Tag Archives: paleo

W końcu przepis – kokosowe muffinki dyniowe

Zwykły wpis

IMGP9151

Zgodnie z obietnicą, wreszcie pojawia się przepis 🙂 Na słodko oczywiście, bo na moje nieszczęście jestem słodyczożercą, z czym staram się walczyć, ale raczej nieskutecznie 😉 Sezon na dynię dobiega już zdecydowanie końca, ale udało mi się jeszcze złapać dwa spore kawałki, które po odsiedzeniu stosownego czasu w lodówce doczekały się wreszcie swoich 5 minut 🙂 Dzisiaj mam dla Was muffinki – bezglutenowe i bezmleczne, niestety nie wegańskie, bo zawierają jajka, ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Jeśli ktoś spróbuje upiec je, używając zamiennika jejak, np. siemienia lnianego, dajcie znać, jak wyszło, ale obawiam się, że akurat w tym przypadku może się nie udać, bo muffinki zamiast zwykłej mąki zawierają znacznie grubszą „mąkę” kokosową, więc siła spulchniająca jajek chyba się tutaj przydaje.

Odnośnie diety bezglutenowej, myślę, że wkrótce popełnię post na ten temat, bo ostatnio sporo o tym czytam, i dowiaduję się ciekawych rzeczy, ale ponieważ nie mam dzisiaj czasu na pisanie wielkiej epistoły, przejdźmy do meritum, czyli muffinek 🙂

Inspiracją dla nich był ten przepis. W oryginale przewidziana jest mąka migdałowa. U nas nie widziałam takiego czegoś w sprzedaży, więc czasem używam do pieczenia różnych rzeczy zmielonych migdałów lub orzechów (kupuję już zmielone, szczególnie przed świętami można łatwo znaleźć migdały/orzechy tarte, a w niektórych sklepach, np. w Piotrze i Pawle, są w ciągłej sprzedaży). Tym razem jednak nie miałam ich w domu, sklep był już zamknięty, a z resztą i tak nie chciało mi się wychodzić, a tu rodzice zapowiedzieli się na obiad, więc musiałam zacząć od rzeczy najważniejszej, czyli deseru 😉 Przypomniało mi się, że wiele bezglutenowych przepisów na ciasta, babeczki itp. wykorzystuje mąkę kokosową, która to jest u nas do kupienia, aczkolwiek cena przyprawiła o zawał nawet mnie, a ja czasem potrafię sporo zainwestować w ciekawostki kulinarne. No i oczywiście mąki kokosowej w cenie 50 zł za kilogram też nie miałam w domu 😉 Miałam za to wiórki kokosowe, więc wykazałam się kreatywnością i pomyślałam, że skoro często pojawia się w przepisach mąka owsiana zrobiona z płatków zmielonych w blenderze, to czemu nie mąka kokosowa ze zmielonych wiórków? Jak pomyślałam, tak też zrobiłam, a efekt końcowy jest fajny 🙂 Babeczki są wilgotne i dosyć ciężkie, takie jak lubię – jakoś nigdy nie przepadałam za pieczywem typu „pieczone powietrze” 😉 Razowiec jest u mnie zdecydowanie ponad bagietką, a ciężkie od bakalii ciastka owsiane biją na głowę leciutkie bułeczki 😉

IMGP9145A zatem przepis

Składniki (na 10 średnich muffinek)

  • 2 szklanki wiórków kokosowych, im drobniejszych, tym lepiej
  • 3 duże jajka
  • 1 szklanka puree z dyni (ja po prostu pieczoną dynię zmiksowałam mniej więcej z 3 łyżkami wody)
  • szczypta soli
  • łyżeczka cynamonu
  • szczypta gałki muszkatałowej (opcjonalnie)
  • czubata łyżeczka proszku do pieczenia
  • 2-3 łyżki miodu (u mnie 2 czubate, ale miód był gęsty, więc łatwo dało się nabrać „z czubem”)
  • 2 łyżki masła orzechowego (użyłam migdałowego)
  • opcjonalnie garść rodzynek, orzechów (najlepiej chyba włoskich), pestek dyni (u mnie) albo kawałków czekolady

