Category Archives: zupy

Strumień świadomości i zupa z pieczonych pomidorów

Zwykły wpis

(źródło)

Uwaga, dłuuuugi post, przepis jest kilometr niżej 😉

Wielkimi krokami zbiżam się do trzydziestki. W zasadzie to jestem już na ostatnim odcinku ostatniej prostej 😉 bo zostały mi równo trzy tygodnie. W związku z tym naszło mnie na podsumowania i przemyślenia i powiedzmy, że efekt tych podsumowań mnie nie zachwycił. Mam wrażenie, że o w ostatnim czasie trochę życiowo kręciłam się w kółko. Niby coś tam robiłam, ale tak naprawdę nic konkretnego – tu trochę, tam trochę, nigdzie na sto procent…

Ostatnio kręcenie się w kółko osiągnęło apogeum w tematach zdrowotno-fitnessowo-dietetycznych. Za dużo się naczytałam, zbyt wielu rzeczy chciałam spróbować, a że część z tych rzeczy wzajemnie sie wykluczała, przez sporą część czasu żyłam w poczuciu, że cokolwiek zrobię, to będzie źle, bo np. według diety Paleo ziarna są szkodliwe, więc jeśli zjem owsiankę na śniadanie, to szkodzę swojemu zdrowiu i figurze. Z drugiej strony logika wskazuje, że jedzenie na śniadanie pięciu jajek z bekonem jest średnio zdrowe. Powinnam jeść dużo białka, bo ćwiczę, powinnam ograniczać węglowodany, ale mam ochotę na chleb i co teraz? Odmawianie sobie tego co lubię, bo dieta taka czy inna tego „zabrania”, spowodowało, że kilka razy „pękłam” i wciągnęłam to co lubię (chleb, płatki z mlekiem, czekoladę, jogurt) w ilościach zdecydowanie przekraczających normę. Naprawdę zdecydowanie, bo chyba pod to można podciągnąć zjedzenie za jednym posiedzeniem pół blachy ciasta?

Nie muszę chyba nawet mówić, jak się czułam po konsumpcji wspomnianego ciasta, tudzież miski chispów z salsą tudzież wiaderka jogurtu? Nie dość, że miałam wrażenie, że ciasto zaraz wyjdzie mi uszami, to oczywiście świadomość, że właśnie wchłonęłam w parę minut zalecaną dzienną dawkę kalorii (a oprócz tego drugą dzienną dawkę w postaci normalnych posiłków) nie pomagała. Nie muszę też chyba pisać, że konsumpcja hurtowych ilości niekoniecznie zdrowych rzeczy nie pozostała bez wpływu na moją wagę, wygląd i fizyczne samopoczucie?

Otóż nie 😛 Ciacho się ze mnie nie zrobiło, raczej powoli zmierzałam w stronę budyniu 😛 W dodatku sfrustrowanego budyniu, co już samo w sobie brzmi lekko  niedorzecznie. Na mojej drodze w stronę niezadowolonego z życia budyniu trafiłam m.in. na bloga Oatmeal after Spinning. Bardzo Wam go polecam – jest ciekawy, pisany z humorem i sporo tam fajnych przepisów, ale mnie dały do myślenia te dwa posty.

W skrócie chodzi o to, że w znakomitej większości przypadków sami decydujemy o tym co jemy, a czego nie. Pomijając sytuacje w rodzaju ścisłej diety z powodu choroby albo małych dzieci, o których diecie do pewnego momentu decydują rodzice, nikt przecież nie zmusza nas do jedzenia tego, co z takich czy innych powodów na nie pasuje. Powody mogą być różne – może po prostu czegoś nie lubię, może nie jem tego z przyczyn etycznych czy religijnych, a może decyduję się odpuścić ciasto, bo wiem, że w danym momencie moim celem jest zrzucenie paru kilo a te 3 minuty przyjemności mnie od tego celu oddalą. I nie chodzi o to, żeby zawsze decyzja była „na nie”, ale żeby mieć świadomość tego, że chociaż może nie zawsze jest to łatwe i przyjemne, to w 99% przypadków mamy wybór odnośnie tego, czy coś zjemy, czy nie i bez sensu jest rozgrzeszanie się po fakcie, że „inaczej się nie dało”.

