Tag Archives: sałatka

Szybki obiad na lato – sałatka z jarmużu z makaronem

Zwykły wpis

sałatka

Jarmuż nie jest chyba u nas zbyt znany, a szokda. Pamiętam, że kiedyś natknęłam się na wzmiankę o nim w książce kucharskiej dla dzieci, którą namiętnie czytywałam jakieś 20 lat temu z hakiem, domagając się, ku rozpaczy rodziców, robienia żaglówek z jajek czy innych myszek z twarogu 😉 Tam jednak jarmuż pojawiał się tylko jako dekoracja półmiska.

Dużo później, kiedy na nowo odkryłam kuchenną pasję, straciwszy jednak ciut zapału do twarogowych myszek, zaczęłam czytać anglojęzyczne blogi kuchenne i co chwila natykałam się na kale salad, czyli sałatkę z… czymś, czego nazwy nie kojarzyłam, ale ze zdjęć wymyśliłam sobie, że to kapusta włoska w jakimś wczesnym stadium rozwoju 😉 Zrobiłam nawet swego czasu bardzo smaczną sałatkę, uzywając właśnie kapusty włoskiej i jeśli nie uda Wam się znlaeźć w sklepie jarmużu, to będzie to dobry zamiennik. Ale właśnie przy oakzji tej sałatki ktoś mi zwrócił uwagę, że kale to jednak nie kapusta.

Jakiś czas później przy zupełnie przy innej okazji znalazłam jarmuż w najzywklejszym supermerkecie. Kosztował kilka złotych za wielką torbę, więc niewiele myśląc wrzuciłam go do wózka i zaczęłam eksperymentować. Jarmuż pod względem faktury i smaku rzeczywiście przypomina kapustę, ale jest sprzedawany jako osobne liście, a nie w główkach. I jak mu się bliżej przyjrzeć, to jest całkiem ładny 🙂

jarmuż

jarmuż

Jjarmuż jest kopalnią witamin i mikroelementów, świetnym wegańskim źródłem żelaza i wapnia, a poza tym jak każda zielenina, zawiera mnostwo korzystnych dla zdrowia przeciwutleniaczy.

Jak widać, warto się z nim bliżej zaprzyjaźnić. Najlepiej wykorzystać go w postaci surowej we wszelkiego rodzaju sałatkach – może być ich bazą tak jak szpinak, rukola czy mieszanka sałat. Ma nad nimi tę przewagę, że może nawet kilka dni stać w lodówce i pod wpływem sosu nie staje się z czasem smutną papką jak sałata. Wręcz przeciwnie, sałątka z jarmużem z czasem „dojrzewa” i są wszelkie szanse, że trzeciego dnia będzie nawet lepsza niż pierwszego :).

Tak więc dziś mam dla Was propozycję sałatki z prostych składników, które chyba każdy ma pod ręką. Dzięki dodatkowi makaronu nadaje się na samodzielny letni obiad – lekki ale dosyć sycący. Robi się ją w porywach do 10 minut, a zaoszczędzony czas można wykorzystać na spacer i rozkoszowanie się końcówką lata 🙂 Najlepiej zrobić ją kilka godzin wcześniej lub nawet poprzedniego dnia – leżakowanie w lodówce pozwoli jej się „przegryźć” i zdecydowanie korzystnie wpłynie na smak.

IMGP8750-5

Składniki (na 1 dużą lub 2 mniejsze porcje)

  • 2-3 duże garście świeżego jarmużu
  • ok 100 g krótkiego makaronu (u mnie pełnoziarniste penne)
  • ok. 8 pomidorków koktailowyc (może być też jeden spory pomidor, ale pomidorki koktailowe podnoszą wrażenia estetyczne 😉
  • 3 łyżki pestek słonecznika
  • 2-3 łyżki tartego parmezanu (w wersji wegańskiej można zastąpić płatkami drożdżowymi)
  • 2-3 łyżki oliwy z oliwek
  • ok. łyżki octu (użyłam jabłkowego)
  • szczypta soli
  • ok. pół łyżki przyprawy do kuchni włoskiej (albo trochę więcej, do smaku)

