Category Archives: sosy i dipy

Makaron z awokado

Zwykły wpis

Dziś przepis na ekspresowy obiad. Poważnie, myślę, że przygotowanie tego dania zajmie Wam mniej więcej tyle, co mnie napisanie posta 😉 Kiedyś nie lubiłam awokado. Uważałam, że jest tłuste, bez smaku, jakieś takie paćkowate i w ogóle fuj. Teraz bardzo je lubię „luzem”, ale też odkrywam, że dzięki temu, że jest „bez smaku”, jest bardzo uniwersalne i świetnie się sprawdza w wielu rolach 🙂 Dodaję je do szejków, robię guacamole (oczywiście), używam w kremowych zupach… Przyznaję, że próbowałam piec z jego udziałem ciasteczka i muffinki na podstawie kilku wyszperanych w sieci przepisów, ale akurat w pieczonych słodyczach niezbyt mi pasowało – cały czas wyczuwałam specyficzny posmak.

Na kilku blogach wegańskich widziałam przepisy na sos do makaronu na bazie awokado, z różnymi dodatkami. Pomysł genialny w swej prostocie 🙂 Jakoś długo nie mogłam się zebrać, żeby wypróbować, ale wreszcie się udało i efekt jest naprawdę fajny. W 10-15 minut obiad na stole. To coś dla mnie 🙂

Składniki (na jedną porcję)

sos

  • 1 małe dojrzałe awokado (musi być naprawdę dojrzałe i miękkie)
  • sok z mniej więcej 1/3 cytryny (do smaku)
  • 2-3 łyżki płatków drożdżowych
  • szczypta czosnku w proszku
  • parę łyżek wody
  • sól i pieprz do smaku
  • ewentualnie inne przyprawy – mieszanka do kuchni włoskiej, chilli, może curry też by się sprawdziło…

oprócz tego

  • 1 porcja dowolnego makaronu (u mnie pełnoziarniste spaghetti)
  • opcjonalnie dodatkowe warzywa – ja dodałam kilka różyczek brokuła i pomidorki koktailowe, myślę, że dobre będą też oliwki, suszone pomidory…)
  • świeże zioła do przybrania

Przygotowanie

Makaron gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Kiedy makaron się gotuje, miksujemy wszystkie składniki sosu. Wodę dodajemy na końcu, do uzyskania pożądanej konsystencji. Odcedzamy makaron i wrzucamy z powrotem do garnka, w którym się gotował. Dodajemy sos i dokładnie mieszamy z gorącym makaronem. Ewentualnie dodajemy warzywa i od razu podajemy.

Uwaga: Podobno sos z awokado nie do się odgrzać, więc należy wszystko zjeść i nie zostawiać resztek. Smacznego 🙂

Masło słonecznikowe, na razie ostatnie, jak do tej pory najlepsze :-)

Zwykły wpis

Przede wszystkim niech mi będzie wolno wyrazić dumę z moich porpawiających się umiejętności fotograficznych 🙂 Kiedy zrobiłam to masło, byłam w 100% przekonana, że nie da rady zrobić mu takiego zdjęcia, żeby ktokolwiek miał ochotę to zjeść 😉 Zmobilizowałam się jednak i oto są – całkiem nieobrzydliwe fotki masła słonecznikowo-waniliowego, które jest po prostu fantastyczne i koniecznie musicie je zrobić!

O maśle słonecznikowym najpierw czytałam na blogach amerykańskich. Wydaje się, że w USA jest równie popularne jak masło orzechowe. U nas nigdy nie widziałam go w „normalnym” sklepie, co w sumie dziwne, bo chyba słoniecznik jest bardziej typową dla Polski rośliną niż orzeszki ziemne 😉 Nie jes też drogi, więc nie wiem, czemu nikt nie wpadł na masło słonecznikowe… Znalazłam je w końcu w Organicu w cenie, która prawie doprowadziła mnie do zawału. Mimo to kupiłam jeden słoik, żeby spróbować. Nie była to miłość od pierwszej łyżeczki, musiałam się trochę przyzwyczaić. Ale mniej więcej w 1/3 słoiczka doszłam do wniosku, że je uwielbiam 🙂 Kiedy odważyłam się zrobić masło migdałowe, wiedziałam, że i na słonecznikowe niebawem przyjdzie pora.