Drugi post jest pochwałą prostoty i naprawdę trafił mnie prosto w serce 😉 zwłaszcza że nie był to pierwszy tego typu przekaz, który otrzymałam. Lubię gotować, jeszcze bardziej lubię dobrze zjeść. Lubię sprawdzać nietypowe połączenia smaków i dziwne składniki, ALE powoli dochodzę do tego, że często przekombinowuję. Kiedyś dawno podesłałam linka do bloga mojej mamie, żeby mogła sobie obejrzeć, co ja właściwie jem na diecie wegańskiej. Napisałam jej też, że może skorzystać z tych przepisów i przygotować coś, kiedy będę ich odwiedzać, bo zawsze zgłaszała problem z obiadem dla mnie. Reakcja mamy była mniej więcej taka: „Dziecko, ja nawet nie wiem co to jest quinoa, nie mam w domu syropu z agawy, nie mam pojęcia, gdzie można kupić słodkie ziemniaki…” itp. Wtedy pomyślałam, że to mama wydziwia. Jakiś czas później, kiedy napisałam o tym, że znów będe jeść mięso, w komentarzach odezwała się moja znajoma, od której zaczęła się moja przygoda z wegetarianizmem i napisała m. in., że według niej moja dieta była aż za bardzo urozmaicona, bo jej rodzina (wegetariańsko-wegańska) używa dużo prostszych składników. I coś w tym chyba jest. Mam w domu mnóstwo przedziwnych rzeczy, typu nasiona chia, grzyby shitake, mąka z kasztanów itp. cuda. Czasem kupuję je w ramach impulsu, czasem dlatego, że znalazłam jakiś ciekawy przepis z tymi składnikami. Tylko że on z reguły wymaga innych dziwnych składników, które zwykle kosztują masę pieniędzy a potem zalegają w kuchni, będąc przyczyną frustracji i pożywką dla moli. To już lepiej niech te mole żrą zwykłą mąkę – będzie taniej 😛 (tak naprawdę nie hoduję moli 😉 kiedyś jakoś się zalęgły, ale szczęśliwie udało się ich pozbyć).

No i jest jeszcze jedna kwestia. Mięso. Kiedyś nie jadłam, potem zaczęłam jeść, potem znów nie jadłam. Ostatnimi czasy jadłam masowo (dieta Paleo, patrz wyżej :P). Ale cały czas miałam w tyle (albo i w przodzie ;)) głowy, że to są zabite zwierzęta. Ich mięśnie, wątroba, żołądek… Któregoś razu wędzony łosoś rósł mi w gardle, ale „dałam radę” i zjadłam. Ostatnio rozmawiałam z mężem na temat moich zastrzeżeń co do jedzenia mięsa. Dyskutowaliśmy też o przemyśle mlecznym i o tym, że ciężko dostać w sensownej cenie ekologiczne mleko, ser itp. Po tym, jak się wywnętrzyłam, małżonek (facet i do tego umysł ścisły ;)) podsumował w 10 sekund: no to wychodzi, że powinnaś być weganką albo ewentualnie czasem jeść jajka zerówki. Ja na to: no tak… A on: no to tak zrób. Hmmm… no w sumie czemu nie 😀 Najprostsze rozwiązania są czasem najlepsze.

W efekcie przemyśleń niezbyt zwięźle streszczonych powyżej postanowiłam zmienić kilka rzeczy – w życiu, a co za tym idzie, również na blogu. Będę się starała jeść wegetariańsko i takie też przepisy będą tutaj lądować. Raczej bez mleka i jajek, ale mogą się zdarzyć wyjątki. Poza tym moje przepisy będą prostsze. Nie będzie raczej wymyślnych składników z drugiego końca świata, a jeśli się pojawią (choćby te, które mam jeszcze w domu i muszę zużyć), to postaram się podać łatwiej dostępne odpowiedniki. Spróbuję też jeść bardziej sezonowo, chociaż nie wiem, jak to wyjdzie, bo wydaje mi się, że w zimie w naszym klimacie jest sezon na kartofle i kapustę i niewiele poza tym 😉 Ale może mi się tylko wydaje, poza tym są jeszcze przetwory – może lepiej zjeść sos pomidorowy niż świeżego pomidora w lutym, który nie dośc, że smakuje jak tektura, to ma w sobie całą tablicę Mendelejewa. Oczywiście nie zrezygnuję tak całkiem z ogólnie dostępnych egzotycznych składników typu banany, cytrusy czy wiórki kokosowe. Bez przesady w żadną stronę – to chyba powinno być moje motto 🙂