Przygotowanie

Jarmuż płuczemy i rwiemy w rękach na nieduże kawałki (wyrzucamy twarde łodygi przechodzące przez środek liści). Wkładamy do miski, dodajemy oliwę, ocet, sól i przyprawy i przez około minutę ugnniatamy rękami liście, żeby dokładnie połączyły się z sosem. To ważne – dzięki temu jarmuż zmięknie i przejdzie dokładnie smakiem i zapachem dressingu. Dodajemy pozostałe składniki (makaron oczywiście wcześniej gotujemy, pomidorki przekrajamy na pół). Mieszamy i odstawiamy na kilka godzin do lodówki (nie jest to konieczne, ale jeśli macie czas, to warto). Jeśli po wyjęciu z lodówki sałatka wydaje się zbyt sucha, można dodać jeszcze odrobinę oliwy.

Jemy, popijając schłodzonym białym winem (a przynajmniej ja mam taki plan, bo sałatka właśnie nabiera mocy ;)). Smacznego 🙂

sałatka

Szybka sałatka z ryżu i soczewicy

Zwykły wpis

Prosta propozycja „konkretnej” sałatki, która może z powodzeniem być też samodzielnym posiłkiem. W ramach końcówki lata postawiłam na klimaty greckie 🙂 Efekt całkiem niezły – roboty niewiele a kilka smacznych obiadów w pracy będzie 😉 Smaczna zarówno na ciepło, jak i na zimno. Poza tym taki przepis można bardzo łatwo dostosować do własnych upodobań i zawartości lodówki. Zamiast koperku można dać świeżą natkę, bazylię, albo np. suszone zioła prowansalskie. Można dodać trochę czosnku albo drobno posiekanej cebulki. Jeżeli lubicie kapary, to można chyba z powodzeniem użyć ich zamiast oliwek, może dodać trochę pestek słonecznika lub dyni, żeby fajnie chrupało…

Składniki (na 3-4 porcje obiadowe lub więcej jako dodatek)

  • 2 torebki ryżu (u mnie brązowy)
  • niecała szklanka brązowej soczewicy
  • pół słoika suszonych pomidorów (ok. 8 sztuk)
  • kilkanaście czarnych lub zielonych oliwek
  • mały pęczek koperku (po posiekaniu wyszła duża garść)
  • sok z połowy cytryny
  • ok. łyżka dobrej oliwy (użyłam ziołowej, ale może być też zwykła)
  • sól do smaku

Przygotowanie

Ryż gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Soczewicę gotujemy w osolonej wodzie ok. 25 minut. Odcedzamy. Pomidory kroimy na nieduże kawałki, oliwki kroimy co najmniej na połówki (można w plasterki). Koperek drobno siekamy. Wszystkie składniki mieszamy w misce, doprawiamy do smaku solą i ewentualnie sokiem z cytryny. Odstawiamy na jakiś czas, żeby smaki się przegryzły. I gotowe 🙂

Pamiętajcie o gumie do żucia, czyli zabójcze pesto pietruszkowe ;-)

Zwykły wpis

Dziś zapraszam na pyszne pełne witamin pesto. Jak się dowiedziałam, przy okazji durszlakowej akcji Pesto, pesto! pesto można zrobić w zasadzie ze wszystkiego, co da radę zmielić w blenderze ;). Tym razem zamiast tradycyjnej bazylii użyłam natki pietruszki, bo okazało się, że zamówiony we frisco * „jeden pęczek” jest mniej więcej wielkości mojej głowy!. Nie przesadzam – nie chciałam, żeby zwiądł, więc wstawiłam go do… wazonu i wcale nie było tam nadmiaru miejsca 😉 Więc pietruszka jakiś czas występowała w charakterze ozdoby wnętrza, a potem wymyśliłam, że przerobię ją na pesto 🙂

