Archives: muffinki

Cieciorkowe muffinki marchewkowe

Zwykły wpis

muffinki

Dziś mam dla Was przepis na nietypowe muffinki 🙂 Jak wiecie, interesuję się trochę dietetyką i różnymi stylami odżywiania, z któych część testuję na sobie. Miałam dosyć długi okres wegański i miałam też czas z dietą Paleo.  W skrócie przecz ujmując, opeira się ona na założeniu, że najodpowiedniejszą dietą dla człowieka, do której jesteśmy ewolucyjnie przystosowani, jest pokarm oparty na mieście, rybach, jajach i warzywach, z niewielkim dodatkiem owoców i nasion. Powinno się natomiast unikać zbóż i nasion roślin strączkowych oraz nabiału, bo te pokarmy pojawiły się w naszej diecie stosunkowo niedawno i nie zdążyliśmy się do niach zaadaptować, w związku z czym są dla nas niezdrowe.

Muszę przyznać, że dobrze się czułam fizycznie na takim jadłospisie, więc może coś w tym jest. Jednakowoż, jak już kiedyś pisałam, wszelkie diety wykluczające kategorycznie cokolwiek nie służą mojej psychice. Jeśli wiem, że nie mogę np jeść chleba, to będę miała ochotę TYLKO na chleb i będę wysoce niepocieszona, że nie mogę zejść jedynej rzeczy, na którą mam chęć, choć normalnie nie żywię się przecież samym chlebem… Też tak macie?

Odpuściłam więc Paleo, ale wyniosłam z tego okresu ostrożność w podejściu do pieczywa i produktów mącznych. Wiem już na przykład, że chociaż nie umieram od kromki chleba, to przyswojenie dużej ilości glutenu (czytaj: góra makaronu w restauracji popita piwem) powoduje u mnie sensacje żołądkowe. Jadam często pełnoziarniste produkty zbożowe (achhh, owsianka :)), ale jednocześnie staram się szukać zdrowych i ciekawych alternatyw, choćby po to, żeby spróbować kulinarnych nowości. I w toku takich własnie poszukiwań narodziły się te babeczki.

Eksperymentując z Paleo nauczyłam się piec ciasta czy muffinki, w któych zamiast mąki używałam mielonych orzechów albo wiórków kokosowych, ale o ile efekt smakowy był bardzo zadowalający, to kaloryczność już niekoniecznie. Nie oszukujymy się, orzechy to głównie tłuszcz. Pomyślałam jednak, że może warto spróbować upiec coś z mąką z cieciorki. Można ją dostać w sklepach ze zdrową żywnością, a czasem w większych sklepach spożywczych. Nie kosztuje fortuny – ok. 6 zł za pół kilograma. Jeśli chodzi o wartości odżywcze, to ma same zalety: jest bezglutenowa, zawiera niewiele tłuszczu, a za to sporo białka, a poza tym nie jest tak drobna jak zwykła mąka, dzięki czemu muffinki mają fajną „gęstą” fakturę. Bez problemu wyjęłam je z foremek, żyją już trzeci dzień i nadal są wilgotne i smaczne 🙂 Jeśli nie macie mąki z cieciorki, to myślę, że zwykła mąka też da radę. Na pewno sprawdzi się też „mąka” z orzechów lub migdałów.

Składnki (na ok 10 babeczek)

suche

  • szklanka mąki z cieciorki
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • łyżka przyprawy do piernika
  • szczypta soli

mokre

  • 4 małe jajka (lub 3 większe)
  • 4 czubate łyżki masła orzechowego
  • 2-3 łyżki miodu (dałam dwie łyżki, ale jeśli lubicie słodsze wypieki, polecam trzy)

dodatkowo

  • 3 średnie marchewki
  • dowolne bakalie (u mnie garść orzeszków ziemnych, garść słonecznika i garść jagód goji, można pominąć)

Przygotowanie

W misce mieszamy suche składniki. W drugiej misce mieszamy mokre – prawdopodobnie przyda się mikser, bo masło orzechowe jest dość gęste. Następnie wlewamy morke składniki do suchych i mieszamy do połączenia. Dodajemy marchewkę startą na drobnej tarce i ewentualnie bakalie i ponnownie mieszamy. Gdyby masa była za gęsta (tzn. jeśli nie da rady wmieszać całej mąki), można dodać kilka łyżek dowolnego mleka lub wody (ja dałam odrobinę mleka sojowego).

