Cieciorkowe muffinki marchewkowe

Standardowy

muffinki

Dziś mam dla Was przepis na nietypowe muffinki🙂 Jak wiecie, interesuję się trochę dietetyką i różnymi stylami odżywiania, z któych część testuję na sobie. Miałam dosyć długi okres wegański i miałam też czas z dietą Paleo.  W skrócie przecz ujmując, opeira się ona na założeniu, że najodpowiedniejszą dietą dla człowieka, do której jesteśmy ewolucyjnie przystosowani, jest pokarm oparty na mieście, rybach, jajach i warzywach, z niewielkim dodatkiem owoców i nasion. Powinno się natomiast unikać zbóż i nasion roślin strączkowych oraz nabiału, bo te pokarmy pojawiły się w naszej diecie stosunkowo niedawno i nie zdążyliśmy się do niach zaadaptować, w związku z czym są dla nas niezdrowe.

Muszę przyznać, że dobrze się czułam fizycznie na takim jadłospisie, więc może coś w tym jest. Jednakowoż, jak już kiedyś pisałam, wszelkie diety wykluczające kategorycznie cokolwiek nie służą mojej psychice. Jeśli wiem, że nie mogę np jeść chleba, to będę miała ochotę TYLKO na chleb i będę wysoce niepocieszona, że nie mogę zejść jedynej rzeczy, na którą mam chęć, choć normalnie nie żywię się przecież samym chlebem… Też tak macie?

Odpuściłam więc Paleo, ale wyniosłam z tego okresu ostrożność w podejściu do pieczywa i produktów mącznych. Wiem już na przykład, że chociaż nie umieram od kromki chleba, to przyswojenie dużej ilości glutenu (czytaj: góra makaronu w restauracji popita piwem) powoduje u mnie sensacje żołądkowe. Jadam często pełnoziarniste produkty zbożowe (achhh, owsianka :)), ale jednocześnie staram się szukać zdrowych i ciekawych alternatyw, choćby po to, żeby spróbować kulinarnych nowości. I w toku takich własnie poszukiwań narodziły się te babeczki.

Eksperymentując z Paleo nauczyłam się piec ciasta czy muffinki, w któych zamiast mąki używałam mielonych orzechów albo wiórków kokosowych, ale o ile efekt smakowy był bardzo zadowalający, to kaloryczność już niekoniecznie. Nie oszukujymy się, orzechy to głównie tłuszcz. Pomyślałam jednak, że może warto spróbować upiec coś z mąką z cieciorki. Można ją dostać w sklepach ze zdrową żywnością, a czasem w większych sklepach spożywczych. Nie kosztuje fortuny – ok. 6 zł za pół kilograma. Jeśli chodzi o wartości odżywcze, to ma same zalety: jest bezglutenowa, zawiera niewiele tłuszczu, a za to sporo białka, a poza tym nie jest tak drobna jak zwykła mąka, dzięki czemu muffinki mają fajną „gęstą” fakturę. Bez problemu wyjęłam je z foremek, żyją już trzeci dzień i nadal są wilgotne i smaczne🙂 Jeśli nie macie mąki z cieciorki, to myślę, że zwykła mąka też da radę. Na pewno sprawdzi się też „mąka” z orzechów lub migdałów.

Składnki (na ok 10 babeczek)

suche

  • szklanka mąki z cieciorki
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • łyżka przyprawy do piernika
  • szczypta soli

mokre

  • 4 małe jajka (lub 3 większe)
  • 4 czubate łyżki masła orzechowego
  • 2-3 łyżki miodu (dałam dwie łyżki, ale jeśli lubicie słodsze wypieki, polecam trzy)

dodatkowo

  • 3 średnie marchewki
  • dowolne bakalie (u mnie garść orzeszków ziemnych, garść słonecznika i garść jagód goji, można pominąć)

Przygotowanie

W misce mieszamy suche składniki. W drugiej misce mieszamy mokre – prawdopodobnie przyda się mikser, bo masło orzechowe jest dość gęste. Następnie wlewamy morke składniki do suchych i mieszamy do połączenia. Dodajemy marchewkę startą na drobnej tarce i ewentualnie bakalie i ponnownie mieszamy. Gdyby masa była za gęsta (tzn. jeśli nie da rady wmieszać całej mąki), można dodać kilka łyżek dowolnego mleka lub wody (ja dałam odrobinę mleka sojowego).