Jak pomyślałam, tak też zrobiłam. Z klasycznych dodatków użyłam czosnku, soku z cytryny i oczywiście oliwy, a poza tym orzechów włoskich. Dodałam też płatków drożdżowych, które bardzo polecam, jeśli macie, bo naprawdę fajnie skomponowały się ze smakiem orzechów. Z czosnkiem może lekko przesadziłam 😉 ale to się okazało dopiero po fakcie, w związku z czym robiłam dziś po dordze do pracy specjalny przystanek celem nabycia gumy do żucia i tiktaków, w razie gdyby zwykłe mycie zębów po obiedzie okazało się niewystarczające 😉

Składniki (na ok. 300 ml pesto)

  • 1 ogromny lub 2-3 mniejsze pęczki pietruszki
  • sok z połowy cytryny lub troszkę więcej
  • 2 szczypty soli
  • 2-3 ząbki czosnku (dałam 3 duże i było trochę za dużo, dostosujcie do Waszego stopnia czosnkolubności ;))
  • ok. 1/2 szklanki oliwy
  • 1/2 szklanki orzechów włoskich
  • ok. 1/3 szklanki płatków drożdżowych (opcjonalnie, można też zastąpić tartym parmezanem)

Przygotowanie

Orzechy mielimy w blenderze na proszek i przekładamy do innego naczynia. Następnie mielimy czosnek (oczywiście obrany). Z natki odrywamy łodyżki, resztę mielimy z oliwą, sokiem z cytryny i solą. Kilka razy zatrzymujemy blender i zeskrobujemy ze ścianek to, co się do nich przykleiło. Dodajemy z powrotem orzechy i czosnek oraz płatki drożdżowe lub ser i krótko miksujemy do połączenia. W razie gdyby było za gęste, można dodać trochę oliwy lub wody (pesto z samą oliwą będzie bardziej trwałe).

Można podawać klasycznie z makaronem, jako dodatek do kanapek albo do sałątek. U mnie na pierwszy ogień poszła sałatka z grillowanym kurczakiem (ok. 100g z wczorajszego obiadu), fasolka szparagową (dwie garście ;)) i pomidorkami koktailowymi. Bardzo fajne letnie połączenie, polecam 🙂 Smacznego 🙂

* czasami podaję na blogu nazwy marek, z których produktów korzystam albo nazy sklepów, gdzie robię zakupy, jak np. w tym poście. Nie są to reklamy, tylko moje własne opinie na temat tego, co się u mnie sprawdza, a co nie. Póki co, nikt moich blogowych wypocin nie sponsoruje, a gdyby kiedyś do tego doszło, na pewno będzie to wyraźnie zaznaczone.

Szpinakowe guacamole i sałatka z tuńczyka

Zwykły wpis

Dziś wyjątkowo mam dla Was przepis (a nawet dwa!) bez zdjęcia końcowego efektu.

Tytułem usprawiedliwienia – wracałam do domu po ciężkim treningu i byłam strasznie głodna. W lodówce poza światłem niewiele już zostało z poprzednich zakupów, ale po przemyśleniu doszłam do wniosku, że znajdzie się materiał na guacamole (czyli awokado ;)). Po szybkiej inspekcji znalazłam jeszcze pół opakowania szpinaku drugiej świeżości 😉 Jego smutny stan nie zachęcał do konsumpcji luzem w sałatce. Ale przypomniał mi się przepis, który ostatnio widziałam, na guacamole z jarmużem (wraz z ładnymi zdjęciami :)) i pomyślałam, że szpinak też powinien się nadać do takiej sztuczki. I rzeczywiście, guacamole wyszło bardzo smaczne, szpinaku w ogóle nie czuć, za to ma odjazdowy zielony kolor 🙂 Ale o ile udało mi się zrobić sensowne zdjęcie awokado przed obróbką, o tyle zdjęcia gotowego guacamole nie są zbyt apetyczne. Cóż, aby oddać piękno zielonej papki, trzeba się trochę postarać, a ja, szczerze mówiąc, miałam w tym momencie inne priorytety 😉