Na blogu Choosing Raw znalazłam przepis na słodko-słone masło słonecznikowe z dodatkiem wanilii. To było to! Blender naprawdę mało nie wyzionął ducha, ale było warto! Pyszne, kremowe, mogłabym zjeśc cały słoik łyżeczką! A cena śmieszna w porównaniu do tego z Organica, zwłaszcza jeśli słonecznik kupuje się na wagę (czego ja akurat nie zrobiłam, ale i tak wyszło co najmniej z 5 razy taniej niż w eko-sklepach).

Składniki

  • 600g pestek słonecznika (oczywiście bez łupinek ;))
  • ok. 4 łyżki syropu klonowego lub miodu
  • ok. 5-6 łyżek oleju o neutralnym smaku (u mnie z orzechów włoskich)
  • 2 duże szczypty soli
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii (można użyć cukru waniliowego lub aromatu do ciast)

Przygotowanie

Słonecznik prażymy przez ok. 15 minut w 180 stopniach na suchej blasze. W trakcie pieczenia kilka razy mieszamy. Na koniec pestki powinny być lekko zrumienione, ale nie przypalone. Studzimy słonecznik do takiej temperatury, żeby dało się go dotykać ;). Wszystkie składniki umieszczamy w blenderze i miksujemy, uzbroiwszy się w cierpliwość i determinację. Przynajmniej na początku należy często zeskrobywać słonecznik ze ścianek.

A potem staramy się nie zjeść wszystkiego na raz 🙂

Odbiła mi palma… kokosowa – czyli kolejna edycja domowej produkcji maseł wszelakich ;-)

Zwykły wpis

Po domowym maśle migdałowym, które niestety jakieś złośliwe krasnoludki ukradły już z lodówki i dziś rano zastałam pusty słoik ;), przyszła kolej na wypróbowanie masła kokosowego. Przyznaję, że w Polsce nigdy go nie widziałam w sprzedaży, natomiast czytałam o nim na blogach anglojęzycznych i miałam ochotę spróbować. Oczywiście w trakcie robienia bez próbowania się nie obeszło 😉 I mogę powiedzieć, że jest smaczne – lekko słodkie bez potrzeby dosładzania, delikatne, generalnie dostarcza pozytywnych wrażeń 🙂 Ja chyba pozostanę jednak wierna masłom orzechowym, bo choć kokosa lubię, to do orzechów się nie umywa. Ale jeśli lubicie np. Rafaello czy inne Bounty, to koniecznie spróbujcie – będziecie mieli słoik Rafaello w lodówce 🙂

Ja mam w planach zrobić jeszcze mniej więcej drugie tyle masła, ale bynajmniej nie do bezpośredniej konsumpcji, bo taka ilość kokosa mogłaby mnie zabić 😉 Znalazłam chyba najbardziej perwersyjny przepis na ciasto, jaki do tej pory widziałam i oczywiście koniecznie będę musiała go wypróbować 😉 A że jednym ze składników jest właśnie masło kokosowe, to mój spracowany ostatnio blender będzie musiał wykrzesać z siebie jeszcze trochę siły 😉 Oczywiście, jeżeli efekt okaże się jadalny, nie omieszkam się pochwalić na blogu 🙂

Składniki (na mniej więcej 1.5 szklanki masła)

  • 380 g wiórków kokosowych
  • łyżka oleju o neutralnym smaku (u mnie olej z orzechów włoskich)
  • 2 nieduże szczypty soli (polecam, fajnie wydobywa delikatną słodycz kokosa)
  • pół łyżeczki estraktu z wanilii lub kilka kropel zapachu waniliowego (opcjonalnie)

Przygotowanie

Wszystko zmiksować, pilnując, żeby blender nie eksplodował 😉  Od czasu do czasu robić przerwy, aby lekko przestudzić sprzęt i zeskrobać zawartość ze ścianek naczynie. Przechowywać w lodówce w zamkniętym słoiku. Przed użyciem trzeba wyjąć i ogrzać do temperatury pokojowej, bo w lodówce robi się bardzo twarde.