Myślę, że oprócz przepisów będą się też pojawiać posty na inne tematy – życiowe, sportowe, co mi tam jeszcze się będzie kłębiło pod czaszką 🙂 Ale przepisów na pewno nie zabraknie.

Postanowiłam też przeprosić się z jogą. Kiedyś trenowałam astanga jogę mniej więcej 4 razy w tygodniu. Bardzo dużo mi to dawało, fizycznie i emocjonalnie. Potem pojechałam na wakacje, w międzyczasie „moja” szkoła została zamknięta i temat jogi jakoś się rozmył. Kiedyś kupiłam nawet nową matę, bo stara była już bardzo sfatygowana, ale na kupieniu się skończyło. Potem zdałam sobie sprawę, że pewnie po tak długiej przerwie straciłam dużą część rozciągnięcia i siły, które wypracowałam i przez to było mi głupio iść na zajęcia. Bałam się, że będę się czuła jak ofiara losu i wszyscy będą „lepsi” ode mnie, a tego nie lubię. Po miesiącach wymówek wzięłam wreszcie matę pod pachę i poszłam. Straciłam dużo z elastyczności, którą miałam kiedyś. W wiekszości po prostu przez brak teningu, może częściowo dlatego, że trochę przytyłam, może przez dietę. Nieważne. Ważne, że na jodze było tak fajnie jak kiedyś. Nikt nie patrzył na mnie krzywo, bo nie umiałam wyprostować nogi nad barkiem 😉 Wszyscy byli zajęci kombinowaniem, jak zapleść prawą rękę z lewą nogą tak, żeby niczego sobie nie urwać i być potem w stanie powrócić do pierwotnej konfiguracji 😉

(źródło)

To była naprawdę dobra praktyka 🙂 Znów lubię moją matę i nawet wybieram się na jogowy wyjazd. Kiedy dojdzie do skutku, na pewno się pochwalę 🙂

Ufff, bardzo dziękuję za cierpliwość tym, którzy dotarli aż tutaj. Będzie ngroda 🙂 Zupa pomidorowa 🙂

Przepis zaczerpnięty z bloga Oh She Glows. Zupa jest fantastyczna – ma super kremową konsystencję, a dzięki pieczeniu pomidory mają jakiś taki bogatszy smak.  Robiłam tę zupę już dwa razy. Za pierwszym razem pominęłam garam masalę, bo zupa była dla gości o raczej tradycyjnych upodobaniach kulinarnych. Za drugim dodałam jej sporo.Obie wersje wyszły super 🙂 Spróbujcie, w końcu sezon na pomidory nadal w pełni. Osobiście w ogóle nie czułam posmaku mleczka kokosowego, więc raczej nie należy się przejmować tym cokolwiek dziwnym poczłączeniem. Nikt z gości, którzy próbowali, też się nie zorientował, w czym rzecz. Zupa naprawdę smakuje, jakby była na bazie gęstej śmietany.

Składniki

  • 10 średnich pomidorów
  • 1 spora cebula
  • 1 główka czosnku
  • puszka (400 ml) mleka kokosowego (może być light, ja użyłam normalnego, bo takie akurat miałam)
  • 2 szklanki bulionu warzywnego lub 2 szklanki wody i 2 kostki bulionowe
  • 2 spore szczypty garam masali (opcjonalnie)
  • sól i pieprz so smaku (dałam sporo pieprzu i bardzo mi smakowało, ale miałam potem reklamacje, że trochę za pikantna ;))
  • olej lub oliwa z oliwek do pieczenia

Przygotowanie

Blachę do pieczenia wykładamy pergaminem lub folią aluminiową. Pomidory przekrajamy na połówki i układamy na blasze, skórką do dołu, Smarujemy po wierzchu oliwą i posypujemy troszkę solą i pieprzem.