Przygotowanie

Najpierw z wiórków kokosowych robimy makę. Wsypujemy je do blendera i miksujemy na wysokich obrotach około 2 minuty. Nie będzie to mąka sensu stricte, ale wiórki powinny być rozgrobnione na proszek i zaczynać się troszeczkę sklejać. Jeśli macie w domu mielone siemię lniane, to jest mniej więcej ta konsystencja. Do mąki kokosowej dodajemy cynamon, gałkę muszkatałową, sól i proszek do pieczenia i mieszamy. Osobno miksujemy jajka, dynię, miód i masło orzechowe. Następnie mokre składniki wlewamy do suchych i mieszamy do połączenia. Dodajemy orzechy, pestki itp. Przekładamy masę do foremek, które można wypełnić prawie do końca, bo babeczki urosną tylko trochę. Pieczemy 25 minut w 175 stopniach.

Smacznego 🙂

IMGP9158

IMGP9141

Odbiła mi palma… kokosowa – czyli kolejna edycja domowej produkcji maseł wszelakich ;-)

Zwykły wpis

Po domowym maśle migdałowym, które niestety jakieś złośliwe krasnoludki ukradły już z lodówki i dziś rano zastałam pusty słoik ;), przyszła kolej na wypróbowanie masła kokosowego. Przyznaję, że w Polsce nigdy go nie widziałam w sprzedaży, natomiast czytałam o nim na blogach anglojęzycznych i miałam ochotę spróbować. Oczywiście w trakcie robienia bez próbowania się nie obeszło 😉 I mogę powiedzieć, że jest smaczne – lekko słodkie bez potrzeby dosładzania, delikatne, generalnie dostarcza pozytywnych wrażeń 🙂 Ja chyba pozostanę jednak wierna masłom orzechowym, bo choć kokosa lubię, to do orzechów się nie umywa. Ale jeśli lubicie np. Rafaello czy inne Bounty, to koniecznie spróbujcie – będziecie mieli słoik Rafaello w lodówce 🙂

Ja mam w planach zrobić jeszcze mniej więcej drugie tyle masła, ale bynajmniej nie do bezpośredniej konsumpcji, bo taka ilość kokosa mogłaby mnie zabić 😉 Znalazłam chyba najbardziej perwersyjny przepis na ciasto, jaki do tej pory widziałam i oczywiście koniecznie będę musiała go wypróbować 😉 A że jednym ze składników jest właśnie masło kokosowe, to mój spracowany ostatnio blender będzie musiał wykrzesać z siebie jeszcze trochę siły 😉 Oczywiście, jeżeli efekt okaże się jadalny, nie omieszkam się pochwalić na blogu 🙂

Składniki (na mniej więcej 1.5 szklanki masła)

  • 380 g wiórków kokosowych
  • łyżka oleju o neutralnym smaku (u mnie olej z orzechów włoskich)
  • 2 nieduże szczypty soli (polecam, fajnie wydobywa delikatną słodycz kokosa)
  • pół łyżeczki estraktu z wanilii lub kilka kropel zapachu waniliowego (opcjonalnie)

Przygotowanie

Wszystko zmiksować, pilnując, żeby blender nie eksplodował 😉  Od czasu do czasu robić przerwy, aby lekko przestudzić sprzęt i zeskrobać zawartość ze ścianek naczynie. Przechowywać w lodówce w zamkniętym słoiku. Przed użyciem trzeba wyjąć i ogrzać do temperatury pokojowej, bo w lodówce robi się bardzo twarde.