PS. Prawda, że ładne miseczki upolowałam? 😉

Pamiętajcie o gumie do żucia, czyli zabójcze pesto pietruszkowe ;-)

Zwykły wpis

Dziś zapraszam na pyszne pełne witamin pesto. Jak się dowiedziałam, przy okazji durszlakowej akcji Pesto, pesto! pesto można zrobić w zasadzie ze wszystkiego, co da radę zmielić w blenderze ;). Tym razem zamiast tradycyjnej bazylii użyłam natki pietruszki, bo okazało się, że zamówiony we frisco * „jeden pęczek” jest mniej więcej wielkości mojej głowy!. Nie przesadzam – nie chciałam, żeby zwiądł, więc wstawiłam go do… wazonu i wcale nie było tam nadmiaru miejsca 😉 Więc pietruszka jakiś czas występowała w charakterze ozdoby wnętrza, a potem wymyśliłam, że przerobię ją na pesto 🙂

Jak pomyślałam, tak też zrobiłam. Z klasycznych dodatków użyłam czosnku, soku z cytryny i oczywiście oliwy, a poza tym orzechów włoskich. Dodałam też płatków drożdżowych, które bardzo polecam, jeśli macie, bo naprawdę fajnie skomponowały się ze smakiem orzechów. Z czosnkiem może lekko przesadziłam 😉 ale to się okazało dopiero po fakcie, w związku z czym robiłam dziś po dordze do pracy specjalny przystanek celem nabycia gumy do żucia i tiktaków, w razie gdyby zwykłe mycie zębów po obiedzie okazało się niewystarczające 😉

Składniki (na ok. 300 ml pesto)

  • 1 ogromny lub 2-3 mniejsze pęczki pietruszki
  • sok z połowy cytryny lub troszkę więcej
  • 2 szczypty soli
  • 2-3 ząbki czosnku (dałam 3 duże i było trochę za dużo, dostosujcie do Waszego stopnia czosnkolubności ;))
  • ok. 1/2 szklanki oliwy
  • 1/2 szklanki orzechów włoskich
  • ok. 1/3 szklanki płatków drożdżowych (opcjonalnie, można też zastąpić tartym parmezanem)

Przygotowanie

Orzechy mielimy w blenderze na proszek i przekładamy do innego naczynia. Następnie mielimy czosnek (oczywiście obrany). Z natki odrywamy łodyżki, resztę mielimy z oliwą, sokiem z cytryny i solą. Kilka razy zatrzymujemy blender i zeskrobujemy ze ścianek to, co się do nich przykleiło. Dodajemy z powrotem orzechy i czosnek oraz płatki drożdżowe lub ser i krótko miksujemy do połączenia. W razie gdyby było za gęste, można dodać trochę oliwy lub wody (pesto z samą oliwą będzie bardziej trwałe).

Można podawać klasycznie z makaronem, jako dodatek do kanapek albo do sałątek. U mnie na pierwszy ogień poszła sałatka z grillowanym kurczakiem (ok. 100g z wczorajszego obiadu), fasolka szparagową (dwie garście ;)) i pomidorkami koktailowymi. Bardzo fajne letnie połączenie, polecam 🙂 Smacznego 🙂

* czasami podaję na blogu nazwy marek, z których produktów korzystam albo nazy sklepów, gdzie robię zakupy, jak np. w tym poście. Nie są to reklamy, tylko moje własne opinie na temat tego, co się u mnie sprawdza, a co nie. Póki co, nikt moich blogowych wypocin nie sponsoruje, a gdyby kiedyś do tego doszło, na pewno będzie to wyraźnie zaznaczone.

Chutney jagodowy

Zwykły wpis

Pierwszy raz w tym roku kupiłam świeże jagody. Część zjedliśmy z jogurtem, a zreszty zrobiłam fajny chutney. Podobne przepisy znajdowałam na wielu anglojęzycznych blogach pod nazwą blueberry ketchup. Ponoć świetnie smakuje w połączeniu z serkiem wiejskim. Osobiście nie próbowałam, ale może jutro na śniadanie 😉 Z doświadczenia mogę powiedzieć, że dobrze się komponuje z serami, a pewnie bęzie też świetny jako sos do sałatki z kurczakiem i świeżymi warzywami. Dodatkową zaletą jest to, że robi się sam 🙂 Wszystkie składniki wystarczy włożyć do niewielkiego garnka i gotować 20-25 minut, mieszając w międzyczasie kilka razy.