Masę przekładamy do foremek (silikonowych lub posmarowanych olejem) i pieczemy ok. 20 minut w 175 stopniach.

Smacznego 🙂

Przepis dodaję do akcji Love masło orzechowe ed.II

Muffinki zielone jak nie wiem co

Zwykły wpis

zielone muffinki

Jak powracać do blogowania, to z przytupem 😉 Jak wspomniałam, miałam w planie muffinki – święto-Patrykowe, zielone, a jakże. Obiecałam koleżankom z pracy zielone ciasto i oto są, może nie ciasto, ale zielone na pewno 😉 Te muffinki nadają się dla każdego – wegańskie, bezglutenowe, bez mąki, z bardzo niewielkim dodatkiem syropu z agawy w charaktrze słodzika. Przy tym super sycące – jedna spokojnie starczy na drugie śniadanie. Jeśli nie lubicie szpinaku, warto się przełamać, bo naprawdę (naprawdę!) nie czuć jego smaku. Nawet moja ulubiona teściowa, którą niniejszym pozdrawiam, może o tym zaświadczyć – zawsze ma wielkie opory przed konsumpcją spzinaku, a twierdzi, że babeczki są naprawdę smaczne 🙂

Składniki (na 10 babeczek)

  • 2 kopiaste szklanki wiórków kokosowych
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • spora szczypta soli
  • 4 łyżki mielonego siemienia lnianego
  • 3/4 szklanki mleka (użyłam sojowego)
  • opakowanie (400g) mielonego mrożonego szpinaku
  • 1 dojrzały banan
  • czubata łyżka masła orzecchowego
  • 2-3 łyżki syropu z agawy (klonowego, miodu…)

Przygotowanie

Najpierw należy rozmrozić szpinak i dokładnie odcisnąć z niego wodę. Potem wiórki mielimy w blenderze, aż zaczną konsystencją przypominać kaszę manną. Mieszamy je z proszkiem do pieczenia i solą. Następnie miksujemy szpinak, banana, siemię lniane, mleko, masło orzechowe i syrop z agawy. Dodajemy do suchych składników i dokładnie mieszamy. Gdyby było za suche, można dodać jeszcze odrobinę mleka lub wody. Masa powinna być bardzo gęsta, ale nie powinna się kruszyć.

Przekładamy masę do foremek na muffinki, które można spokojnie wypełnić do samej góry a nawet powyżej, bo muffinki prawie nie rosną. Pieczemy 20-25 minut w 180 stopniach.

Smacznego 🙂

Przepis dodaję do akcji Zielono Mi

zielono4

W końcu przepis – kokosowe muffinki dyniowe

Zwykły wpis

IMGP9151

Zgodnie z obietnicą, wreszcie pojawia się przepis 🙂 Na słodko oczywiście, bo na moje nieszczęście jestem słodyczożercą, z czym staram się walczyć, ale raczej nieskutecznie 😉 Sezon na dynię dobiega już zdecydowanie końca, ale udało mi się jeszcze złapać dwa spore kawałki, które po odsiedzeniu stosownego czasu w lodówce doczekały się wreszcie swoich 5 minut 🙂 Dzisiaj mam dla Was muffinki – bezglutenowe i bezmleczne, niestety nie wegańskie, bo zawierają jajka, ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Jeśli ktoś spróbuje upiec je, używając zamiennika jejak, np. siemienia lnianego, dajcie znać, jak wyszło, ale obawiam się, że akurat w tym przypadku może się nie udać, bo muffinki zamiast zwykłej mąki zawierają znacznie grubszą „mąkę” kokosową, więc siła spulchniająca jajek chyba się tutaj przydaje.