Masę przekładamy do foremek (silikonowych lub posmarowanych olejem) i pieczemy ok. 20 minut w 175 stopniach.

Smacznego🙂

Przepis dodaję do akcji Love masło orzechowe ed.II

Wegańskie curry warzywne z masłem orzechowym

Standardowy

curry z masłem orzechowym

Co prawda w ostatnich dniach pogoda nieźle nas rozpieszczała, ale ewidentnie czuć już w powietrzu jesień. Rano jest naprawdę zimno, z drzew sypią się liście, na straganach pełna parą rozgościły się dynie… i wcześniej robi się ciemno, co poważnie utrudnia zrobienie przyzwoitych zdjęć😉 Ale nic to – nieśmiało zaczynam sezon dyniowy i mam dla Was pierwszy tej jesieni dyniowy przepis – wegańskie curry z warzywami, tofu i masłem orzechowym. Aromatyczne, rozgrzewające, bardzo sycące, pełne warzyw i, co też ważne, wymaga pobrudzenia tylko jednego garnka😉 Inspirowałam się tym przepisem. Robiłam już tego typu curry w wersji wegańskiej – z cieciorką i tofu, a także z kurczakiem i zawsze wychodziło dobre🙂 O dziwo połączenie masła orzechowego z pomidorami i mlekiem kokosowym jest naprawdę bardzo ciekawe. Zdecydowanie warte wypróbowania🙂

curry

Składniki (na 3-4 porcje)

  • ok. 400 g dyni (kupiłam już „wypatroszoną” dynię na zupę)
  • ok. 10 sporych pieczarek
  • 1 mała cukinia
  • 1 cebula
  • duża garść liści szpinaku (można pominąć)
  • ok. pół szklanki quinoa, kaszy jaglanej lub kuskusu
  • 1 kostka tofu naturalnego
  • 2 łyżki koncentratu pomidorowego
  • 2 czubate łyżki masła orzechowego
  • 1-1,5 łyżki curry (w proszku)
  • mała puszka (200 ml) mleczka kokosowego (użyłam light)
  • jedna kostka rosołowa (opcjonalnie)
  • garść orzeszków ziwmnych (opcjonalnie)
  • 1-2 łyżki oliwy do smażenia

Przygotowanie

W sporym garnku rozgrzewamy oliwę. Cebulę siekamy, wrzucamy do garnka i smażymy kilka minut, aż zmięknie. Dynię kroimy w kostkę, cukinię w półplasterki, pieczarki obieramy i też kroimy w plasterki. Warzywa dorzucamy do cebuli i zalewamy wodą tak, żeby je zakryła. Wrzucamy kostkę rosołową, dodajemy koncentrat pomidorowy, masło orzechowe, mleczko kokosowe i curry. Na niedużym ogniu gotujemy ok. 25 minut, od czasu do czasu mieszając. Ok. 15 minut przed końcem gotowania dodajemy quinoa, kaszę lub kuskus (surowe). Kasza wchłonie sporo płynu, więc gdyby curry było za gęste, dolewamy parę łyżek wody.

Tofu kroimy w niedużą kostkę i dorzucamy ok. 5 minut przed końcem gotowania. W tym momencis dorzucamy też świeży szpinak i mieszamy, aż liście zmiękną. Na koniec można dosypać garść orzeszków ziemnych.

masło orzechowe

Przepis dodaję do akcji Love masło orzechowe ed.II

Idzie jesień – tofurnik ze śliwkami

Standardowy

tofurnik ze śliwkami

Nawet pogoda daje dziś znać, że zbliża się jesień. W warzywniakach widziałam już pierwsze dynie – zaraz zacznie się sezon. Tymczasem korzystamy jeszcze z końcówki lata i na osłodę ostatniego dnia wakacji i listopadowej aury mam dla Was wegański sernik ze śliwkami. Dostałam zamówienie na ciasto z owocami, a maliny i borówki już mi się delikatnie przejadły. A śliwki uwielbiam – w sezonie świeże, poza seoznem suszone albo mrożone – zawsze🙂

