Tag Archives: mleko kokosowe

Ciasteczka owsiane

Zwykły wpis

Zrobiłam dziś domowe ciasteczka owsiane 🙂 Wyszły bardzo smaczne, pełne rodzynek i pestek. Nadają się na deser, słodką przekąskę albo nawet na śniadanie. Inspirowałam się przepisem z bloga Smak Imprezy. Moje ciasteczka są miękkie, jeśli wolicie bardziej chrupiące, trzeba piec je pewnie jakieś 10 minut dłużej.

Składmiki (na ok. 20 dużych ciastek)

  • 3 i 2/3 szklanki płatków owsianych
  • Puszka (400 ml) pełnotłustego mleka kokosowego
  • pół szklanki mleka sojowego (albo innego, wedle uznania)
  • 1/3 szklanki nasion chia lub siemienia lnianego
  • 1 szklanka mąki (użyłam orkiszowej razowej)
  • 2/3 szklanki rodzynek
  • 1/3 szklanki pestek słonecznika
  • pół szklanki pestek dyni
  • dwie duże szczypty soli
  • 2 łyżki miodu lub innego słodu
  • 2 łyżki przyprawy do piernika (lub mieszanki mielonego cynamonu, imbiru, kardamonu i goździków)

Przygotowanie

Mleko kokosowe i sojowe podgrzewamy w garnku (nie musi się zagotować, ale powinno być gorące. Dodajemy płatki i nasiona chia lub siemię lniane. Zostawiamy na jakieś 30 minut, aby płatki dobrze nasiąkły. Dodajemy pozostałe składniki i dokładnie mieszamy. Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni. Z masy formujemy spore kulki (jak na małe kotlecii) i układamy je na blasze przykrytej pergaminem lub matą silikonową> Rozpłaszczamy lekko dłonią i pieczemy przez 35-40 minut.

Smacznego

Reklamy

Jamajskie tofu z ryżem kokosowym (i co zrobić, żeby tofu miało smak ;-))

Zwykły wpis

Przedstawiam Wam mój wielce egzotyczny obiad 😉 Który wcale nie jest tak skomplikowany, jak brzmi i być może wygląda. Inspiracją był, jak to się często u mnie zdarza, przepis z bloga Oh She Glows. Ja dodatkowo marynowałam tofu w „jamajskiej” marynacie. Jamajskiej dlatego, że oparłam ją na kilku przepisach zatytułowanych Jamaican Jerk Chicken/Tofu 🙂 Efekt końcowy całkiem fajny – lekki obiad pachnący trochę żarem tropików. Do tego słodko-słone połączenia, które lubię.

Wiele osób uważa, że tofu nie ma smaku, co jest wierutnym kłamstwem 😉 Tofu ma smak i samo w sobie świetnie się nadaje na kanapkę! Ale wiele osób narzeka też, że nawet po długim marynowaniu tofu nadal nie ma smaku, tzn. nadal smakuje jak tofu, bo nie wchłania marynaty. Jest na to sposób, o którym czytałam już jakiś czas temu, a przy okazji szykowania tego dania wypróbowałam i zadziałał w 100%.

Jeżeli chcemy marynować tofu, żeby nadać mu inny smak, należy po pierwsze wybrać raczej miękkie tofu. Z tych dostępnych w mojej okolicy dobrze się sprawdza Polsoja, natomiast np. Provita do tego celu średnio się nadaje, bo ich tofu jest bardzo twarde. Przed użyciem tofu należy zamrozić co najmniej na 24 godziny. Ja po prostu wrzucam je do zamrażarki w opakowaniu. Po zamrożeniu tofu ma inny kolor (staje się beżowe, a podobno bywa nawet ciemnobrązowe), więc nie należy się tym stresować. Następnie tofu rozmrażamy i zauważamy, że zmieniła się też jego faktura. Po rozmrożeniu tofu robi się gąbczaste i na tym właśnie polega trick – ta gąbka wciągnie marynatę. Ale najpierw trzeba z niej wycisnąć wodę. W tym celu gładziemy kostki tofu na desce do krojenia, przykrywamy drugą deską, a na wierzchu kładziemy, co mamy w domu ciężkiego – zgrzewkę wody mineralnej, 5 kartonów soku itp 😉 Pozostawiamy co najmniej na 20-30 minut, a może być nawet na kilka godzin.