Odnośnie diety bezglutenowej, myślę, że wkrótce popełnię post na ten temat, bo ostatnio sporo o tym czytam, i dowiaduję się ciekawych rzeczy, ale ponieważ nie mam dzisiaj czasu na pisanie wielkiej epistoły, przejdźmy do meritum, czyli muffinek 🙂

Inspiracją dla nich był ten przepis. W oryginale przewidziana jest mąka migdałowa. U nas nie widziałam takiego czegoś w sprzedaży, więc czasem używam do pieczenia różnych rzeczy zmielonych migdałów lub orzechów (kupuję już zmielone, szczególnie przed świętami można łatwo znaleźć migdały/orzechy tarte, a w niektórych sklepach, np. w Piotrze i Pawle, są w ciągłej sprzedaży). Tym razem jednak nie miałam ich w domu, sklep był już zamknięty, a z resztą i tak nie chciało mi się wychodzić, a tu rodzice zapowiedzieli się na obiad, więc musiałam zacząć od rzeczy najważniejszej, czyli deseru 😉 Przypomniało mi się, że wiele bezglutenowych przepisów na ciasta, babeczki itp. wykorzystuje mąkę kokosową, która to jest u nas do kupienia, aczkolwiek cena przyprawiła o zawał nawet mnie, a ja czasem potrafię sporo zainwestować w ciekawostki kulinarne. No i oczywiście mąki kokosowej w cenie 50 zł za kilogram też nie miałam w domu 😉 Miałam za to wiórki kokosowe, więc wykazałam się kreatywnością i pomyślałam, że skoro często pojawia się w przepisach mąka owsiana zrobiona z płatków zmielonych w blenderze, to czemu nie mąka kokosowa ze zmielonych wiórków? Jak pomyślałam, tak też zrobiłam, a efekt końcowy jest fajny 🙂 Babeczki są wilgotne i dosyć ciężkie, takie jak lubię – jakoś nigdy nie przepadałam za pieczywem typu „pieczone powietrze” 😉 Razowiec jest u mnie zdecydowanie ponad bagietką, a ciężkie od bakalii ciastka owsiane biją na głowę leciutkie bułeczki 😉

IMGP9145A zatem przepis

Składniki (na 10 średnich muffinek)

  • 2 szklanki wiórków kokosowych, im drobniejszych, tym lepiej
  • 3 duże jajka
  • 1 szklanka puree z dyni (ja po prostu pieczoną dynię zmiksowałam mniej więcej z 3 łyżkami wody)
  • szczypta soli
  • łyżeczka cynamonu
  • szczypta gałki muszkatałowej (opcjonalnie)
  • czubata łyżeczka proszku do pieczenia
  • 2-3 łyżki miodu (u mnie 2 czubate, ale miód był gęsty, więc łatwo dało się nabrać „z czubem”)
  • 2 łyżki masła orzechowego (użyłam migdałowego)
  • opcjonalnie garść rodzynek, orzechów (najlepiej chyba włoskich), pestek dyni (u mnie) albo kawałków czekolady

Przygotowanie

Najpierw z wiórków kokosowych robimy makę. Wsypujemy je do blendera i miksujemy na wysokich obrotach około 2 minuty. Nie będzie to mąka sensu stricte, ale wiórki powinny być rozgrobnione na proszek i zaczynać się troszeczkę sklejać. Jeśli macie w domu mielone siemię lniane, to jest mniej więcej ta konsystencja. Do mąki kokosowej dodajemy cynamon, gałkę muszkatałową, sól i proszek do pieczenia i mieszamy. Osobno miksujemy jajka, dynię, miód i masło orzechowe. Następnie mokre składniki wlewamy do suchych i mieszamy do połączenia. Dodajemy orzechy, pestki itp. Przekładamy masę do foremek, które można wypełnić prawie do końca, bo babeczki urosną tylko trochę. Pieczemy 25 minut w 175 stopniach.