Składniki

  • pół pojemnika (ponad jedna szklanka) jagód
  • pół małej cebuli pokrojonej w kosteczkę
  • 1/8 szklanki octu balsamicznego
  • łyżka miodu
  • duża szczypta soli
  • szczypta imbiru w proszku
  • mała szczypta pieprzu

Przygotowanie

Patrz wyżej 😉

Przepis dodaję do akcji Owoce Lasu

Szpinakowe guacamole i sałatka z tuńczyka

Zwykły wpis

Dziś wyjątkowo mam dla Was przepis (a nawet dwa!) bez zdjęcia końcowego efektu.

Tytułem usprawiedliwienia – wracałam do domu po ciężkim treningu i byłam strasznie głodna. W lodówce poza światłem niewiele już zostało z poprzednich zakupów, ale po przemyśleniu doszłam do wniosku, że znajdzie się materiał na guacamole (czyli awokado ;)). Po szybkiej inspekcji znalazłam jeszcze pół opakowania szpinaku drugiej świeżości 😉 Jego smutny stan nie zachęcał do konsumpcji luzem w sałatce. Ale przypomniał mi się przepis, który ostatnio widziałam, na guacamole z jarmużem (wraz z ładnymi zdjęciami :)) i pomyślałam, że szpinak też powinien się nadać do takiej sztuczki. I rzeczywiście, guacamole wyszło bardzo smaczne, szpinaku w ogóle nie czuć, za to ma odjazdowy zielony kolor 🙂 Ale o ile udało mi się zrobić sensowne zdjęcie awokado przed obróbką, o tyle zdjęcia gotowego guacamole nie są zbyt apetyczne. Cóż, aby oddać piękno zielonej papki, trzeba się trochę postarać, a ja, szczerze mówiąc, miałam w tym momencie inne priorytety 😉

(Update: wobec zażaleń, że nie ma zdjęć, udało mi się dzisiaj wykonać przyzwoite fotki pozostałego guacamole. Zdjęć sałatki nadal nie ma i nie będzie, albowiem cała się zjadła ;))

Guacamole wykorzystałam do świetnej sałatki z tuńczyka. Robiłam ją już drugi raz i na pewno będą kolejne. Oparłam się na tym przepisie , ale ponieważ nie miałam domowego majonezu (ani chwilowo zapału do jego produkcji), zastąpiłam go guacamole. Efekt smakowy jest fantastyczny, natomiast estetyczny nie do końca – głównie rozgnieciona ryba zmieszana z zieloną papką 😉 Mimo to zachęcam Was do wypróbowania – i guacamole, i sałatki.

Guacamole – składniki

  • 1 bardzo duże lub dwa małe dojrzałe awokado
  • 2 duże garście szpinaku
  • 2 szczypty soli
  • sok z połowy cytryny
  • szczypta czosnku w proszku
  • czubata łyżeczka musztardy dijon (albo innej ostrej)

Przygotowanie

Wszystko zmkiskować na jednolitą masę. The end 🙂

Sałatka z tuńczyka – składniki (na jedną dużą lub dwie mniejsze porcje)

  • puszka tuńczyka
  • pół średniego jabłka
  • pół dużego lub cały mniejszy ogórek
  • kilka łodyżek szczypiorku
  • garść orzechów włoskich albo nerkowców
  • łyżka musztardy
  • dużo guacamole (duuuużo – ze 4 czubate łyżki :))

Przygotowanie

Tuńczyka odsączamy z zalewy i jeśli był w kawałkach, rozgniatamy widelcem. Jabłko i ogórka drobno kroimy, orzechy siekamy, szczypiorek też. Wszystkie składniki mieszamy i odstawiamy na jakieś 15 minut, żeby smaki się troszkę „przegryzły”.