Po odciśnięciu kostki tofu powinny być zdecydowanie cieńsze i twardsze. Teraz można je już marynować wedle uznania, potem piec lub smażyć i nie narzekać, że nie ma smaku 🙂

Składniki (na 2-3 porcje)

  • 2 kostki tofu (po 180 g)
  • olej do smażenia

marynata

  • sok z 2 limonek (ok. 1/8 szklanki)
  • łyżka miodu lub syropu z agawy
  • 2-3 łyżki sosu sojowego
  • 2 małe ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę
  • pół łyżeczki imbiru w proszku (lub trochę więcej)

ryż

  • 2 torebki brązowego ryżu
  • puszka (400 ml) mleka kokosowego
  • pół szklanki wody
  • duża szczypta soli (ok. pół łyżeczki)
  • ok. łyżeczki gałki muszkatałowej
  • garść wiórków kokosowych

salsa z ananasa

  • puszka ananasa w kawałkach (oczywiście może być świeży)
  • 2 papryki (u mnie żółta i pomarańczowa, ale kolor nie ma znaczenia)
  • jedna papryczka chili lub kilka platerków marynowanego chili
  • 1 szalotka lub pół małej cebuli
  • pół łyżeczki imbiru w proszku
  • garść posiekanej świeżej kolendry lub łyżeczka pasty z kolendry
  • szczypta kminku

Wszystkie składniki marynaty mieszamy. Tofu mrozimy, rozmrażamy i odciskamy zgodnie z instrukcją powyżej. Następnie każdą kostkę przekrajamy wzdłuż na pół. Plastry tofu umieszczamy w płaskim naczyniu, zalewamy marynatą i zostawiamy na kilka godzin albo na noc. Można od czasu doc zasu potrząsnąć naczyniem (albo odwrócić, jeśli jest taka możliwość), żeby marynata dotarła do tofu zewszystkich stron.

Mleko kokosowe mieszamy z gałką muszkatałową, wodą i solą. Wsypujemy ryż (rozrywamy torebki) i doprowadzamy mleko do wrzenia. Następnie zmniejszamy grzanie, przykrywamy garnek i na wolnym ogniu gotujemy ok. 25 minut. Pod koniec dodajemy wiórki kokosowe. Zdejmujemy z ognia i zostawiamy pod przykryciem jeszcze na jakieś 5 minut.

Aby przygotować salsę, wszystkie składniki, z wyjątkiem ananasa, wrzucamy do blendera i „pulsujemy” przez chwilę, aż warzywa będą drobno posiekane. Dodajemy ananasa i mieszamy. Salsę można zrobić kilka godzin wcześniej, albo nawet poprzedniego dnia, bo lepiej smakuje, kiedy wszystko się „przegryzie”.

Na patelni rozgrzewamy odrobinę oliwy. Tofu wyjmujemy z marynaty i każdy plaster przekrajamy na pół, a następnie jeszcze raz na pół na trójkąciki. Smażymy z obu stron na złoty kolor. Nakładamy do miseczek i gotowe. Smacznego 🙂

PS. Pałeczki są dla picu 😉 Kompletnie nie umiem się nimi posługiwać i za każdym razem kiedy idę na sushi, zastanawiam się, czy wyrzucą mnie z lokalu za karygodne zachowanie przy stole 😉

Strumień świadomości i zupa z pieczonych pomidorów

Zwykły wpis

(źródło)

Uwaga, dłuuuugi post, przepis jest kilometr niżej 😉

Wielkimi krokami zbiżam się do trzydziestki. W zasadzie to jestem już na ostatnim odcinku ostatniej prostej 😉 bo zostały mi równo trzy tygodnie. W związku z tym naszło mnie na podsumowania i przemyślenia i powiedzmy, że efekt tych podsumowań mnie nie zachwycił. Mam wrażenie, że o w ostatnim czasie trochę życiowo kręciłam się w kółko. Niby coś tam robiłam, ale tak naprawdę nic konkretnego – tu trochę, tam trochę, nigdzie na sto procent…