Cebulę obieramy, kroimy w plasterki i umieszczamy w natłuszczonym naczyniu żaroodpornym. Z główki czosnku odcinamy któryś koniec. Chyba lepiej od strony korzenia, bo jak widać na załączonym obrazku, kawałek łodygi nie chciał się odciąć 😉

Miejsce odcięcia smarujemy oliwą i całą główkę zawijamy w folię aluminiową. Nagrzewamy piekarnik do 170 stopni i wrzucamy wszystko do środka. Cebulę wyjmujemy po ok. 30 minutach. Powinna być lekko zrumieniona, ale nie spalona. Czosnek wyjmujemy po ok. godzinie, a pomidory pieczemy przez ok. pół torej godziny.

W średnim garnku podgrzewamy bulion lub wodę z kostkami rosołowymi. Wrzucamy pomidory i cebulę. Czosnek powinien mieć konsystencję miękkiej masy, którą wyciskamy z łupinki. Dodajemy mleko kokosowe. Gotujemy przez kilka minut na średnim ogniu, po czym miksujemy. Można zmiksować zupełnie na krem (ja tak zrobiłam) albo zostawić trochę farfocli, jeśli lubicie, żeby w zupie coś pływało. Doprawiamy do smaku solą, pieprzem i ew. garam masalą.

W wersji „klasycznej” podawałam tę zupę jak na polską pomidorówkę przystało – z ryżem lub makaronem. Można też serwować z grzankami, groszkiem ptysiowym albo bez niczego. Smacznego 🙂

Reklamy

Zupa z pieczonej papryki z indykiem i zielonym groszkiem

Zwykły wpis

Ta zupa jest udanym efektem starań w kierunku ograniczenia marnowania jedzenia. Jakoś zawsze tak się składa, że kiedy wybieram się do sklepu, w wózku ląduje między 3 a 7 razy więcej rzeczy niż naprawdę potrzebujemy. Bo a to promocja, a to pójdę na zakupy głodna, a to przypomni mi się fajny przepis a użyciem jakiegoś składnika, ale zanim dojdę do kasy, przepis już wylatuje mi z głowy, a składnik leży i czeka na zbawienie i nierzadko się nie doczeka 😛 Nie wszystko daje się zamrozić i w rezultacie część kupionych produktów ląduje w koszu, bo zdecydowanie minęła im data przydatności do spożycia (czasami ta wydrukowana na opakowaniu, a czasami ta, którą podpowiada zdrowy rozsądek i instynkt samozachowawczy ;)), zanim zdążyłam się nimi zająć.

Staram się coś z tym zrobić, bo abstrahując już od aspektów etycznych, ekologicznych, głodu na świecie itp. moje niedostosowanie ilości zakupów do naszych mocy przerobowych odbija się najzwyczajniej w świecie na naszych rachunkach. W związku z tym, kiedy znalazłam dziś przy myciu lodówki zapomniane papryki i kawałek cukinii w stanie agonalnym, postanowiłam wykombinować przepis, w którym da się wykorzystać warzywa zdecydowanie drugiej świeżości (choć oczywiście nie zepsute!). No i właśnie w ten sposób narodziła się poniższa zupa – pikantna, kremowa, z delikatną słodyczą pieczonej papryki i mleczka kokosowego. Naprawdę dobra, a warzywa uratowane 🙂

Składniki (na 4-5 porcji)

  • 2 papryki
  • 2/3 większej lub cała mniejsza cukinia
  • 2/3 średniej cebuli
  • 3 duże ząbki czosnku
  • ok. łyżki oliwy z oliwek
  • 3 szklanki wody + 2 kostki bulionu warzywnego (albo 3 szklanki bulionu albo rosołu)
  • mała puszka mleczka kokosowego (160 ml)
  • 1 jajko
  • sól i chili do smaku
  • 2 garście zielonego groszku (użyłam prożonego, bez rozmrażania)
  • ok. 250-300 g piersi z indyka

marynata do mięsa

  • 1-2 łyżki oliwy
  • łyżeczka miodu
  • 2 szczypty soli
  • szczypta słodkiej papryki
  • szczypta chili
  • szczypta czosnku w proszku