Smacznego 🙂

IMGP9158

IMGP9141

Muffinki z quinoa i bakaliami

Zwykły wpis

Kolejna propozycja na słodko – co ja poradzę, że jestem wielbicielką słodyczy… Chociaż, szczerze mówiąc, chyba zbliża się przerwa w fazie słodkiej, więc niebawem jest szansa na więcej pikantnych przepisów obiadowych 😉 A póki co, mam dla Was przepyszne i superzdrowe babeczki – na bazie quinoa i mielonych migdałów. Do tego orzechy i czekolada. Z dedykacją dla mojej Bratowej, która tak jak ja jest czekoladholikiem i słodyczożercą, a ostatnio prosiła o pomysły na zdrowe słodkie przekąski. Kalinko, mówisz i masz 🙂 Przepis znalazłam tutaj.

Składniki (na 13 średnich babeczek)

  • czubata szklanka surowej quinoa (myślę, że może być też kasza jaglana)
  • 200 g kruszonych migdałów (mogą być całe, ja użyłam kruszonych, bo łatwiej je zmielić, może być też gotowa mączka migdałowa, którą podobno można gdzieś kupić, aczkolwiek ja jeszcze nie spotkałam)
  • 1 jajko lub 1 czubata łyżka siemienia lnianego + 1/3 szklanki wody
  • szklanka mleka (użyłam sojowego)
  • 1/4 szklanki cukru (użyłam brązowego)
  • łyżeczka cynamonu
  • 2 spore szczypty soli
  • odrobina ekstraktu z wanilii lub łyżeczka cukru waniliowego
  • 2 garście bakalii (użyłam mieszanki studenckiej, ale mogą być dowolne orzechy, pestki albo suszone owoce pokrojone na nieduże kawałki)
  • pół tabliczki gorzkiej czekolady pokrojonej na małe kawałeczki

Przygotowanie

Quinoa gotujemy al dente, czyli ok 10 minut. Odcedzamy i studzimy. Jeżeli używamy siemienia lnianego jako zamiennika jajek, mieszamy siemię z ciepłą wodą i odstawiamy na ok. 10 minut. Dokładnie mieszamy wszystkie składniki oprócz bakalii i czekolady. Dodajemy bakalie i czekoladę i mieszamy raz jeszcze. Przekładamy do foremek, które należy wypełnić w 100% , a nawet w 110%, bo te babeczki nie rosną w trakcie pieczenia. Pieczemy 25 minut w 160 stopniach. Przed wyjęciem z foremek trzeba muffinki całkowicie wystudzić.

Smacznego 🙂

Przepis dodaję do akcji Quchnia pełna quinoa

Wegańskie muffinki bananowo-cukiniowe

Zwykły wpis

Kiedy jakieś dwa lata temu pierwszy raz znalazłam w internecie przepis na coś słodkiego z cukinią, wydawało mi się to strasznie dziwne. Teraz cukiniowe ciasta i muffinki to chyba klasyka przełomu lata i jesieni. Z drugiej strony, gdyby ktoś dwa lata temu powiedział mi, że będę pić szejki ze szpinakiem i jarmużem, to też kazałabym mu mocno się puknąć w głowę 😉 Jak widać, ludzie się zmieniają, kulinarne trendy też, więc postanowiłam się w owe trendy wpasować i popełnić muffinki cukiniowe.

Nadają się na słodką przekąskę, ale i na śniadanie dadzą radę. Piekłam je właśnie z przeznaczeniem na śniadania jedzone w biegu, więc dołożyłam starań, żeby wpakować tyle składników odżywczych, ile tylko muffinka może pomieścić 😉 Ale zgodnie z obietnicą bez wynalazków – wszystko, co jest potrzebne do upieczenia tych babeczek, można bez problemu znaleźć w każdym odrobinę większym sklepie spożywczym.