Ostatnio kręcenie się w kółko osiągnęło apogeum w tematach zdrowotno-fitnessowo-dietetycznych. Za dużo się naczytałam, zbyt wielu rzeczy chciałam spróbować, a że część z tych rzeczy wzajemnie sie wykluczała, przez sporą część czasu żyłam w poczuciu, że cokolwiek zrobię, to będzie źle, bo np. według diety Paleo ziarna są szkodliwe, więc jeśli zjem owsiankę na śniadanie, to szkodzę swojemu zdrowiu i figurze. Z drugiej strony logika wskazuje, że jedzenie na śniadanie pięciu jajek z bekonem jest średnio zdrowe. Powinnam jeść dużo białka, bo ćwiczę, powinnam ograniczać węglowodany, ale mam ochotę na chleb i co teraz? Odmawianie sobie tego co lubię, bo dieta taka czy inna tego „zabrania”, spowodowało, że kilka razy „pękłam” i wciągnęłam to co lubię (chleb, płatki z mlekiem, czekoladę, jogurt) w ilościach zdecydowanie przekraczających normę. Naprawdę zdecydowanie, bo chyba pod to można podciągnąć zjedzenie za jednym posiedzeniem pół blachy ciasta?

Nie muszę chyba nawet mówić, jak się czułam po konsumpcji wspomnianego ciasta, tudzież miski chispów z salsą tudzież wiaderka jogurtu? Nie dość, że miałam wrażenie, że ciasto zaraz wyjdzie mi uszami, to oczywiście świadomość, że właśnie wchłonęłam w parę minut zalecaną dzienną dawkę kalorii (a oprócz tego drugą dzienną dawkę w postaci normalnych posiłków) nie pomagała. Nie muszę też chyba pisać, że konsumpcja hurtowych ilości niekoniecznie zdrowych rzeczy nie pozostała bez wpływu na moją wagę, wygląd i fizyczne samopoczucie?

Otóż nie 😛 Ciacho się ze mnie nie zrobiło, raczej powoli zmierzałam w stronę budyniu 😛 W dodatku sfrustrowanego budyniu, co już samo w sobie brzmi lekko  niedorzecznie. Na mojej drodze w stronę niezadowolonego z życia budyniu trafiłam m.in. na bloga Oatmeal after Spinning. Bardzo Wam go polecam – jest ciekawy, pisany z humorem i sporo tam fajnych przepisów, ale mnie dały do myślenia te dwa posty.

W skrócie chodzi o to, że w znakomitej większości przypadków sami decydujemy o tym co jemy, a czego nie. Pomijając sytuacje w rodzaju ścisłej diety z powodu choroby albo małych dzieci, o których diecie do pewnego momentu decydują rodzice, nikt przecież nie zmusza nas do jedzenia tego, co z takich czy innych powodów na nie pasuje. Powody mogą być różne – może po prostu czegoś nie lubię, może nie jem tego z przyczyn etycznych czy religijnych, a może decyduję się odpuścić ciasto, bo wiem, że w danym momencie moim celem jest zrzucenie paru kilo a te 3 minuty przyjemności mnie od tego celu oddalą. I nie chodzi o to, żeby zawsze decyzja była „na nie”, ale żeby mieć świadomość tego, że chociaż może nie zawsze jest to łatwe i przyjemne, to w 99% przypadków mamy wybór odnośnie tego, czy coś zjemy, czy nie i bez sensu jest rozgrzeszanie się po fakcie, że „inaczej się nie dało”.