Dawno nie było przepisu na wegańskie ciasto, więc wymyśliłam sobie, że tym razem takie właśnie będzie. Myślałam o tarcie, ale nie chciało mi się zagniatać kruchego spodu – ostatnio leniwa jestem😉 – a kupienie gotowego ciasta kruchego było poniżej mojej kuchennej godności. W związku zpowyższym, jak zwykle w przystępie lenistwa, padło na sernik, a raczej jego wegańską wersję – sernik z tou, czyli tofurnik. Połączenie sera i śliwek wydało mi się z początku dziwne, ale z drugiej strony… w sumie często jadam kanapki z białym serem i powidłami śliwkowymi i nie narzekam. Poza tym tofu smakuje jesnak trochę inaczej – nie ma kwaskowatego posmaku jak twaróg, co w tym przypadku jest chyba zaletą. Ciasto jest banalne i dosyć szybkie w przygotowaniu, czuć w nim już piernikowe jesienne nuty (no dobra, u mnie czuć piernikowe nuty przez cały rok, ale co tam ;)). Bałam się, że będzie ciężko je pokroić, ale nic z tych rzeczy – po spędzeniu kilku godzin w lodówce kroi się ślicznie.

tofurnik

Składniki (na tortownicę o średnicy 23 cm)

spód

  • ok 250 g herbatników korzennych
  • 4 czubate łżki masła orzechowego

masa z tofu

  • 3 kostki tofu naturalnego (po 180 g)
  • pół szklanki mleka sojowego
  • torebka budyniu waniliowego (proszek)
  • 5-6 łyżek brązowego cukru
  • szczypta soli
  • pół opakowania przyprawy do piernika

dodatkowo

  • garść rodzynek
  • garść orzechów laskowych lub włoskich (włoskie można posiekać)
  • kilkanaście śliwek węgierek

tofurnik

Przygotowanie

Ciastka miksujemy w blenderze z masłem orzechowym do uzyskania konsystencji mokrego piasku. Dno tortownicy wykładamy pergaminem, a boki smarujemy olejem. Masę ciasteczkową wykładamy na dno i mocno dociskamy. Składniki masy miksujemy do uzyskania jednolitej konsystencji. Dodajemy rodzynki i orzechy i mieszamy. Masę wylewamy na ciasteczkowy spód i wyrównujemy. Śliwki przekrajamy na pół i układamy na cieście, rozcięciem do góry. Pieczemy ok. 50 minut w 180 stopniach. Mniej więcej w połowie pieczenia przylrywamy tortownicę folią aluminiową. Studzimy, a następnie wstawiamy na kilka godzin do lodówki.

Smacznego🙂

tofurnik

Przepis dodaję do akcji Serniki 2013 – Edycja Letnia i Śliwkowa Akcja I

Szybki obiad na lato – sałatka z jarmużu z makaronem

Standardowy

sałatka

Jarmuż nie jest chyba u nas zbyt znany, a szokda. Pamiętam, że kiedyś natknęłam się na wzmiankę o nim w książce kucharskiej dla dzieci, którą namiętnie czytywałam jakieś 20 lat temu z hakiem, domagając się, ku rozpaczy rodziców, robienia żaglówek z jajek czy innych myszek z twarogu😉 Tam jednak jarmuż pojawiał się tylko jako dekoracja półmiska.