Składniki (na 12 muffinek)

  • 1 mała lub pół dużej cukinii
  • 2 dojrzałe banany
  • 1 średnie jabłko
  • 3 łyżki płynnego słodu (miód, syrop z agawy…)
  • półtorej szklanki mąki (użyłam pełnoziarnistej)
  • półtorej łyżeczki sody oczyszczonej
  • pół łyżeczki proszku do pieczenia
  • pół łyżeczki soli
  • 2 łyżeczki cynamonu
  • pół łyżeczki gałki muszkatałowej
  • szklanka posiekanych orzechów (dowolnych – ja dałam jedno opakowanie kruszonych migdałów, myślę, że włoskie będą super)
  • dwie duże garści wiórków kokosowych
  • duża garść rodzynek
  • łyżeczka cukru waniliowego lub ekstraktu z wanilii
  • ew. 1/4-1/3 szklanki mleka roślinnego lub wody (gdyby masa była za sucha)

Przygotowanie

W dużej misce dokładnie rozgniatamy banany widelcem. Cukinię i jabłko trzemy na drobnej tarce (cukinii nie oberamy) i dodajemy do bananów. Dodajemy również miód lub syrop i dokładnie mieszamy. W drugiej misce mieszamy mąkę, proszek, sodę oczyszczoną, cynamon i gałkę muszkatałową. Dodajemy do mokrych składników i mieszamy do połączenia. W razie potrzeby (gdyby cała mąka nie chciała się połączyćz masą) dodajemy trochę mleka lub wody. Dosypujemy orzechy, wiórki kokosowe i rodzynki i ponownie mieszamy. Rozkładamy masę do 12 foremek i pieczemy 25-30 minut w 160 stopniach.

Czekamy, aż trochę przestygną, po czym wyjmujemy z formy i studzimy na kratce.

Smacznego 🙂

***

W ramach uproszczeń, usprawnień, porządkowania i postanowień wszelakich wpadłam na pomysł. Otóż wymyśliłam, że do końca tygodnia nie będę kupować jedzenia (z wyjątkiem świeżego pieczywa i owoców „jednodniowych” – malin itp.). W naszej zamrażarce i lodówce znajduje się tyle wszelakiego dobra, że na tydzień powinno na luzie wystarczyć. Dzięki temu mam nadzieję, że ogarnę trochę chaos panujący w moich zapasach, pozbędę się produktów, które nie pamiętam już skąd i kiedy się wzięły, wysilę kreatywność i zaoszczędzę trochę kasy 🙂 Same plusy 🙂 Pod koniec tygodnia wyspowiadam się, jak mi poszło 🙂

A tymczasem smacznych muffinek 😉

Wątróbkowe fantazje – pikantne muffiny z wątróbką

Zwykły wpis

Zdaję sobie sprawę, że wątróbka to coś, czego wiele osób nie weźmie do ust. Niektórzy nawet nie próbowali, ale sama myśl o zjedzeniu zwierzęcych narządów wewnętrznych przyprawia ich o dreszcze. No cóż, z jednej strony rozumiem te osoby, ale z drugiej – nie wiedzą, co tracą 😉 Osobiście jako dziecko nienawidziłam wątróbki (chyba większość dzieci tak ma). Do dziś pamiętam, jak płakałam w przedszkolu nad obiadem składającym się z wątróbki właśnie oraz szpinaku o smaku trawy z przedszkolnego podwórka. Zachodzę w głowę, jaki sadystyczny odruch powodował przedszkolnym personelem, biorąc pod uwagę, że 90% dzieci na samą myśl o tym cudownym zestawie miało odruch wymiotny 😛