Drugi post jest pochwałą prostoty i naprawdę trafił mnie prosto w serce 😉 zwłaszcza że nie był to pierwszy tego typu przekaz, który otrzymałam. Lubię gotować, jeszcze bardziej lubię dobrze zjeść. Lubię sprawdzać nietypowe połączenia smaków i dziwne składniki, ALE powoli dochodzę do tego, że często przekombinowuję. Kiedyś dawno podesłałam linka do bloga mojej mamie, żeby mogła sobie obejrzeć, co ja właściwie jem na diecie wegańskiej. Napisałam jej też, że może skorzystać z tych przepisów i przygotować coś, kiedy będę ich odwiedzać, bo zawsze zgłaszała problem z obiadem dla mnie. Reakcja mamy była mniej więcej taka: „Dziecko, ja nawet nie wiem co to jest quinoa, nie mam w domu syropu z agawy, nie mam pojęcia, gdzie można kupić słodkie ziemniaki…” itp. Wtedy pomyślałam, że to mama wydziwia. Jakiś czas później, kiedy napisałam o tym, że znów będe jeść mięso, w komentarzach odezwała się moja znajoma, od której zaczęła się moja przygoda z wegetarianizmem i napisała m. in., że według niej moja dieta była aż za bardzo urozmaicona, bo jej rodzina (wegetariańsko-wegańska) używa dużo prostszych składników. I coś w tym chyba jest. Mam w domu mnóstwo przedziwnych rzeczy, typu nasiona chia, grzyby shitake, mąka z kasztanów itp. cuda. Czasem kupuję je w ramach impulsu, czasem dlatego, że znalazłam jakiś ciekawy przepis z tymi składnikami. Tylko że on z reguły wymaga innych dziwnych składników, które zwykle kosztują masę pieniędzy a potem zalegają w kuchni, będąc przyczyną frustracji i pożywką dla moli. To już lepiej niech te mole żrą zwykłą mąkę – będzie taniej 😛 (tak naprawdę nie hoduję moli 😉 kiedyś jakoś się zalęgły, ale szczęśliwie udało się ich pozbyć).

No i jest jeszcze jedna kwestia. Mięso. Kiedyś nie jadłam, potem zaczęłam jeść, potem znów nie jadłam. Ostatnimi czasy jadłam masowo (dieta Paleo, patrz wyżej :P). Ale cały czas miałam w tyle (albo i w przodzie ;)) głowy, że to są zabite zwierzęta. Ich mięśnie, wątroba, żołądek… Któregoś razu wędzony łosoś rósł mi w gardle, ale „dałam radę” i zjadłam. Ostatnio rozmawiałam z mężem na temat moich zastrzeżeń co do jedzenia mięsa. Dyskutowaliśmy też o przemyśle mlecznym i o tym, że ciężko dostać w sensownej cenie ekologiczne mleko, ser itp. Po tym, jak się wywnętrzyłam, małżonek (facet i do tego umysł ścisły ;)) podsumował w 10 sekund: no to wychodzi, że powinnaś być weganką albo ewentualnie czasem jeść jajka zerówki. Ja na to: no tak… A on: no to tak zrób. Hmmm… no w sumie czemu nie 😀 Najprostsze rozwiązania są czasem najlepsze.

W efekcie przemyśleń niezbyt zwięźle streszczonych powyżej postanowiłam zmienić kilka rzeczy – w życiu, a co za tym idzie, również na blogu. Będę się starała jeść wegetariańsko i takie też przepisy będą tutaj lądować. Raczej bez mleka i jajek, ale mogą się zdarzyć wyjątki. Poza tym moje przepisy będą prostsze. Nie będzie raczej wymyślnych składników z drugiego końca świata, a jeśli się pojawią (choćby te, które mam jeszcze w domu i muszę zużyć), to postaram się podać łatwiej dostępne odpowiedniki. Spróbuję też jeść bardziej sezonowo, chociaż nie wiem, jak to wyjdzie, bo wydaje mi się, że w zimie w naszym klimacie jest sezon na kartofle i kapustę i niewiele poza tym 😉 Ale może mi się tylko wydaje, poza tym są jeszcze przetwory – może lepiej zjeść sos pomidorowy niż świeżego pomidora w lutym, który nie dośc, że smakuje jak tektura, to ma w sobie całą tablicę Mendelejewa. Oczywiście nie zrezygnuję tak całkiem z ogólnie dostępnych egzotycznych składników typu banany, cytrusy czy wiórki kokosowe. Bez przesady w żadną stronę – to chyba powinno być moje motto 🙂

Myślę, że oprócz przepisów będą się też pojawiać posty na inne tematy – życiowe, sportowe, co mi tam jeszcze się będzie kłębiło pod czaszką 🙂 Ale przepisów na pewno nie zabraknie.