Przygotowanie

Składniki marynaty mieszamy. Mięso kroimy w niedużą kostkę, zalewamy marynatą, mieszamy i wstawiamy do lodówki na kilka godzin. W międzyczasie pieczemy warzywa – kroimy je na kawałki (nie ma potrzeby się wysilać, żeby była drobna kosteczka albo równe paski – i tak wszystko się później zmiksuje 😉 wystarczy każdą paprykę przekroić powiedzmy na 6-8 części, cukinię i cebulę mniej więcej w plasterki a każdy ząbek czosnku podzielić na kilka kawałków) Układamy warzywa w naczyniu żaroodpornym, polewamy oliwą, mieszamy i pieczemy przez 40 minut w 180 stopniach.

W średniej wielkości garnku podgrzewamy bulion (lub wodę z kostką bulionową). Kiedy zacznie się gotować, wrzucamy mięso, zmniejszamy ogień i gotujemy jakieś 20 minut. Następnie wyjmujemy mięso i odkładamy na bok. Do garnka z bulionem wlewamy mleczko kokosowe, wrzucamy warzywa i miksujemy ręcznym blenderem na jednolity krem. Doprawiamy do smaku solą i chili. Następnie dodajemy rozbełtane jajko i miksujemy szybko na wysokich obrotach. Dorzucamy mięso (po wyjęciu z bulionu można je ewentualnie pokroić na mniejsze kawałki) i groszek i gotujemy jeszcze ok. 5 minut.

Smacznego 🙂

W bonusie zdjęcie związane z zupą tylko w ten sposób, że powstało, kiedy zupa się gotowała. Ale podoba mi się – wina wina dajcie 🙂

Chłodnik z buraków

Zwykły wpis

Dziś proponuję Wam prostą i pyszną zupę, idealną na ciepłe dni. Co prawda lato chwilowo się na nas obraziło i pogoda bardziej październikowa, ale mam nadzieję, że słońce i ciepło niebawem wrócą na dobre, a wtedy ten przepis się przyda 🙂

Chłodnik na bazie pieczonych buraków, jogurtu i kefiru – lekki, orzeźwiający, banalny w przygotowaniu, a przy tym ładnie wygląda, więc może nada się na wiosenne przyjęcie w ogrodzie.

Składniki (na 3-4 porcje)

  • 2 spore buraki
  • 400 ml jogurtu greckiego
  • 400 ml kefiru
  • ok. pół łyżeczki soli
  • sok z jednej niedużej cytryny (albo trochę więcej, do smaku)
  • szyczpta granulowanego czosnku
  • szczypta pieprzu
  • ok. łyżka przyprawy do twarożków Kamisa

Przygotowanie

Buraki myjemy, zawijamy w folie aluminiową (bez obierania) i pieczemy godzinę w 180 stopniach. Można to zrobić dzień wcześniej, bo do przygotowania chłodnika buraki oczywiście muszą byc chłodne ;). Następnie obieramy buraki, kroimy w kostkę i miksujemy z pozostałymi składnikami na jednolitą zupę-krem w kolorze wściekłego różu 😉 Ewentualnie doprawiamy do smaku. Podajemy z kiełkami, świeżym koperkiem, jajkiem na twardo… Smacznego 🙂