Smacznego 🙂

Chutney truskawkowo-pomarańczowy

Zwykły wpis

Dzisiaj przygotowałam doskonałe towarzystwo dla sera 🙂 Słodko-pikantny chutney z truskawek i pomarańczy. Pochlebiam sobie, że jest o wiele ciekawszy w smaku od kupnej żurawiny w słoikach, a do tego na pewno zdrowszy, biorąc pod uwagę, że rzeczona żurawina zawiera przy dobrych wiatrach 50% cukru (przy gorszych więcej ;)). Dobrze sprawdza się z serami wędzonymi (w tym oscypkiem widocznym na zdjęciu), ale też z łagondymi serami pleśniowymi typu brie czy camembert.

Składniki

  • 2 szalotki lub jedna mała cebulka
  • ok. 400 g truskawek świeżych lub mrożonych
  • 2 małe pomarańcze (lub jedna większa)
  • 1,5 łyżki octu balsamicznego
  • łyżeczka miodu
  • szczypta pieprzu
  • łyżka oleju do smażenia

Przygotowanie

W rondelku rozgrzewamy olej. Wrzucamy drobno posiekane szalotki i smażymy ok 3-4 minuty, aż zmiękną. Następnie dodajemy pokrojone w kostkę owoce. Im dokładniej oskubiecie pomarańcze z tych białych farfocli, tym łagodniejszy będzie chutney. Białe „coś” dodaje nieco goryczki, która mi osobiście nawet pasuje, ale może przeszkadzać osobom wolącym ładgodniejsze smaki. Dodajemy miód, ocet balsamiczny i pieprz i gotujemy na niedużym ogniu jakieś 25-30 minut, mieszając od czasu do czasu. Następnie można przełożyć chutney do słoika, zakręcić, postawić do góry nogami i przykryć kocem, ręcznikiem itp., żeby bardzo powoli wystygł. Dzięki temu słoik się zamknie i można będzie przechowywać go długo, tak jak zamknięte powidła czy dżem.

Salsa z mango

Zwykły wpis

Dziś mam dla Was pomysł na smaczny dodatek do dań inspirowanych kuchnią meksykańską. Słodko-pikantna salsa doskonale sprawdzi się z ryżem i np. czerwoną fasolą, pieczonym tofu, albo – dla wszystkożerców – grillowanym kurczakiem czy krewetkami. Połączenie jej z rybą przerasta moją wyobraźnię, ale wiem, że niektórzy tak jedzą, więc może warto spróbować 🙂 Wyraźnie czuć w niej owocowy posmak. Jest lekka i orzeźwiająca, w sam raz na zaczynający się sezon wiosenno-letniego grillowania 🙂

Składniki

  • dwie szalotki lub jedna nieduża cebula
  • łyżka oleju do smażenia
  • dwie papryki (u mnie czerwona i żółta)
  • jedno spore mango
  • jedna papryczka chili lub kilka plasterków marynowanego chili
  • 1 – 2 łyżki syropu z agawy lub miodu, ew. łyżka cukru
  • sok z jednej limonki (albo połowy cytryny)
  • nieduży kawałek świeżego imbiru (albo szczypta imbiru w proszku)
  • szczypta kminku
  • ok 2 łyżki świeżej posiekanej kolendry
  • opcjonalnie kilka gałązek świeżej mięty
  • sól do smaku

Przygotowanie

Na patelni rozgrzewamy olej. Szalotki drobno siekamy i smażymy na średnim ogniu, aż zmiękną. Paprykę i mango kroimy w drobną kostkę (mango oczywiście wcześniej obieramy). Imbir trzemy na drobnej tarce. Papryczkę chili drobniutko siekamy. Wszystkie składniki oprócz kolendry i mięty wrzucamy na patelnię i dusimy jakieś 8 – 10 minut, mieszając od czasu do czasu. Papryka i mango powinny trochę zmięknąć, ale nie rozpaść się na papkę. Zdejmujemy patelnię z palnika, wrzucamy posiekane zioła i mieszamy. Ewentualnie doprawiamy do smaku.