Postanowiłam też przeprosić się z jogą. Kiedyś trenowałam astanga jogę mniej więcej 4 razy w tygodniu. Bardzo dużo mi to dawało, fizycznie i emocjonalnie. Potem pojechałam na wakacje, w międzyczasie „moja” szkoła została zamknięta i temat jogi jakoś się rozmył. Kiedyś kupiłam nawet nową matę, bo stara była już bardzo sfatygowana, ale na kupieniu się skończyło. Potem zdałam sobie sprawę, że pewnie po tak długiej przerwie straciłam dużą część rozciągnięcia i siły, które wypracowałam i przez to było mi głupio iść na zajęcia. Bałam się, że będę się czuła jak ofiara losu i wszyscy będą „lepsi” ode mnie, a tego nie lubię. Po miesiącach wymówek wzięłam wreszcie matę pod pachę i poszłam. Straciłam dużo z elastyczności, którą miałam kiedyś. W wiekszości po prostu przez brak teningu, może częściowo dlatego, że trochę przytyłam, może przez dietę. Nieważne. Ważne, że na jodze było tak fajnie jak kiedyś. Nikt nie patrzył na mnie krzywo, bo nie umiałam wyprostować nogi nad barkiem 😉 Wszyscy byli zajęci kombinowaniem, jak zapleść prawą rękę z lewą nogą tak, żeby niczego sobie nie urwać i być potem w stanie powrócić do pierwotnej konfiguracji 😉

(źródło)

To była naprawdę dobra praktyka 🙂 Znów lubię moją matę i nawet wybieram się na jogowy wyjazd. Kiedy dojdzie do skutku, na pewno się pochwalę 🙂

Ufff, bardzo dziękuję za cierpliwość tym, którzy dotarli aż tutaj. Będzie ngroda 🙂 Zupa pomidorowa 🙂

Przepis zaczerpnięty z bloga Oh She Glows. Zupa jest fantastyczna – ma super kremową konsystencję, a dzięki pieczeniu pomidory mają jakiś taki bogatszy smak.  Robiłam tę zupę już dwa razy. Za pierwszym razem pominęłam garam masalę, bo zupa była dla gości o raczej tradycyjnych upodobaniach kulinarnych. Za drugim dodałam jej sporo.Obie wersje wyszły super 🙂 Spróbujcie, w końcu sezon na pomidory nadal w pełni. Osobiście w ogóle nie czułam posmaku mleczka kokosowego, więc raczej nie należy się przejmować tym cokolwiek dziwnym poczłączeniem. Nikt z gości, którzy próbowali, też się nie zorientował, w czym rzecz. Zupa naprawdę smakuje, jakby była na bazie gęstej śmietany.

Składniki

  • 10 średnich pomidorów
  • 1 spora cebula
  • 1 główka czosnku
  • puszka (400 ml) mleka kokosowego (może być light, ja użyłam normalnego, bo takie akurat miałam)
  • 2 szklanki bulionu warzywnego lub 2 szklanki wody i 2 kostki bulionowe
  • 2 spore szczypty garam masali (opcjonalnie)
  • sól i pieprz so smaku (dałam sporo pieprzu i bardzo mi smakowało, ale miałam potem reklamacje, że trochę za pikantna ;))
  • olej lub oliwa z oliwek do pieczenia

Przygotowanie

Blachę do pieczenia wykładamy pergaminem lub folią aluminiową. Pomidory przekrajamy na połówki i układamy na blasze, skórką do dołu, Smarujemy po wierzchu oliwą i posypujemy troszkę solą i pieprzem.


Cebulę obieramy, kroimy w plasterki i umieszczamy w natłuszczonym naczyniu żaroodpornym. Z główki czosnku odcinamy któryś koniec. Chyba lepiej od strony korzenia, bo jak widać na załączonym obrazku, kawałek łodygi nie chciał się odciąć 😉

Miejsce odcięcia smarujemy oliwą i całą główkę zawijamy w folię aluminiową. Nagrzewamy piekarnik do 170 stopni i wrzucamy wszystko do środka. Cebulę wyjmujemy po ok. 30 minutach. Powinna być lekko zrumieniona, ale nie spalona. Czosnek wyjmujemy po ok. godzinie, a pomidory pieczemy przez ok. pół torej godziny.