Dużo później, kiedy na nowo odkryłam kuchenną pasję, straciwszy jednak ciut zapału do twarogowych myszek, zaczęłam czytać anglojęzyczne blogi kuchenne i co chwila natykałam się na kale salad, czyli sałatkę z… czymś, czego nazwy nie kojarzyłam, ale ze zdjęć wymyśliłam sobie, że to kapusta włoska w jakimś wczesnym stadium rozwoju😉 Zrobiłam nawet swego czasu bardzo smaczną sałatkę, uzywając właśnie kapusty włoskiej i jeśli nie uda Wam się znlaeźć w sklepie jarmużu, to będzie to dobry zamiennik. Ale właśnie przy oakzji tej sałatki ktoś mi zwrócił uwagę, że kale to jednak nie kapusta.

Jakiś czas później przy zupełnie przy innej okazji znalazłam jarmuż w najzywklejszym supermerkecie. Kosztował kilka złotych za wielką torbę, więc niewiele myśląc wrzuciłam go do wózka i zaczęłam eksperymentować. Jarmuż pod względem faktury i smaku rzeczywiście przypomina kapustę, ale jest sprzedawany jako osobne liście, a nie w główkach. I jak mu się bliżej przyjrzeć, to jest całkiem ładny🙂

jarmuż

jarmuż

Jjarmuż jest kopalnią witamin i mikroelementów, świetnym wegańskim źródłem żelaza i wapnia, a poza tym jak każda zielenina, zawiera mnostwo korzystnych dla zdrowia przeciwutleniaczy.

Jak widać, warto się z nim bliżej zaprzyjaźnić. Najlepiej wykorzystać go w postaci surowej we wszelkiego rodzaju sałatkach – może być ich bazą tak jak szpinak, rukola czy mieszanka sałat. Ma nad nimi tę przewagę, że może nawet kilka dni stać w lodówce i pod wpływem sosu nie staje się z czasem smutną papką jak sałata. Wręcz przeciwnie, sałątka z jarmużem z czasem „dojrzewa” i są wszelkie szanse, że trzeciego dnia będzie nawet lepsza niż pierwszego🙂.

Tak więc dziś mam dla Was propozycję sałatki z prostych składników, które chyba każdy ma pod ręką. Dzięki dodatkowi makaronu nadaje się na samodzielny letni obiad – lekki ale dosyć sycący. Robi się ją w porywach do 10 minut, a zaoszczędzony czas można wykorzystać na spacer i rozkoszowanie się końcówką lata🙂 Najlepiej zrobić ją kilka godzin wcześniej lub nawet poprzedniego dnia – leżakowanie w lodówce pozwoli jej się „przegryźć” i zdecydowanie korzystnie wpłynie na smak.

IMGP8750-5

Składniki (na 1 dużą lub 2 mniejsze porcje)

  • 2-3 duże garście świeżego jarmużu
  • ok 100 g krótkiego makaronu (u mnie pełnoziarniste penne)
  • ok. 8 pomidorków koktailowyc (może być też jeden spory pomidor, ale pomidorki koktailowe podnoszą wrażenia estetyczne😉
  • 3 łyżki pestek słonecznika
  • 2-3 łyżki tartego parmezanu (w wersji wegańskiej można zastąpić płatkami drożdżowymi)
  • 2-3 łyżki oliwy z oliwek
  • ok. łyżki octu (użyłam jabłkowego)
  • szczypta soli
  • ok. pół łyżki przyprawy do kuchni włoskiej (albo trochę więcej, do smaku)

Przygotowanie

Jarmuż płuczemy i rwiemy w rękach na nieduże kawałki (wyrzucamy twarde łodygi przechodzące przez środek liści). Wkładamy do miski, dodajemy oliwę, ocet, sól i przyprawy i przez około minutę ugnniatamy rękami liście, żeby dokładnie połączyły się z sosem. To ważne – dzięki temu jarmuż zmięknie i przejdzie dokładnie smakiem i zapachem dressingu. Dodajemy pozostałe składniki (makaron oczywiście wcześniej gotujemy, pomidorki przekrajamy na pół). Mieszamy i odstawiamy na kilka godzin do lodówki (nie jest to konieczne, ale jeśli macie czas, to warto). Jeśli po wyjęciu z lodówki sałatka wydaje się zbyt sucha, można dodać jeszcze odrobinę oliwy.