Jak łatwo się domyślić, po szczęśliwym zakończeniu kariery przedszkolnej na wątróbkę ani szpinak nie chciałam nawet patrzeć, ale w którymś momencie to się zmieniło i teraz obie te rzeczy uwielbiam. Ale o ile szpinak zazwyczaj gości w mojej lodówce i kilka razy w tygodniu ląduje na talerzu, o tyle wątróbki nigdy wcześniej sama nie przygotowywałam. Nie wiem czemu, wydawało mi się to skomplikowane… Ale ci z Was, którzy mają konto na durszlaku, dostają czasem maile z hasłem „Akcje to inspiracje” – no więc moją inspiracją stała się akcja Wątróbkowe Fantazje, która trwa już od jakiegoś czasu. Zmotywowana, kupiłam kilo wątróbek i… wrzuciłam je do zamrażaki i myślałam długo i intensywnie, co by z nich zrobić 😉 Wiadomo, można usmażyć z cebulką, jak robi to moja babcia, ale po pierwsze pomysł średnio oryginalny a po drugie (uwaga, tu uaktywniła się bloggerka ;)) brązowe wątróbki o kształcie… hmm… bliżej nieokreślonym z brązową smażoną cebulą są niespecjalnie fotogeniczne 😉 Na pewno są osoby, które nawet wątróbce zrobiłyby przepiękne zdjęcia, ale ja się niestety do nich (jeszcze) nie zaliczam.

Tak więc po burzy mózgu wpadłam na pomysł inspirowany tym przepisem. Spodobało mi się połączenie wątróbki i słodkich ziemniaków. Resztę wykombinowałam już sama na bieżąco. Efekt jest naprawdę świetny – muffinki są delikatne, prawie kremowe i bardzo sycące. Przepyszne 🙂

Składniki (na 6 muffinek)

  • ok. 300 g wątróbek drobiowych
  • ok. łyżka tłuszczu do smażenia (u mnie masło klarowane)
  • jeden średni słodki ziemniak
  • jedno jajko
  • 3-4 łyżki mielonego siemienia lnianego
  • 2 szczypty soli (do smaku)
  • 2 szczypty gałki muszkatałowej (również do smaku)
  • szczypta pieprzu (do smaku, a jakże ;))

Przygotowanie

Wątróbki myjemy i odsączamy. Na patelni rozgrzewamy tłuszcz i na raczej większym niż mniejszym ogniu smażymy wątróbki z obu stron do zrumienienia, przewracając w międzyczasie kilka razy. U mnie trwało to ok. 8 minut.

W tym czasie słodkiego ziemniaka gotujemy w mikrofalówce. Nakłuwamy skórkę widelcem w kilku miejscach, kładziemy ziemniaka na papierowym ręczniku i grzejemy ok. 6 minut na najwyższej mocy, obracając raz w połowie podgrzewania. Zostawiamy na kilka minut. Po tym zabiegu ziemniak powininen być miękki (tzn. miękki w dotyku, nie że uda się w niego wbić widelec). Jeśli tak nie jest, można podgrzać go jeszcze minutę lub dwie. Oczywiście jeśli nie macie mikrofali, ziemniaka można upiec w piekarniku, ale raczej trzeba to zrobić dzień wcześniej, bo pieczenie zajmuje około godziny.

A tymczasem wątróbki się przypaliły… yyy… to znaczy usmażyły 😉 Po lekkim przestudzeniu kroimy je na nieduże kawałki i wrzucamy do blendera. To samo robimy ze słodkim ziemniakiem (oczywiście najpierw zdejmujemy skórkę). Dodajemy jajko, siemię lniane i przyprawy i miksujemy na kremową masę. Ewentualnie doprawiamy do smaku. Przekładamy do foremek na muffinki i pieczemy 25 minut w 180 stopniach. Podajemy z delikatną sałatką (nawet sama mieszanka sałat z oliwą będzie dobra) albo z pieczonymi szparagami (sezon się kończy, trzeba korzystać :))