(Update: wobec zażaleń, że nie ma zdjęć, udało mi się dzisiaj wykonać przyzwoite fotki pozostałego guacamole. Zdjęć sałatki nadal nie ma i nie będzie, albowiem cała się zjadła ;))

Guacamole wykorzystałam do świetnej sałatki z tuńczyka. Robiłam ją już drugi raz i na pewno będą kolejne. Oparłam się na tym przepisie , ale ponieważ nie miałam domowego majonezu (ani chwilowo zapału do jego produkcji), zastąpiłam go guacamole. Efekt smakowy jest fantastyczny, natomiast estetyczny nie do końca – głównie rozgnieciona ryba zmieszana z zieloną papką 😉 Mimo to zachęcam Was do wypróbowania – i guacamole, i sałatki.

Guacamole – składniki

  • 1 bardzo duże lub dwa małe dojrzałe awokado
  • 2 duże garście szpinaku
  • 2 szczypty soli
  • sok z połowy cytryny
  • szczypta czosnku w proszku
  • czubata łyżeczka musztardy dijon (albo innej ostrej)

Przygotowanie

Wszystko zmkiskować na jednolitą masę. The end 🙂

Sałatka z tuńczyka – składniki (na jedną dużą lub dwie mniejsze porcje)

  • puszka tuńczyka
  • pół średniego jabłka
  • pół dużego lub cały mniejszy ogórek
  • kilka łodyżek szczypiorku
  • garść orzechów włoskich albo nerkowców
  • łyżka musztardy
  • dużo guacamole (duuuużo – ze 4 czubate łyżki :))

Przygotowanie

Tuńczyka odsączamy z zalewy i jeśli był w kawałkach, rozgniatamy widelcem. Jabłko i ogórka drobno kroimy, orzechy siekamy, szczypiorek też. Wszystkie składniki mieszamy i odstawiamy na jakieś 15 minut, żeby smaki się troszkę „przegryzły”.

Smacznego 🙂

Bazyliowy kalafior z fetą i truskawkami

Zwykły wpis

Sezon truskawkowy w pełni – grzech nie korzystać 🙂 Kiedyś potrafiłam ich wciągnąć kilo na raz. Ach te powroty do domu, kiedy w zatłoczonym metrze co rusz sięgałam do siatki po kolejną truskawkę, starając się przy tym nie upaćkać osób stojących obok (na szczęście raczej skutecznie) ani siebie (nieco mniej skutecznie ;)). Nadal lubię truskawki, ale moce przerobowe trochę mi się zmniejszyły 🙂 Poza tym ostatnio szczególnie mi smakują w słodko-wytrawnych kombinacjach, choć oczywiście nieśmiertelne połączenie z jogurtem lub twarożkiem nigdy chyba mi się nie znudzi 🙂

Dziś proponuję Wam jednak dosyć ekstrawagancką kombinację – kalafiorowe puré z bazyliowo-orzechowym sosem z lekka przypominający pesto, do tego słona feta i słodkie soczyste truskawki. Dla chętnych chrupiące migdały albo inne orzechy. Ostateczny efekt zdecydowanie ciekawy, a przy tym tę sałatkę (bo chyba to sałatka ;)) łatwo dostosować do własnych preferencji i upodobań. Weganie mogą zastąpić fetę tofu-fetą albo serem z nerkowców. Dla mięsożerców świetnie się sprawdzi dodatek grillowanego kurczaka doprawionego tymiankiem, bazylią, sokiem z cytryny i estragonem (albo dowolną kombinacją powyższych albo czymś innym, wedle uznania ;)). Sam kalafior z bazyliowym sosem jest moim zdaniem wystaczająco smaczny, żeby zasłużyć na zainteresowanie osób eksperymentujących z dietą surową… Każdemu według potrzeb 😉