Zupa szparagowa z migdałami i fetą

Zwykły wpis

Na niedzielnych zakupach znalazłam wyjątkowo tanie zielone szparagi, więc wrzuciłam do wózka od razu dwa pęczki i już w kolejce do kasy zaczęłam się zastanawiać, co by z nich przygotować. W lodówce czekało też pudełko mielonych migdałów pozostałych po przygotowaniu mleka orzechowego. Znalazłam też zbłąkane opakowanie fety i tak narodził się pomysł na serowo-migdałowo-szparagową zupę krem. Pomyślałam, że do całości pewnie dobrze będzie pasował estragon. Był to jeden z przepisów z cyklu „na dwoje babka wróżyła” – nie miałam pojęcia, jaki będzie ostateczny efekt, ale tym razem smakowa intuicja mnie nie zawiodła. Zupa jest przepyszna, wszystkie smaki są wyraźnie wyczuwalne, a jednocześnie dobrze ze sobą współgrają. A przy tym jest to jedno z tych dań, które po prostu nie mogą się nie udać. Nie ma takiej opcji 🙂

Składniki (na 3 duże lub 5 mniejszych porcji)

  • pęczek zielonych szparagów
  • ok. 200g sera feta
  • 4 szklanki wody
  • szklanka zmielonych migdałów
  • 2 łyżki posiekanego świeżego estragonu
  • ewentualnie łyżeczka suszonego estragonu (świeży się skończył, a trochę mi brakowało do smaku ;))
  • 2 jajka
  • sól do smaku

Przygotowanie

Banalne 🙂 Ze szparagów odcinamy zdrewniałe końcówki, a resztę kroimy na kilkucentymetrowe kawałki i gotujemy ok. 10 minut w osolonej wodzie. Odcedzamy i przelewamy zimną wodą. Wszystkie składniki (razem z 4 szklankami wody) umieszczamy w sporym garnku i miksujemy blenderem ręcznym na jednolity krem. Można też zmiksować zupę w robocie kuchennym, ale na raz raczej się nie zmieści, więc trzeba to zrobić partiami.

Następnie podgrzewamy zupę na średnim ogniu, często mieszając, aż do zagotowania. Gotujemy ok. minutę i zdejmujemy z ognia. Dekorujemy listkami estragonu lub płatkami migdałowymi. Smacznego 🙂

Zupa curry z łososiem, krewetkami i cukinią

Zwykły wpis

Dzisiaj zapraszam na powiew egzotyki – zupa z zielonym curry, łososiem, krewetkami i pędami bambusa 🙂 Brzmi jak och i ach, prawda? W rzeczywistości jest bardzo prosta i dosyć szybka do zrobienia (od początku do końca zajęła mi odrobinę ponad poł godziny). Składniki można dostać w każdym większym supermarkecie. Może nie na dzisiejszy obiad, z racji tego, że supermarkety nieczynne, ale zróbice ją jutro 😉 Albo na najbliższe przyjęcie rodzinne, żeby trochę zaszpanować 😉

Wiele razy już robiłam curry w różnych konfiguracjach, ale nigdy jeszcze nie łączyłam go z rybą. Trochę się bałam efektu, ale niepotrzebnie – wyszło bardzo fajnie 🙂

Składniki (na 4-5 porcji)

  • 2 puszki (w sumie 800 ml) mleka kokosowego
  • 1 spora cukinia
  • ok. 250 g filetu z łososia (nie wędzonego ;))
  • ok. 15 krewetek – jakiś pośredni rozmiar pomiędzy koktailowymi a królewskimi
  • słoiczek (100 ml) zielonej pasty curry*
  • puszka pędów bambusa (puszka miała wielkość mniej więcej standardowej puszki tuńczyka, zapomniałam sprawdzić, ile dokładnie)
  • opcjonalnie: sól, płatki chili, sok z limonki lub cytryny do smaku
  • opcjonalnie: czubata łyżka mąki i ok. 1/3 szklanki wody do zagęszczenia

*słyszałam, że zielona pasta curry jest bardzo ostra, dlatego na początku podeszłam do niej ostrożnie, ale okazało się, że po zużyciu całego słoiczka zupa wyszła w sam raz. Lubię pikantne potrawy, ale akurat w tym przypadku naprawdę ani trochę nie piecze w paszczę. Myślę, że użycie mniejszej ilości spowodowałoby, że całość byłaby trochę mdła. Może to zależy od konkretnej marki pasty – ja użyłam firmy Thai Heritage

marynata

  • 4 łyżki oliwy z oliwek
  • ok. 2 łyżki soku z limonki lub cytryny
  • szczypta czosnku w proszku
  • szczypta soli
  • szczypta chilli

Przygotowanie

Jeśli używacie mrożonych krewetek, należy je najpierw rozmrozić. Wszystkie składniki marynaty mieszamy i w niewielkiej miseczce zalewamy krewetki marynatą. Zostawiamy na kilka godzin albo na całą noc.