PS. Prawda, że ładne miseczki upolowałam? 😉

Kalafior, marchewka, jabłko, wątróbka, czyli sałatka pełna witamin

Zwykły wpis

Dziś rano, idąc na trening, miałam ochotę śpiewać z radości (czego jednakowoż nie zrobiłam, bo mój śpiew raczej nie przysporzyłby radości nikomu poza mną ;)). Powód był prosty – temperatura wreszcie wróciła do zakresu, w którym mogę normalnie egzystować, a nie leżeć i zastanawiać się, co by tu jeszcze z siebie zdjąć i czy może nie schować się do lodówki 😉 Wczoraj zjadłam całą torebkę mrożonych śliwek. Mrożonych, czyli prosto z zamrażalnika. Na chwilę pomogły, ale długo to nie potrwało. A ponieważ wieczorna prognoza pogody twierdziła, że dziś ma być jeszcze cieplej, byłam naprawdę przerażona. A moja radość, że z rana termometr pokazał cudowne 24 stopnie i przynajmniej w najbliższym czasie nie grozi mi ugotowanie się żywcem, była naprawdę godna lepszej sprawy 😉

Z tej okazji przestałam się żywić mrożonymi śliwkami, pomidorami i wodą i wróciłam do kuchni. Nawet uruchomiłam piekarnik 🙂 Ale na wszelki wypadek, gdyby nie daj Boże miało się znowu ocieplić, przygotowałam danie, które sprawdzi się zarówno na ciepło, jak i na zimno (no może nie w wersji z zamrażarki, ale z lodówki owszem :))

Dzisiaj proponuję Wam sałatkę z pieczonego kalafiora, marchewki i wątróbki drobiowej. Wątróbka zaczęła u mnie gościć na stałe. Z kilku powodów. Po pierwsze po prostu ją lubię 😉 Po drugie, wątróbka to multiwitamina w naturalnej postaci – bogactwo składników odżywczych i samo zdrowie. Jednakowoż, ponieważ wątroba pełni w organizmie rolę filtra, który wyłapuje wszystkie toksyny, jedzenie wątroby zwierząt hodownych w tzw. konwencjonalnych warunkach, karmionych paszą z domieszką antybiotyków czy hormonów, może nie być aż takie super zdrowe. Nie czytałam żadnych badań na ten temat, ale tak mi podpowiada kobieca intuicja 😉 Dlatego bardzo się ucieszyłam, kiedy znalazłam w moim internetowym sklepie spożywczym drób z ekologicznej hodowli, w tym właśnie drobiowe wątróbki. Są oczywiście droższe niż w normalnym supermarkecie, ale nadal tanie jak na mięso. No i zdrowsze dla mnie i pozyskane z przyzwoicie traktowanych zwierząt.

Ostatni powód, dla któego mam zamiar jadać więcej podrobów i „niekonwencjonalnych” kawałków mięsa, to właśnie szacunek dla zabijanych na mięso zwierząt. Skoro już je zabijamy, powinniśmy wykorzystać wszystko, co wykorzystać się da. Dlatego po długim czasie przeprosiłam się z nóżkami w galarecie, planuję pojednanie z flaczkami, w zamrażarce na swoją kolej czeka porcja żołądków, a dziś właśnie kolejny przepis z udziałem wątróbki.

Składniki (na 2-3 spore porcje)

Pieczony kalafior

  • 1 średni kalafior
  • ok. 2 łyżki oliwy
  • 2 spore szczypty soli
  • szczypta pieprzu

Smażone jabłko

  • 1 spore jabłko
  • łyżka oliwy
  • przyprawy: sól, pieprz, suszony tymianek, imbir, skórka pomarańczowa (użyłam granulowanej)

Sos

  • 2 łyżki tahini
  • 2 łyżki wody
  • łyżeczka miodu
  • sok z połowy cytryny
  • 2 szczypty soli

Oprócz tego

  • ok. 300 g wątróbki drobiowej
  • 2 łyżki oleju do smażenia
  • 2 duże marchewki
  • opcjonalnie kilka listków świeżego rozmarynu albo tymianku

Przygotowanie

Kalafiora można upiec dzień wcześniej. Dzielimy go na różyczki, umieszczamy w naczyniu żaroodpornym, skrapiamy oliwą, posypujemy solą i pieprzem i pieczemy ok. 40 minut w 180 stopniach.