Pesto z pieczonych buraków z orzechami włoskimi

Zwykły wpis

Kiedy czytałam wprowadzenie do durszlakowej akcji Pesto, pesto, mignęło mi, że autorka jadła pesto z pieczonych braków. Pomysł utkwił mi w pamięci i po kilku dniach postanowiłam wcielić go w życie. Bardzo lubię pieczone buraki i zastanawiałam się, co by do nich dorzucić, żeby wydobyć ich naturalną słodycz i uzyskać fajny efekt. Jak dla mnie, pesto musi zawierać czosnek i sok z cytryny, więc te składniki były obowiązkowe. Dodałam też prażone orzechy włoskie i trochę sproszkowanej skórki z cytrusów. Ale nie mogłam do końca „złapać” smaku, dopóki całości nie dopełnił olej z pestek dyni. Jego dosyć intensywny aromat świetnie skomponował się z pozostałymi składnikami i „zrobił” pesto 😉

Składniki

  • 4 nieduże buraki
  • mała główka czosnku
  • sok z połowy sporej cytryny
  • ok. 2/3 szklanki orzechów włoskich
  • łyżeczka skórki cytrynowej w proszku
  • 2 łyżeczki skórki pomarańczowej w proszku
  • 1,5 – 2 łyżki oleju z pestek dyni
  • sól i pieprz do smaku

Przygotowanie

Buraki i czosnek należy upiec – można to zrobić dzień wcześniej. Buraki zawijamy w folię aluminową (bez obierania) i pieczemy ok. godziny w 180 stopniach. Z główki czosnku odcinamy z jednej strony końcówkę. Miejsce odcięcia smarujemy olejem. Całą główkę zawijamy w folię i pieczemy ok. 40 minut w 180 stopniach. Oczywiście buraki i czosnek można piec razem. Ilustrowaną instrukcję pieczenia czosnku znajdziecie tutaj.

Orzechy włoskie prażymy przez kilka minut na suchej patleni, od czasu do czasu mieszając. Kiedy zaczną intensywnie pachnieć, zdejmujemy je z ognia i rozdrabniamy w blenderze (nie całkiem na proszek ;)). Buraki obieramy ze skórki. Do blendera (po wyjęciu orzechów) wkładamy pokrojone na nieduże kawałki buraki. Wyciskamy zawartość główki czosnku (która w tym momencie powinna mieć konsystencję miękkiego masła), dodajemy olej i przyprawy i miksujemy do momentu, kiedy składniki są już dokładnie rozdorbnione, ale nie mają całkiem kremowej konsystencji. Dodajemy orzechy i miksujemy jeszcze przez moment do połączenia.

Przechowujemy w lodówce. Smacznego 🙂

Przepis dodaję do akcji Pesto, pesto

Muhammara

Zwykły wpis

Ostatnimi czasy w mojej kuchni cudownemu rozmnożeniu uległa papryka 😉 Rozmnożenie troche wymknęło sie spod kontroli i wczoraj, kiedy wreszcie postanowiłam ogarnąć temat papryki, znalazłam w sumie pięć sztuk, z czego cztery nie pierwszej świeżości… Potrzebowałam przepisu, który pozwoliłby wykorzystać lekko „przechodzone” warzywa, a jednocześnie był szybki i niezbyt pracochłonny.

Z pomocą przyszedł mi blog Eat, Spin, Run, Repeat, którego autorka przez dłuższy czas mieszkała w Bahrajnie i zamieszcza od czasu do czasu ciekawe przepisy rodem z kuchni arabskiej. Tam własnie znalazłam pomysł na tę pastę-dip opartą na pieczonej papryce, z dodatkiem orzechów, kminku i czosnku.