Do średniej wielkości garnka wlewamy mleko kokosowe i pastę curry. Podgrzewamy, mieszając, aż pasta połączy się z mlekiem. Cukinię kroimy w półplasterki (bez obierania). Łososia kroimy w kostkę wielkości mniej więcej 1,5 cm. Kiedy mleko będzie już gorące, wrzucamy cukinię, łososia i krewetki razem z marynatą. Zmniejszamy ogień i gotujemy ok. 20 minut, dosyć cząsto mieszając. Jakieś 5 minut przed końcem gotowania dodajemy odsączone pędy bambusa. Jeśli wydaje Wam się, że zupa wyszła za rzadka, można ją zagęścić. Mąkę rozprowadzamy w ok. 1/3 szkalnki zimnej wody i tak powstałą zawiesinę wlewamy do zupy. Mieszamy i doprowadzamy do zagotowania.

W razie potrzeby doprawiamy do smaku solą, chili i sokiem z limonki lub cytryny. I gotowe 🙂 Smacznego 🙂 Można podawać ze świeżą kolendrą, jeśli lubicie.

Kalafiorowa zupa pesto z białą fasolą

Zwykły wpis

Po wczorajszym deserze dziś mam dla Was przepis na zupę. Znalazłam ją już jakiś czas temu na blogu Post Punk Kitchen i od razu doszłam do wniosku, że muszę koniecznie ją zrobić. Na ogół nie jestem wielbicielką zup, ale ta do mnie przemawiała 🙂 Pełna warzyw, kremowa, sycąca i do tego w wiosennym kolorze na jeden z pierwszych dni z wiosenną pogodą. No i musiałam wreszcie wykorzystać tego kalafiora, który prawie już sam wychodził z lodówki 😉

Trochę zmieniłam oryginalny przepis. Pominęłam dodatkową zieleninę, bo akurat nic odpowiedniego nie miałam. Początkowo miałam ambicję, żeby zrobić własne gnocchi, ale brak czasu zweryfikował plany. Brak gnocchi w sklepie zweryfikował je powtórnie i tym sposobem do zupki dodałam nasze polskie kopytka rodem z osiedlowego sklepiku 😉 Brdzo dobrze się sprawdziły w tej egzotycznej roli 🙂 Sprawdziłam nawet, że są wegańskie (gdyby ktoś szukał, to te moje były firmy Delikates). Poza tym musiałam dodać duuużo więcej przypraw – Amerykanie chyba oprócz wielkiego umiłowania do cukru przejawiają awersję do wszystkich innych przypraw 😉 Z moich dotychczasowych doświadczeń wynika, że ilość cukru podaną w przepisie należy mniej więcej podzielić przez dwa, a ilość innych przypraw pomnożyć przez dwa i wtedy efekt końcowy wychodzi w sam raz 🙂

Składniki (na 3-4 porcje)

  • 1 mały kalafior
  • 4 szklanki bulionu warzywnego (u mnie z kostki)
  • szklanka dosyć ciasno ubitych liści bazylii (około półtora przyzwoitego krzaczka)
  • 3 ząbki czosnku
  • 1-2 łyżki oleju
  • ok. łyżki suszonego tymianku
  • 3-4 spore szczypty soli (zależy od tego, jak słony jest bulion, najlepiej dodawać po trochu do smaku)
  • duuuużo pieprzu (myślę, że w sumie dałam ok. łyzki stołowej, ale ciężko mi zmierzyć, bo mam pieprz w młynku)
  • sok z połowy cytryny
  • czubata łyżka mąki ziemniaczanej + około pół szklanki zimnej wody
  • puszka (400g) białej fasoli
  • gnocchi, kopytka lub inne kluchy 🙂