Wątróbkę myjemy, odsączamy i wycinamy wszelkie białe farfocle 😉 Następnie smażymy na mocno rozgrzanym oleju ok. 4 minuty z każdej strony. Na drugiej patelni (albo na tej samej po umyciu ;)) rozgrzewamy olej. Z jabłka usuwamy pestki i kroimy je na niezbyt cienkie plasterki (u mnie z całego jabłka wyszło ok. 10 plasterków). Układamy cząstki jabłka na patelni, posypujemy po trochu przyprawami (solą, pieprzem, imbirem, tymiankiem, skórką pomarańczową). Smażymy 2-3 minuty, przewracamy na drugą stronę i ponownie posypujey przyprawami. W razie gdyby patelnia wyschła i coś miało zamiar się przypalać, wlewamy kilka łyżek wody. Po kolejnych 2-3 minutach zdejmujemy jabłka z patelni. Marchewkę trzemy na tarce jarzynowej. Wszystkie składniki sosu miksujemy. Wątróbkę kroimy na mniejsze kawałki. W dużym naczyniu mieszamy wszystkie „półprodukty”. Ewentualnie doprawiamy solą i pieprzem i dodajemy odrobinę świeżych ziół. Smacznego 🙂

Szpinakowe guacamole i sałatka z tuńczyka

Zwykły wpis

Dziś wyjątkowo mam dla Was przepis (a nawet dwa!) bez zdjęcia końcowego efektu.

Tytułem usprawiedliwienia – wracałam do domu po ciężkim treningu i byłam strasznie głodna. W lodówce poza światłem niewiele już zostało z poprzednich zakupów, ale po przemyśleniu doszłam do wniosku, że znajdzie się materiał na guacamole (czyli awokado ;)). Po szybkiej inspekcji znalazłam jeszcze pół opakowania szpinaku drugiej świeżości 😉 Jego smutny stan nie zachęcał do konsumpcji luzem w sałatce. Ale przypomniał mi się przepis, który ostatnio widziałam, na guacamole z jarmużem (wraz z ładnymi zdjęciami :)) i pomyślałam, że szpinak też powinien się nadać do takiej sztuczki. I rzeczywiście, guacamole wyszło bardzo smaczne, szpinaku w ogóle nie czuć, za to ma odjazdowy zielony kolor 🙂 Ale o ile udało mi się zrobić sensowne zdjęcie awokado przed obróbką, o tyle zdjęcia gotowego guacamole nie są zbyt apetyczne. Cóż, aby oddać piękno zielonej papki, trzeba się trochę postarać, a ja, szczerze mówiąc, miałam w tym momencie inne priorytety 😉

(Update: wobec zażaleń, że nie ma zdjęć, udało mi się dzisiaj wykonać przyzwoite fotki pozostałego guacamole. Zdjęć sałatki nadal nie ma i nie będzie, albowiem cała się zjadła ;))

Guacamole wykorzystałam do świetnej sałatki z tuńczyka. Robiłam ją już drugi raz i na pewno będą kolejne. Oparłam się na tym przepisie , ale ponieważ nie miałam domowego majonezu (ani chwilowo zapału do jego produkcji), zastąpiłam go guacamole. Efekt smakowy jest fantastyczny, natomiast estetyczny nie do końca – głównie rozgnieciona ryba zmieszana z zieloną papką 😉 Mimo to zachęcam Was do wypróbowania – i guacamole, i sałatki.