W średnim garnku podgrzewamy bulion lub wodę z kostkami rosołowymi. Wrzucamy pomidory i cebulę. Czosnek powinien mieć konsystencję miękkiej masy, którą wyciskamy z łupinki. Dodajemy mleko kokosowe. Gotujemy przez kilka minut na średnim ogniu, po czym miksujemy. Można zmiksować zupełnie na krem (ja tak zrobiłam) albo zostawić trochę farfocli, jeśli lubicie, żeby w zupie coś pływało. Doprawiamy do smaku solą, pieprzem i ew. garam masalą.

W wersji „klasycznej” podawałam tę zupę jak na polską pomidorówkę przystało – z ryżem lub makaronem. Można też serwować z grzankami, groszkiem ptysiowym albo bez niczego. Smacznego 🙂

Zupa z pieczonej papryki z indykiem i zielonym groszkiem

Zwykły wpis

Ta zupa jest udanym efektem starań w kierunku ograniczenia marnowania jedzenia. Jakoś zawsze tak się składa, że kiedy wybieram się do sklepu, w wózku ląduje między 3 a 7 razy więcej rzeczy niż naprawdę potrzebujemy. Bo a to promocja, a to pójdę na zakupy głodna, a to przypomni mi się fajny przepis a użyciem jakiegoś składnika, ale zanim dojdę do kasy, przepis już wylatuje mi z głowy, a składnik leży i czeka na zbawienie i nierzadko się nie doczeka 😛 Nie wszystko daje się zamrozić i w rezultacie część kupionych produktów ląduje w koszu, bo zdecydowanie minęła im data przydatności do spożycia (czasami ta wydrukowana na opakowaniu, a czasami ta, którą podpowiada zdrowy rozsądek i instynkt samozachowawczy ;)), zanim zdążyłam się nimi zająć.

Staram się coś z tym zrobić, bo abstrahując już od aspektów etycznych, ekologicznych, głodu na świecie itp. moje niedostosowanie ilości zakupów do naszych mocy przerobowych odbija się najzwyczajniej w świecie na naszych rachunkach. W związku z tym, kiedy znalazłam dziś przy myciu lodówki zapomniane papryki i kawałek cukinii w stanie agonalnym, postanowiłam wykombinować przepis, w którym da się wykorzystać warzywa zdecydowanie drugiej świeżości (choć oczywiście nie zepsute!). No i właśnie w ten sposób narodziła się poniższa zupa – pikantna, kremowa, z delikatną słodyczą pieczonej papryki i mleczka kokosowego. Naprawdę dobra, a warzywa uratowane 🙂

Składniki (na 4-5 porcji)

  • 2 papryki
  • 2/3 większej lub cała mniejsza cukinia
  • 2/3 średniej cebuli
  • 3 duże ząbki czosnku
  • ok. łyżki oliwy z oliwek
  • 3 szklanki wody + 2 kostki bulionu warzywnego (albo 3 szklanki bulionu albo rosołu)
  • mała puszka mleczka kokosowego (160 ml)
  • 1 jajko
  • sól i chili do smaku
  • 2 garście zielonego groszku (użyłam prożonego, bez rozmrażania)
  • ok. 250-300 g piersi z indyka

marynata do mięsa

  • 1-2 łyżki oliwy
  • łyżeczka miodu
  • 2 szczypty soli
  • szczypta słodkiej papryki
  • szczypta chili
  • szczypta czosnku w proszku

Przygotowanie

Składniki marynaty mieszamy. Mięso kroimy w niedużą kostkę, zalewamy marynatą, mieszamy i wstawiamy do lodówki na kilka godzin. W międzyczasie pieczemy warzywa – kroimy je na kawałki (nie ma potrzeby się wysilać, żeby była drobna kosteczka albo równe paski – i tak wszystko się później zmiksuje 😉 wystarczy każdą paprykę przekroić powiedzmy na 6-8 części, cukinię i cebulę mniej więcej w plasterki a każdy ząbek czosnku podzielić na kilka kawałków) Układamy warzywa w naczyniu żaroodpornym, polewamy oliwą, mieszamy i pieczemy przez 40 minut w 180 stopniach.