Jemy, popijając schłodzonym białym winem (a przynajmniej ja mam taki plan, bo sałatka właśnie nabiera mocy ;)). Smacznego🙂

sałatka

Placki z cukinią, fetą i kurczakiem

Standardowy

IMGP8718-1

Cześć🙂 Nadal żyję, choć może niektórzy już w to zwątpili😉 I nadal jem. Co więcej, poza małymi wpadkami udało mi się trzymać postanowienia, żeby jeść normalnie, czyli wszystko z umiarem i nie kombinować z mniej czy bardziej udziwnionymi dietami. Czasem mam „przebłyski”, że może by tak weganizm, Paleo albo dieta Montignaca, ale na szczęście szybko mijają🙂

Aktualnie w moim życiu sporo się zmienia i chociaż jestem święcie przekonana, że w dłuższej perspektywie te zmiany wyjdą mi tylko i wyłącznie na dobre, to mam dni, kiedy jedyne na co mam ochotę po pracy, to siąść  z książką w garści (polecam „The Game of Thrones”, wciągnęłam się na amen :)) i kieliszkiem (albo kilkoma) wina, a ostatnia rzecz, o której myślę, to gotowanie. Cóż, wtedy zostają płatki z jogurtem, kanapka na lunch, a po powrocie rarytas w stylu jajek sadzonych z surówką😉 I żyję dalej, bo okazało się, że w życiu jest sporo ważniejszych rzeczy niż obmyślanie posiłków na tydzień z góry i zamartwianie się przez pół dnia, gdzie ja dostanę olej sezamowy, bo przecież bez niego ten przepis nie wyjdzie i mój świat się zawali😉

Staram się jednakowoż zazwyczaj ugotować sobie coś sensownego, czyli mniej więcej zdrowego, smacznego i ze składników, które nie kosztują fortuny. Ostatnio pracuję trochę nad oszczędnością, również w kuchni. Nie znaczy to, że przymieram głodem albo jem chleb z najtańszą mielonką, która koło mięsa nawet nie leżała, ale staram się kupować produkty, które do końca wykorzystam w różnych przepisach, zamiast np butelki jakiegoś egzotycznego sosu, którego użyję pół łyżeczki, a reszta będzie stać rok w lodówce, po czym ją wyrzucę, bo nie będę miała bladego pojęcia, co by z nim zrobić.

Dziś np z okazji długiego weekendu i pierwszego czwartku w tym tygodniu popełniłam placki z cukinii. Widziałam wiele przepisów na najróżniejsze ich wariacje, ale ten to mój autorski pomysł oparty na aktualnej zawartości lodówki i resztkach domagających się pilnego wykorzystania. Placki wyszły dobre i bardzo sycące – z podanej porcji wyszło mi 12 sztuk, przy czym trzema najadłam się po uszy, więc myślę, że spokojnie mogą się najeść 3-4 osoby.

placki z cukinii

Składniki

  • 1 spora cukinia
  • 1 i 1/3 szklanki mąki
  • 4 małe jajka
  • pół szklanki jogurtu naturalnego
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • 2-3 łyżki sosu pesto
  • ok. 100 g sera feta
  • gotowana lub pieczona pierś z kurczaka – miałam dwa nieduże kotlety z piersi, świetnie nadadzą się tu resztki z wczorajszego obiadu
  • sól i pieprz do smaku
  • olej do smażenia

Przygotowanie

Jajka, mąkę, jogurt, pesto i proszek do pieczenia miksujemy na jednolitą masę, mniej więcej (raczej więcej ;)) o gęstości śmietany). Cuknię ścieramy na drobnej tarce i odciskamy nadmiar soku. Kurczaka kroimy w niedużą kostkę, fetę również kroimy lub kruszymy na niewielkie kawałki. Do ciasta dodajemy najpierw startą cukinię i dokładnie mieszamy. Następnie dodajemy kurczaka i ser i również mieszamy. Ewentualnie doprawiamy do smaku solą i pieprzem.