Guacamole – składniki

  • 1 bardzo duże lub dwa małe dojrzałe awokado
  • 2 duże garście szpinaku
  • 2 szczypty soli
  • sok z połowy cytryny
  • szczypta czosnku w proszku
  • czubata łyżeczka musztardy dijon (albo innej ostrej)

Przygotowanie

Wszystko zmkiskować na jednolitą masę. The end 🙂

Sałatka z tuńczyka – składniki (na jedną dużą lub dwie mniejsze porcje)

  • puszka tuńczyka
  • pół średniego jabłka
  • pół dużego lub cały mniejszy ogórek
  • kilka łodyżek szczypiorku
  • garść orzechów włoskich albo nerkowców
  • łyżka musztardy
  • dużo guacamole (duuuużo – ze 4 czubate łyżki :))

Przygotowanie

Tuńczyka odsączamy z zalewy i jeśli był w kawałkach, rozgniatamy widelcem. Jabłko i ogórka drobno kroimy, orzechy siekamy, szczypiorek też. Wszystkie składniki mieszamy i odstawiamy na jakieś 15 minut, żeby smaki się troszkę „przegryzły”.

Smacznego 🙂

Curry z cukinii z kurczakiem i nerkowcami

Zwykły wpis

Dziś proponuję Wam moje ulubione curry. Wersja z kurczakiem, ale muszę nadmienić, że pierwszy raz próbowałam go w wersji wegańskiej i właśnie wtedy dołączyło do grona nielicznych potraw, które pojawiają się u mnie regularnie. Należy po prostu ominąć kurczaka, a resztę zrobić zgodnie z przepisem. Można ewentualnie zamast kurczaka użyć tofu. Ostrzegam, że curry jest bardzo pikantne, więc osoby lubiące łagodniejsze smaki mogą dodać mniej przypraw, w szczególności chili i imbiru.

Składniki

  • ok. 40 dag piersi kurczaka
  • 2 średnie cebule
  • 1 cukinia
  • puszka (400 ml) mleka kokosowego
  • szklanka zielonego groszku (użyłam mrożonego)
  • garść nerkowców (lub orzechów ziemnych)
  • 1-2 łyżki tłuszczu do smażenia (u mnie masło klarowane)

marynata do mięsa

  • 1-2 łżki oliwy
  • 2 łyżeczki curry w proszku (w tym przepisie zazwyczaj używam Kamisa)
  • 2 szczypty soli
  • łyżka soku z cytryny

przyprawy

  • opakowanie curry (z tego 2 łyżeczki do marynary)
  • ok. 2/3 łyżeczki ziaren kolendry
  • pół łyżeczki imbiru w proszku,
  • 1/3 łyżeczki gałki muszkatałowej
  • szczypta cynamonu
  • 1/3 łyżeczki mielonego kminku
  • szczypta słodkiej papryki
  • chili do smaku (można pominąć)
  • sól do smaku

Przygotowanie

Kurczaka kroimy w kostkę. Składniki marynaty mieszamy, zalewamy nią kawałki kurczaka i odstawiamy do lodówki. U mnie marynował się 24 godziny, ale myślę że godzina-dwie w zupełności wystarczą.

Rozgrzewamy niedużą patelnię (bez tłuszczu) i wrzucamy na nią zamarynowane kawałki kurczaka. Smażymy, dosyć często mieszając, aż mięso się zrumieni (jakieś 10 minut).

W międzyczasie siekamy cebulę (nie musi być bardzo drobno). Na drugiej dużej patelni rozgrzewamy tłuszcz i wkładamy cebulę oraz przyprawy, oprócz soli. I teraz ważna rzecz – cebulę z przyprawami smażymy na średnim ogniu, często mieszając, co najmniej 10 minut. Kiedy zacznie wysychać, dolewamy po kilka łyżek wody. Dzięki tak długiemu smażeniu ze wszystkich przypraw wydobędzie się aromat i efekt końcowy będzie o niebo lepszy. Dopiero ostatnio wyczytałam gdzieś, że tak należy robić, szczególnie w przypadku korzennych przypraw używanych w kuchni orientalnej. Rzeczywiście, jest kolosalna różnica w smaku, więc warto poświęcić parę minut więcej.