W średniej wielkości garnku podgrzewamy bulion (lub wodę z kostką bulionową). Kiedy zacznie się gotować, wrzucamy mięso, zmniejszamy ogień i gotujemy jakieś 20 minut. Następnie wyjmujemy mięso i odkładamy na bok. Do garnka z bulionem wlewamy mleczko kokosowe, wrzucamy warzywa i miksujemy ręcznym blenderem na jednolity krem. Doprawiamy do smaku solą i chili. Następnie dodajemy rozbełtane jajko i miksujemy szybko na wysokich obrotach. Dorzucamy mięso (po wyjęciu z bulionu można je ewentualnie pokroić na mniejsze kawałki) i groszek i gotujemy jeszcze ok. 5 minut.

Smacznego 🙂

W bonusie zdjęcie związane z zupą tylko w ten sposób, że powstało, kiedy zupa się gotowała. Ale podoba mi się – wina wina dajcie 🙂

Kalafiorowe „risotto” z kurczakiem

Zwykły wpis

Risotto w cudzysłowiu, bo wbrew nazwie nie zawiera głównego składnika, czyli ryżu. W tej roli występuje „ryż kalafiorowy”, czyli kalafior zmielony w blenderze na konsystenję przypominającą ryż czy kaszę. Taki pomysł często pojawia się na blogach witariańskich. Jakoś do tej pory nie mogłam się zebrać, żeby go wypróbować, a szkoda, bo efekt smakowy jest naprawdę ciekawy, chociaż u mnie „ryż” jest gotowany.

Całość jest naprawdę fajna – bardzo sycące kremowe danie. Nie do końca smakuje jak risotto (z tego co pamiętam, bo prawdziwe risotto jadłam chyba ze dwa razy, w tym ostatnio kilka lat temu), ale naprawdę jest warte wypróbowania. Wegetarianie i weganie mogą po prostu ominąć kurczaka i ser (albo zamiast sera dodać płatków drożdżowych) – wtedy „risotto” będzie wegańskie 🙂 Pomysł na przepis zaczerpnęłam stąd.

Składniki (na 4-5 porcji)

  • 1 średni kalafior
  • 1 spora cebula
  • 4-5 ząbków czosnku
  • 0,4 kg pieczarek
  • 2 puszki (po 400 ml) mleczka kokosowego
  • ok. 250 g filetu z piersi kurczaka
  • ok 100 g wyrazistego w smaku sera (u mnie cheddar, mógłby też być parmezan)
  • Przyprawy do smaku (nie żałujemy ;)) sól, pieprz, gałka muszkatałowa, tymianek
  • ok. łyżki masła lub oleju do smażenia

Przygotowanie

Kalafiora dzielimy na różyczki i mielimy w blenderze do uzyskania granulek przypominjących ryż. Cebulę drobno siekamy (można również zmielić w blenderze), czosnek przeciskamy przez praskę. Pieczarki obieramy i kroimy w plasterki, ser trzemy na drobnej tarce.

Na patelni rozgrzewamy olej, wrzucamy cebulę i czosnek i smażymy na średnim ogniu. Kiedy cebula zmięknie, dodajemy kurczaka i smażymy jakieś 5 minut, mieszając od czasu do czasu. Następnie dodajemy pokrojone pieczarki i smażymy kolejnych kilka minut. Dodajemy mleko kokosowe i przyprawy, a potem zmielonego kalafiora. Całość dusimy, aż kalafior trochę zmięknie. U mnie zajęło to jakieś 10 minut. Na koniec dodajemy ser i mieszamy, aż się stopi i połączy z pozostałymi składnikami.

Gotowe. Przed podaniem można przybrać świeżą pietruszką lub szczypiorkiem. Smacznego 🙂