Do smażenia potrzebna jest koniecznie nieprzywierająca patelnia. Próbowałam smażyć pierwszą partię placków na patelni ceramicznej i za Chiny Ludowe nie dało się ich przewrócić. W ogóle moja patelnia ceramiczna to jakiś żart – w dnie ma wycięte jakieś wzorki, które rzekomo wspomagają równe podgrzewanie i zabezpieczają przed przywieraniem. Otóż dzięki tymże wzorkom do patelni przykleja się absolutnie wszystko, nie daje się jej w żaden sposób domyć, a poza tym nagrzewa się godzinę (chociaż to już chyba nie wina wzorków ;)).

No więc na nieprzywierającej patelni dobrze rozgrzewamy olej i wykładamy na niego masę, mniej więcej po dwie czubate łyżki na placek. Smażymy jakieś 4-5 minut, po czym przewracamy delikatnie na drugą stronę i smażymy jeszcze ok. 3 minuty. W razie potrzeby dolewamy w trakcie smażenia odrobinę oleju. Nadmiar tłuszczu można odsączyć, odkładając placki na papierowy ręcznik.

Świetnie smakują z sosem tzatziki lub ziołowym serkiem typu Almette oraz sałatką ze świeżych pomidorów. Następnego dnia można je bez problemu odgrzać na patelni lub w mikrofalówce.

Smacznego🙂

Szybki makaron z bobem

Standardowy

Makaron z bobem

No więc tego… nadal żyję i nawet zdarza mi się coś ugotować😉 Ostatnimi czasy moja dieta wołała niestety o pomstę do nieba – płatki na mleku 3 razy dziennie, masło orzechowe prosto ze słoika i szejki białkowe. Do tego czekolada w ilościach zdecydowanie powyżej przyzwoitości… Efekt łatwy do przewidzenia – dziwnym sposobem wszystkie spodnie skurczyły się w praniu:-/ No cóż, jak widać zajadanie emocji nie jest na dłuższą metę dobrą strategią…

Jednakowoż ogarniam się i postanowiłam przeprosić się ze zdrową kuchnią. Nie będzie już granoli jedzonej garściami z torebki na kolację, dwóch porcji lodów (które wcale nie są jakieś szczególnie dobre, ale szkoda, żeby się zmarnowały :-P), paczek nachosów pochłanianych w stanie pomroczności jasnej tudzież ataku filipińskiej choroby (chociaż to akurat było na wakacjach, więc w pewnym stopniu czuję się usprawiedliwiona ;)). Będzie za to normalne jedzenie, z przyzwoitych składników, smaczne, w miarę zdrowe i zjadane w cywilizowany sposób, tzn. nie na zimno prosto z plastikowego pojemnika, bo jestem tak głodna, że nie dam rady poczekać nawet 3 minut aż się podgrzeje w mikrofali…

Jednym słowem, czas wziąć się w garść. Przyjąć do wiadomości, że to, czy zjem na obiad 3 pączki, czy sałatkę, to tylko i wyłącznie moja decyzja. Zmienić podejście w stylu „miałam dzisiaj fatalny dzień, więc zjem sobie lody albo wypiję kawę z bitą śmietaną”, a potem „no dobra, skoro już i tak zjadłam te lody, to może jeszcze czekoladkę i garść orzechów, a od jutra zdrowo dię odżywiam”, bo moje „od jutra” trwa już chyba z rok i niestety przekonuję się na własnej skórze, że od myślenia o zdrowym odżywianiu nikt jeszcze nie schudł i nie doszedł do dobrej formy…

No właśnie. Więc będę gotować prawdziwe jedzenie, zdrowsze wersje różnych pyszności, a czasem pewnie też zupełnie niezdrowe desery ociekające tłuszczem i pełne pustych kalorii, bo cóż, żyje się tylko raz🙂

Na kolejny dobry początek przygotowałam makaron z bobem, fetą i pomidorami🙂 Fajne szybkie danie, dobre na taki dzień jak dziś, kiedy temperatura nie zachęca do stania nad garnkiem pół dnia. Generalnie nie jestem wielbicielką bobu, ale w tym zestawieniu naprawdę mi smakował, więc polecam. A jako że bób z jakiegoś powodu można kupić (przynajmniej u mnie) tylko w kilogramowych torbach, więc sporo mi go jeszcze zostało, a zatem niebawem kolejne przepisy z nim w roli głównej.