Uczulam Was tylko na jedną rzecz – jeśli chcecie jeść kalafiora na surowo, powinien być naprawdę bardzo świeży. Może jestem lekko przewrażliwiona, ale swego czasu po konsumpcji surowego kalafiora, który już parę dni spędził w lodówce, przetestowałam metodę na zrzucenie 5 kilo w 48 godzin, czyli zaliczyłam jedno z gorszych zatruć w życiu 😛 Od tamtej pory długo omijałam z daleka kalafiora pod wszelkimi postaciami, a kiedy już odważyłam się ponownie spróbować, do przesady pilnuję, żeby był prosto ze sklepu/straganu.

Składniki (na jedną dużą porcję)

  • 1/3 niedużego kalafiora
  • ok. 50 g sera typu feta
  • jeden większy lub dwa mniejsze krzaczki bazylii
  • 2 łyżki masła orzechowego lub słonecznikowego (według mnie najlepsze jest migdałowe, ale słonecznikowe też daje radę)
  • parę łyżek wody
  • spora szczypta soli
  • kilka truskawek
  • opcjonalnie kilka migdałów

Przygotowanie

Klalafiora dzielimy na różyczki i mielimy w blenderze na „ryż”. Bazylię, masło orzechowe, wodę i sól miksujemy na kremowy sos. Mieszamy sos ze zmielonym kalafiorem. Ser kroimy w kostkę, truskawki, jeśli są duże, dzielimy na połówki lub ćwiartki, Wszystko mieszamy (w miarę delikatnie, żeby nie rozpaćkać truskawek). Ewentualnie dodajemy migdały.

Smacznego 🙂

Sałatka z pieczenią, serem pleśniowym i sosem truskawkowym

Zwykły wpis

Muszę się przyznać, że zaliczyłam ostatnio potworną blogową wpadkę 🙂 W zeszłym tygodniu Małżonek skończył 30 lat i z tej okazji w sobotę mieliśmy małą rodzinną imprezkę. Oczywiście zabroniłam komukolwiek przynosić cokolwiek do jedzenia, bo chciałam wyżyć się w kuchni. Oczywiście mniej więcej w połowie owego wyżywania żałowałam, że nie kazałam gościom przywieźć prowiantu i odgrażałam się mężlowi, że następnym razem zamówimy dla wszyskich pizzę. Jego odpowiedź: „Akurat, tak jakbyś za każdym razem tego nie powtarzała ;)”. Koniec końców, wszystko się udało, pławiłam się w pochwałach i cieszyłam opinią niezrównanej kucharki, ale… no właśnie – kiedy przypomniałam sobie, że miałam zrobić zdjęcia, wszystko było już mniej więcej w 70% zjedzone…

Ale specjalnie na blogowe potrzeby (oraz na moje potrzeby lunchowe ;)) zrobiłam jeszcze raz załatkę, która cieszyła się największym powodzeniem. Połączenie smaku pieczonego mięsa, sera pleśniowego i truskawkowego sosu vinegret przypadło do gustu nawet osobom, które nie należą do fanów spleśniałych serów. A przy okazji – jeśli Wasi goście twierdzą, że nie lubią szpinaku, powiedzcie im, że to sałata – od razu polubią 🙂 Przynajmniej u mnie zadziałało 😉

Składniki (na jedną dużą porcję sałatki)

  • 2 garście świeżych liści szpinaku lub mieszanki sałatkowej (na zdjęciu mieszanka sałat, albowiem szpinak wyszedł, ale moim zdaniem najlepiej sprawdza się właśnie szpinak albo rukola)
  • ok. 100-150 g pieczonego mięsa (u mnie schab karkowy, ale może być też np filet z kurczaka)
  • ok. 50 g sera pleśniowego (najlepiej brie lub camembert)
  • kilka pomidorków koktailowych
  • kilka niedużych truskawek