Smacznego 🙂

Przepis dodaję do akcji Wątróbkowe Fantazje

Pikantne muffinki brokułowe z kurczakiem i serem

Zwykły wpis

Czasem w kuchni jest tak, że coś, co zapowiada się jako totalna porażka, okazuje się być sukcesem i wchodzi na stałe do menu. Tak było w przypadku tych muffinek. Jakiś czas temu, jescze przed całą „akcją wegetariańską”, miałam zamiar ugotować na obiad kurczaka z warzywami w sosie z sera pleśniowego. Postanowiłam wykazać się własną inwencją, nie korzystać z żadnych przepisów, tylko zrobić „coś na oko”, a ponieważ moje doświadczenie i wyczucie kuchenne było wtedy bez porównania mniejsze niż teraz, to oczywiście z dobranych przeze mnie na oko proporcji nic sensownego nie wyszło 😉 Ser nie chciał się ładnie rozpuścić, jakieś warzywa, które dodałam, w trakcie gotowania puściłytyle wody, że w efekcie miałam coś na kształt zupy z kurczakiem i serowymi kluskami. Dodam, że mało apetycznej zupy 😉 Lekko podłamana stanęłam na garnkiem i mówię do męża: „No i co ja mam z tym teraz zrobić???”. A on na to, w ramach lekkiej złościwości: „Bo ja wiem… może zmiksować? ;)”

Z początku pomysł wydał mi się niedorzeczny, ale po chwili pomyślałam, że w sumie nie mam nic do stracenia 😉 Po odlaniu nadmiaru wody zmiksowałam mięso, warzywa i ser, dodałam jajko, żeby wszystko się jakoś razem trzymało i zapiekłam w formie do tarty. Efekt był fantastyczny 🙂 Od tego czasu robię co jakiś czas taką właśnie zapiekankę. Dzisiaj zabrałam się za szykowanie wersji z brokułami i wędzonym kurczakiem. Okazało się jednak, że masy jest zdecydowanie za mało na moją formę do tarty, więc sytuację uratowały foremki do muffinek 🙂

Składniki (na 8 muffinek)

  • 1 średni brokuł
  • ok. 200 g wędzonego filetu z kurczaka
  • ok. 100 g sera o wyrazistym smaku – u mnie mieszanina parmezanu i gruyere, bo akurat takie skrawki miałam w lodówce, myślę, że dobrze się sprawdzi również ser pleśniowy albo feta
  • 2 jajka
  • szczypta czonsku w proszku
  • duża szczypta chilli (albo trochę mniejsza, wedle upodobania ;))
  • 2 łyżki pestek słonecznika
  • 2 łyżki pestek dyni

Przygotowanie

Brokuła dzielimy na różyczki i gotujemy w osolonej wodzie ok. 10 minut. Odcedzamy i przelewamy zimną wodą. Kurczaka i brokuła mielimy lub miksujemy w blenderze. Ser trzemy na drobnej tarce. W misce mieszamy kurczaka, brokuła, jajka i ok. 2/3 sera. Doprawiamy do smaku czosnkiem i chilli. Dodajemy pestki z dyni i słonecznika i mieszamy. Masę wkładamy do foremek na muffinki i posypujemy każdą szczyptą pozostałego sera. Pieczemy 25 minut w 180 stopniach.

Myślę, że bardzo dobrze będzie do nich pasował smak pomidorów – w formie sałatki, salsy (na zdjęciach moja domowej roboty) czy sosu pomidorowego. Smacznego 🙂

Jak pewnie zauważyliście, zmieniłam tytul bloga, tak żeby nie było żadnych nieporozumień co do rodzaju przpeisów, jakie można będzie tu znaleźć. A będą przepisy wszelkiego rodzaju – wegetariańskie i nie. Może też pojawią się posty mniej kulinarne a bardziej życiowe – zobaczymy 🙂