bób

Składniki (na 3 średnie porcje)

  • ok. 300 g bobu
  • ok. 200 g dowolnego makaronu (raczej krótkiego)
  • 3 łyżki oliwy
  • 2-3 ząbki czosnku (dałam 3)
  • jeden bardzo duży pomidor lub dwa mniejsze (myśle, że fajne by się też sprawdziły pomidorki koktailowe)
  • ok. 100 g sera typu feta
  • ok. łyżka posiekanych listków świeżej mięty (może być trochę więcej – ja dałam mniej, bo nie do końca byłm do tej mięty przekonana, ale fajnie się sprawdziła w tym zestawieniu)
  • sczypta soli (do smaku)

Przygotowanie

Bób gotujemy w osolonej wodzie przez ok. 15 minut. Makaron gotujemy al dente zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Oczywiście odcedzamy. Na patelni rozgrzewamy oliwę, dodajemy czosnek przeciśnięty przez praskę lub drobno posiekany. Smażymy ok. 2 minuty, często mieszając, aby czosnek się nie spalił. Następnie dodajemy makaron i bób, pokruszony ser feta i pokrojone w kostkę pomidory. Smażymy kilka minut, często mieszając, aż ser trochę wię roztopi. Ewentualnie solimy do smaku. Na sam koniec dodajemy posiekane listki mięty i jeszcze raz mieszamy.

Smacznego🙂

makaron z bobem

Przepis dodaję do akcji Warzywa Strączkowe – Edycja Letnia

Muffinki zielone jak nie wiem co

Standardowy

zielone muffinki

Jak powracać do blogowania, to z przytupem😉 Jak wspomniałam, miałam w planie muffinki – święto-Patrykowe, zielone, a jakże. Obiecałam koleżankom z pracy zielone ciasto i oto są, może nie ciasto, ale zielone na pewno😉 Te muffinki nadają się dla każdego – wegańskie, bezglutenowe, bez mąki, z bardzo niewielkim dodatkiem syropu z agawy w charaktrze słodzika. Przy tym super sycące – jedna spokojnie starczy na drugie śniadanie. Jeśli nie lubicie szpinaku, warto się przełamać, bo naprawdę (naprawdę!) nie czuć jego smaku. Nawet moja ulubiona teściowa, którą niniejszym pozdrawiam, może o tym zaświadczyć – zawsze ma wielkie opory przed konsumpcją spzinaku, a twierdzi, że babeczki są naprawdę smaczne🙂

Składniki (na 10 babeczek)

  • 2 kopiaste szklanki wiórków kokosowych
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • spora szczypta soli
  • 4 łyżki mielonego siemienia lnianego
  • 3/4 szklanki mleka (użyłam sojowego)
  • opakowanie (400g) mielonego mrożonego szpinaku
  • 1 dojrzały banan
  • czubata łyżka masła orzecchowego
  • 2-3 łyżki syropu z agawy (klonowego, miodu…)

Przygotowanie

Najpierw należy rozmrozić szpinak i dokładnie odcisnąć z niego wodę. Potem wiórki mielimy w blenderze, aż zaczną konsystencją przypominać kaszę manną. Mieszamy je z proszkiem do pieczenia i solą. Następnie miksujemy szpinak, banana, siemię lniane, mleko, masło orzechowe i syrop z agawy. Dodajemy do suchych składników i dokładnie mieszamy. Gdyby było za suche, można dodać jeszcze odrobinę mleka lub wody. Masa powinna być bardzo gęsta, ale nie powinna się kruszyć.

Przekładamy masę do foremek na muffinki, które można spokojnie wypełnić do samej góry a nawet powyżej, bo muffinki prawie nie rosną. Pieczemy 20-25 minut w 180 stopniach.

Smacznego🙂

Przepis dodaję do akcji Zielono Mi

zielono4