Uwielbiam połączenie kminku z czosnkiem.To jedna z  kombinacji smakowych, które poznałam i polubiłam w toku moich eksperymentów z dietą wegetariańsko-wegańską. I zastanawiam się, jak mogłam przeżyć tyle lat w nieświadomości 😉 Muhammara jest naprawdę ciekawa, bardzo bogata w smaku – pikantna dzięki dodatkowi ostrej papryki, mocno czosnkowa, z lekką słodyczą melasy i pieczonych słodkich papryk… Trudna do opisania, warta wypróbowania 😉

Składniki (na jakieś 2 szklanki pasty)

  • 4 papryki (u mnie żółte i czerwone)
  • 2 kromki chleba (użyłam razowego, jeśli macie jakieś resztki umiarkowanie świeżego pieczywa, ten przepis może dać im drugie życie ;))
  • ok. 2/3 szklanki orzechów włoskich
  • 3 ząbki czosnku (wychodzi mocno czosnkowa, można dać mniej)
  • łyżeczka mielonego kminku
  • łyżka oliwy do smażenia
  • sok z połowy cytryny
  • łyżka melasy (lub syropu klonowego)
  • parę kropli octu winnego lub balsamicznego
  • sól do smaku
  • chili w proszku również do smaku

Przygotowanie

Papryki należy najpierw upiec. W tym celu przekrajamy je wzdłuż na pół, wyjmujemy nasiona i układamy skórką do góry na blasze przykrytej folią aluminiową (folia przyda sie później). Pieczemy w temperaturze 200 stopni przez ok. 15 minut, aż skórki miejscami zrobią się czarne. Wyjmujemy, zawijamy w folię i zostawiamy na 15-20 minut. Po tym czasie powinno sie dać bez problemu zdjąć skórki.

Orzechy prażymy przez ok. 5 minut na suchej patelni, od czasu do czasu potrząsając patelnią lub mieszając, aby się nie przypaliły. Następnie rozgrzewamy oliwę (może być na tej samej patelni, ale po zdjęciu z niej orzechów ;)) i przez ok. 2-3 minuty smażymy przeciśnięty przez praskę czosnek i kminek, często mieszając, bo czosnek łatwo się przypala.

Wszystkie składniki przekładamy do blendera (chleb kroimy lub łamiemy na trochę mniejsze kawałki) i miksujemy na pastę. Może być całkiem jednolita lub z drobinkami orzechów i chleba, zależnie od Waszych upodobań. Jeśli mieszanina będzie za gęsta (prawdopodobnie będzie), dodajemy kilka łyżek wody. Doprawiamy do smaku solą i chili.

Muhammarę można podać jako dip do warzyw czy krakersów. Dobrze sprawdzi się też w roli gęstego sosu do makaronu, czy jako składnik sałatek.

Wpis dodaję do akcji Ekonomia Gastronomia

Uważam, że takie akcje są naprawde potrzebne. Sama przyznaję się bez bicia, że zdarza mi się wyrzucać jedzenie. Głównie dlatego, że kupuję zbyt dużo produktów, bez konkretnego planu ich wykorzystania. Niektóre potem leżakują w lodówce, aż zupełnie przestaną się nadawać do jakiegokolwiek wykorzystania… Dlatego uważam, że najważniejszą zasadą ekonomii-gastronomii jest planowanie posiłków i kupowanie składników pod kątem tego, co zamierzamy przygotować, a nie zakupy „na winie”, czyli co się nawinie, to do koszyka 😉 Pisząc to, musze sama uderzyć się w pierś i posypać głowe popiołem, bo planowanie jadłospisu z wyprzedzeniem to coś, co średnio mi wychodzi…

Postaram sie jednak bardziej do tego przykładać i chodzić na zakupy z gotową listą, żeby uniknąć „cudownego rozmnożenia” papryki, nagłej konieczności pieczenia szarlotki, bo jabłka umierają powolną śmiercią, albo odkrycia, że wbrew temu co myślałam, mam w zamrażalniku już 3 paczki groszku i kolejna wcale nie była potrzebna 😉

Myślę, że warta zastosowania jest też rada, której zwykle udziela sie osobom chcącym schudnąć – nie chodźmy na zakupy z pustym żołądkiem. Wtedy wszystko wydaje się niezbędne, bo po głowie chodzą tysiące pomysłów na pyszny obiad. A po wszystkim okazuje się, że zamiast jedzenia dla dwóch osób na trzy dni, mamy zapasy dla pułku wojska na miesiąc 😉

Mam tez nadzieję, że dzięki tej akcji odkryję nowe metody na uratowanie produktów, które „dziwnym sposobem” znalazły sie w mojej lodówce.