Kiedy cebula poddusiła się praktycznie na papkę, dodajemy pokrojoną w półplasterki cukinię oraz kurczaka. Smażymy, mieszając co jakiś czas, aż cukinia trochę zmięknie. Następnie wlewamy mleko kokosowe i mieszamy. Dusimy całość przez jakieś 20 minut, aż mniej więcej połowa płynu odparuje. Wsypujemy groszek i dusimy jeszcze ok. 5 minut. Doprawiamy solą do smaku. Dodajemy nerkowce lub orzeszki ziemne. Mieszamy i gotowe 🙂 Można przed podaniem posypać świeżą kolendrą, ale akurat nie miałam, a szkoda, bo poza smakowym poprawiłby się też efekt estetyczny 😉

Zupa z pieczonej papryki z indykiem i zielonym groszkiem

Zwykły wpis

Ta zupa jest udanym efektem starań w kierunku ograniczenia marnowania jedzenia. Jakoś zawsze tak się składa, że kiedy wybieram się do sklepu, w wózku ląduje między 3 a 7 razy więcej rzeczy niż naprawdę potrzebujemy. Bo a to promocja, a to pójdę na zakupy głodna, a to przypomni mi się fajny przepis a użyciem jakiegoś składnika, ale zanim dojdę do kasy, przepis już wylatuje mi z głowy, a składnik leży i czeka na zbawienie i nierzadko się nie doczeka 😛 Nie wszystko daje się zamrozić i w rezultacie część kupionych produktów ląduje w koszu, bo zdecydowanie minęła im data przydatności do spożycia (czasami ta wydrukowana na opakowaniu, a czasami ta, którą podpowiada zdrowy rozsądek i instynkt samozachowawczy ;)), zanim zdążyłam się nimi zająć.

Staram się coś z tym zrobić, bo abstrahując już od aspektów etycznych, ekologicznych, głodu na świecie itp. moje niedostosowanie ilości zakupów do naszych mocy przerobowych odbija się najzwyczajniej w świecie na naszych rachunkach. W związku z tym, kiedy znalazłam dziś przy myciu lodówki zapomniane papryki i kawałek cukinii w stanie agonalnym, postanowiłam wykombinować przepis, w którym da się wykorzystać warzywa zdecydowanie drugiej świeżości (choć oczywiście nie zepsute!). No i właśnie w ten sposób narodziła się poniższa zupa – pikantna, kremowa, z delikatną słodyczą pieczonej papryki i mleczka kokosowego. Naprawdę dobra, a warzywa uratowane 🙂

Składniki (na 4-5 porcji)

  • 2 papryki
  • 2/3 większej lub cała mniejsza cukinia
  • 2/3 średniej cebuli
  • 3 duże ząbki czosnku
  • ok. łyżki oliwy z oliwek
  • 3 szklanki wody + 2 kostki bulionu warzywnego (albo 3 szklanki bulionu albo rosołu)
  • mała puszka mleczka kokosowego (160 ml)
  • 1 jajko
  • sól i chili do smaku
  • 2 garście zielonego groszku (użyłam prożonego, bez rozmrażania)
  • ok. 250-300 g piersi z indyka

marynata do mięsa

  • 1-2 łyżki oliwy
  • łyżeczka miodu
  • 2 szczypty soli
  • szczypta słodkiej papryki
  • szczypta chili
  • szczypta czosnku w proszku

Przygotowanie

Składniki marynaty mieszamy. Mięso kroimy w niedużą kostkę, zalewamy marynatą, mieszamy i wstawiamy do lodówki na kilka godzin. W międzyczasie pieczemy warzywa – kroimy je na kawałki (nie ma potrzeby się wysilać, żeby była drobna kosteczka albo równe paski – i tak wszystko się później zmiksuje 😉 wystarczy każdą paprykę przekroić powiedzmy na 6-8 części, cukinię i cebulę mniej więcej w plasterki a każdy ząbek czosnku podzielić na kilka kawałków) Układamy warzywa w naczyniu żaroodpornym, polewamy oliwą, mieszamy i pieczemy przez 40 minut w 180 stopniach.