Vinegret truskawkowy

  • ok. pół szklanki truskawek
  • łyżka octu balsamicznego
  • ok. 2 łyżki oliwy
  • szczypta soli
  • opcjonalnie pół łyżeczki syropu klonowego (może być też syrop z agawy lub miód)

Przygotowanie

Mięso i ser kroimy na nieduże kawałki. Pomidorki przekrajamy na połówki. Wszystkie składniki wkładamy do miseczki. Składniki sosu miksujemy, wlewamy do sałatki i mieszamy. Smacznego 🙂

Sałatka z pieczonymi warzywami w kremowym sosie musztardowym

Zwykły wpis

Kolejny tydzień mija pod hasłem „10 godzin w biurze”. Do tego staram się wciskać w swój harmonogram w miarę regularne treningi, mieć trochę czasu dla męża, nie dopuścić, żeby dom porósł mchem, a brudne ciuchy przestały się mieścić nie tylko w ksozu na pranie, ale w całej łazience 😉 Nie mam czasu ani siły na wybitnie wyszukane dania. No ale jednak jeść trzeba i fajnie by było jeść zdrowo i smacznie. Najlepiej coś takiego, co zrobi sie prawie samo 😉 Taka właśnie jest ta sałatka. Wczoraj, kiedy dopełzłam do domu, wrzuciłam do piekarnika trochę warzyw – brokuły, cukinię i pozostałe szparagi. Tak się złożyło, że wszystkie były zielone 🙂 Zajęłam się czymś innym, podczas gdy warzywa „się robiły”. Dziś rano ugotowałam jajka na twardo i kiedy po pracy i treningu wpadłam głodna do kuchni, wystarczyło włożyć wszystko do jednej miski (no i wytrzymać te dodatkowe 5 minut, żeby zrobić zdjęcia ;))

Myślę, że do przepisu można wprowadzać rozliczne modyfikacje, zależnie od upodobań i zawartości lodówki, a i tak wyjdzie super 🙂

Składniki na pieczone warzywa (do sałatki użyłam ok 1/3 tej porcji)

  • 1 średni brokuł
  • 1 średnia cukinia
  • 1 pęczek zielonych szparagów

sos

  • 1/4 szklanki oliwy
  • 2 szczypty soli
  • szczypta czosnku w proszku
  • ok 1,5 łyzki octu balsamicznego

Przygotowanie

Brokuła dzielimy na różyczki. Cukinię kroimy w plasterki. Ze szparagów odcinamy końcówki. Wszystko wrzucamy do sporego naczynia żaroodpornego. Mieszamy wszystkie składniki sosu, dolewamy do warzyw i dokładnie mieszamy. Pieczemy ok. 40 minut w 200 stopniach.

Składniki na sałatkę (na 1 dużą porcję)

  • ok. 1/3 porcji warzyw
  • duża garść liści szpinaku lub innej zieleniny (np. gotowy mix sałat świetnie się nada)
  • 2 jajka na twardo
  • 1/4 avocado
  • kilka pomidorków koktailowych
  • ok. 1.5 łyżki musztardy
  • szczypta cukru lub parę kropel miodu albo syropu z agawy
  • szczypta soli

Przygotowanie

Jedno jajko miksujemy z musztardą, syropem z cukrem (lub miodem itp.), szczyptą soli i kilkoma łyżkami wody, aby powstał kremowy sos, mniej więcej o konsystencji śmietany. Próbujemy i ewentualnie doprawiamy do smaku. Na dno miseczki wkładamy szpinak lub inne liście i mieszamy z sosem. Następnie wkładamy pieczone warzywa, avocado pokrojone na kawałki, połówki pomidorków i drugie jajko pokrojone w ćwiartki, albo, jak kto woli, w plasterki 🙂 Gotowe. Smacznego 🙂