Przygotowanie

Czosnek przeciskamy przez praskę i smażymy na oleju kilka minut, często mieszając, żeby się nie przypalił. Bulion doprowadzamy do wrzenia, wrzucamy podzielonego na różyczki kalafiora, usmażony czosnek, sok z cytryny i przyprawy (oprócz świeżej bazylii), zmniejszamy ogień i gotujemy ok. 20 minut. Zdejmujemy z ognia, wkładamy liście bazylii i ręcznym blenderem (tzw. żyrafą) miksujemy wyszstko do uzyskania kremowej konsystencji. Mąkę ziemniaczaną rozprowadzamy w zimnej wodzie tak, aby nie było grudek i dolewamy do zupy, cały czas miksując. Próbujemy i ewentualnie doprawiamy do smaku. Wstawiamy ponownie na nieduży ogień, dodajemy odcedzoną fasolę. Jeżeli Wasze kluski są zimne, to też należy je teraz dodać. Podgrzewamy przez kilka minut, aż wszystkie składniki będą ciepłe. Dekorujemy listkami bazylii i podajemy.

Kremowy barszcz z pieczonych buraków

Zwykły wpis

Kolejna propozycja z serii „kiepskie zdjęcie, pyszne jedzenie” 😉 Stanowczo za wcześnie robi się ciemno…

Dziś proponuję Wam lekko alternatywne podejście do barszczu czerwonego. Kremowa zawiesista zupa, której głównymi składnikami są buraki (co widać) oraz (czego już nie widać) fasola i pieczony czosnek. Zupa ma piękny kolor, wyrazisty smak i myślę, że może konkurować z tradycyjnym wydaniem barszczu. U mnie w domu co prawda nie ma tradycji jedznenia barszczu na Wigilię, ale wiem, że w niektórych rodzinach jest, więc dodaję przepis do akcji Wegańskie Święta. (dygresja: w mojej rodzinie barszcz czerwony jadło się na śniadanie wielkanocne, co większość ludzi uznaje za dziwactwo ;))

Składniki (na 3-4 porcje)

  • 4 średnie buraki
  • mała główka czosnku
  • sok z jednej cytryny
  • ok. 2/3 łyżki soli
  • ok. 3 szklanki wody
  • 2 puszki białej fasoli
  • łyżka octu winnego
  • pieprz do smaku

Przygotowanie

Najpierw należy upiec buraki i czosnek. Można to spokojnie zrobić dzień wcześniej. Buraki myjemy i zawijamy w folię aluminiową. Z główki czosnku odcinamy kawałek od strony korzonków. Miejsce odcięcia smarujemy oliwą. Całość również zawijamy w folię. Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni. Buraki pieczemy ok. godziny natomiast czosnek ok. 30 minut. Można oczywiście piec wszystko razem, byle tylko nie spalić czosnku na węgielek. Ilustrowaną instrukcję pieczenia czosnku znajdziecie tutaj.

Po przestygnięciu buraki kroimy w kostkę, natomiast ząbki czosnku wyjmujemy z łupinek (będą bardzo miękkie i powinno się to dać zrobić bez problemu). Fasolę odsączamy z zalewy. W garnku podgrzewamy wodę, dodajemy wszystkie składniki i miksujemy ręcznym mikserem (tzw. żyrafą) do uzyskania kremowej konsystencji. Jeśli nie przepadacie za czosnkiem, można go dodawać stopniowo do smaku, ja wrzuciłam wszystko od razu i było w porządku, ale ja lubię czosnek 🙂 Po zmiksowaniu zagotowujemy wszystko razem. Ewentualnie doprawiamy do smaku.

Gotowe 🙂 Można jeść solo, z pieczywem, groszkiem ptysiowym albo uszkami (wersja wigilijna :)). Dobrze smakuje z drobno posiekanym koperkiem albo „śmietaną” z nerkowców. Garść orzechów nerkowca, parę łyżek wody i szczyptę soli miksujemy i odstawiamy na parę minut, aby śmietana zgęstniała. Łyżeczkę mikstury wrzucamy do miseczki z zupą i delikatnie mieszamy, aby uzyskać artystyczny zawijas jak na zdjęciu powyżej 😉