W średniej wielkości garnku podgrzewamy bulion (lub wodę z kostką bulionową). Kiedy zacznie się gotować, wrzucamy mięso, zmniejszamy ogień i gotujemy jakieś 20 minut. Następnie wyjmujemy mięso i odkładamy na bok. Do garnka z bulionem wlewamy mleczko kokosowe, wrzucamy warzywa i miksujemy ręcznym blenderem na jednolity krem. Doprawiamy do smaku solą i chili. Następnie dodajemy rozbełtane jajko i miksujemy szybko na wysokich obrotach. Dorzucamy mięso (po wyjęciu z bulionu można je ewentualnie pokroić na mniejsze kawałki) i groszek i gotujemy jeszcze ok. 5 minut.

Smacznego 🙂

W bonusie zdjęcie związane z zupą tylko w ten sposób, że powstało, kiedy zupa się gotowała. Ale podoba mi się – wina wina dajcie 🙂

Zapiekanka z kalafiora i łososia z orzechami

Zwykły wpis

Z wczorajszego rodzinnego obiadu wyszłam jak zwykle z wałówką na wynos 🙂 Też tak macie po wizytach u rodziców? Teraz, kiedy mój brat też się ożenił i mieszka osobno, mama szykuje porcje dla pułku wojska i obdziela nas zapasem jedzenia na tydzień. Nie to, żebym narzekała 😉 W skład prowiantu wchodził między innymi kawałek pieczonego łososia. Uwielbiam łososia w każdej postaci – od surowego w sushi, przez wędzonego, grillowanego, pieczonego. Łosoś jest mniam i tyle 🙂

Z kawałka od mamy zrobiłam dziś fajną zapiekanę, albo może pasztet, zaelży od punktu widzenia 🙂 Ma ciekawy łagodny smak, dobrze się sprawdza zarówno na ciepło jak i na zimno, chociaż na zimno łatwiej go pokroić. Aby trochę zaostrzyć smak, zrobiłam dressing koperkowy z tahini, bardzo ciekawy, chociaż ma specyficzny wyrazisty smak, więc pewnie nie każdemu będzie pasował. Można też przygotować sos na bazie jogurtu lub majonezu z dodtakiem koperku i może chrzanu… Albo po prostu skropić zapiekankę dodatkowym sokiem z cytryny.

Składniki (na 4 porcje)

  • ok. 200g pieczonego łososia
  • 2/3 niedużego kalafiora
  • 100g mielonych orzechów włoskich (można zmielić w blenderze)
  • mała cebulka
  • 2-3 ząbki czosnku
  • 1 duże jajko
  • sok z połowy cytryny
  • sól i piwprz do smaku
  • łyżka tłuszczu do smażenia
  • opcjonalnie kilka platerków cytryny do dekoracji

sos

  • 3 łyżki tahini
  • pęczek koperku
  • duża szczypta soli
  • sok z połowy cytryny
  • kilka łyżek wody

Przygotowanie

Kalafiora gotujemy w osolonej wodzie do miękkości (jakieś 10-12 minut). Na patelni rozgrzewamy tłuszcz i podsmażamy posiekaną cebulę i przeciśnięty przez praskę czosnek do lekkiego zrumienienia. Wszystkie składnii miksujemy na jednolitą (mniej więcej) masę. W razie potrzeby doprawiamy do smaku. Przekładamy do naczynia żaroodpornego, na wierzchu można ułożyć plasterki cytryny. Pieczemy 30-35 minut w 180 stopniach.

Aby przygotować sos, wszystkie składniki miksujemy i gotowe 🙂

Smacznego 🙂