Category Archives: obiady

Wegańskie curry warzywne z masłem orzechowym

Zwykły wpis

curry z masłem orzechowym

Co prawda w ostatnich dniach pogoda nieźle nas rozpieszczała, ale ewidentnie czuć już w powietrzu jesień. Rano jest naprawdę zimno, z drzew sypią się liście, na straganach pełna parą rozgościły się dynie… i wcześniej robi się ciemno, co poważnie utrudnia zrobienie przyzwoitych zdjęć 😉 Ale nic to – nieśmiało zaczynam sezon dyniowy i mam dla Was pierwszy tej jesieni dyniowy przepis – wegańskie curry z warzywami, tofu i masłem orzechowym. Aromatyczne, rozgrzewające, bardzo sycące, pełne warzyw i, co też ważne, wymaga pobrudzenia tylko jednego garnka 😉 Inspirowałam się tym przepisem. Robiłam już tego typu curry w wersji wegańskiej – z cieciorką i tofu, a także z kurczakiem i zawsze wychodziło dobre 🙂 O dziwo połączenie masła orzechowego z pomidorami i mlekiem kokosowym jest naprawdę bardzo ciekawe. Zdecydowanie warte wypróbowania 🙂

curry

Składniki (na 3-4 porcje)

  • ok. 400 g dyni (kupiłam już „wypatroszoną” dynię na zupę)
  • ok. 10 sporych pieczarek
  • 1 mała cukinia
  • 1 cebula
  • duża garść liści szpinaku (można pominąć)
  • ok. pół szklanki quinoa, kaszy jaglanej lub kuskusu
  • 1 kostka tofu naturalnego
  • 2 łyżki koncentratu pomidorowego
  • 2 czubate łyżki masła orzechowego
  • 1-1,5 łyżki curry (w proszku)
  • mała puszka (200 ml) mleczka kokosowego (użyłam light)
  • jedna kostka rosołowa (opcjonalnie)
  • garść orzeszków ziwmnych (opcjonalnie)
  • 1-2 łyżki oliwy do smażenia

Przygotowanie

W sporym garnku rozgrzewamy oliwę. Cebulę siekamy, wrzucamy do garnka i smażymy kilka minut, aż zmięknie. Dynię kroimy w kostkę, cukinię w półplasterki, pieczarki obieramy i też kroimy w plasterki. Warzywa dorzucamy do cebuli i zalewamy wodą tak, żeby je zakryła. Wrzucamy kostkę rosołową, dodajemy koncentrat pomidorowy, masło orzechowe, mleczko kokosowe i curry. Na niedużym ogniu gotujemy ok. 25 minut, od czasu do czasu mieszając. Ok. 15 minut przed końcem gotowania dodajemy quinoa, kaszę lub kuskus (surowe). Kasza wchłonie sporo płynu, więc gdyby curry było za gęste, dolewamy parę łyżek wody.

Tofu kroimy w niedużą kostkę i dorzucamy ok. 5 minut przed końcem gotowania. W tym momencis dorzucamy też świeży szpinak i mieszamy, aż liście zmiękną. Na koniec można dosypać garść orzeszków ziemnych.

masło orzechowe

Przepis dodaję do akcji Love masło orzechowe ed.II

Szybki obiad na lato – sałatka z jarmużu z makaronem

Zwykły wpis

sałatka

Jarmuż nie jest chyba u nas zbyt znany, a szokda. Pamiętam, że kiedyś natknęłam się na wzmiankę o nim w książce kucharskiej dla dzieci, którą namiętnie czytywałam jakieś 20 lat temu z hakiem, domagając się, ku rozpaczy rodziców, robienia żaglówek z jajek czy innych myszek z twarogu 😉 Tam jednak jarmuż pojawiał się tylko jako dekoracja półmiska.

Dużo później, kiedy na nowo odkryłam kuchenną pasję, straciwszy jednak ciut zapału do twarogowych myszek, zaczęłam czytać anglojęzyczne blogi kuchenne i co chwila natykałam się na kale salad, czyli sałatkę z… czymś, czego nazwy nie kojarzyłam, ale ze zdjęć wymyśliłam sobie, że to kapusta włoska w jakimś wczesnym stadium rozwoju 😉 Zrobiłam nawet swego czasu bardzo smaczną sałatkę, uzywając właśnie kapusty włoskiej i jeśli nie uda Wam się znlaeźć w sklepie jarmużu, to będzie to dobry zamiennik. Ale właśnie przy oakzji tej sałatki ktoś mi zwrócił uwagę, że kale to jednak nie kapusta.

Jakiś czas później przy zupełnie przy innej okazji znalazłam jarmuż w najzywklejszym supermerkecie. Kosztował kilka złotych za wielką torbę, więc niewiele myśląc wrzuciłam go do wózka i zaczęłam eksperymentować. Jarmuż pod względem faktury i smaku rzeczywiście przypomina kapustę, ale jest sprzedawany jako osobne liście, a nie w główkach. I jak mu się bliżej przyjrzeć, to jest całkiem ładny 🙂

jarmuż

jarmuż

Jjarmuż jest kopalnią witamin i mikroelementów, świetnym wegańskim źródłem żelaza i wapnia, a poza tym jak każda zielenina, zawiera mnostwo korzystnych dla zdrowia przeciwutleniaczy.

Jak widać, warto się z nim bliżej zaprzyjaźnić. Najlepiej wykorzystać go w postaci surowej we wszelkiego rodzaju sałatkach – może być ich bazą tak jak szpinak, rukola czy mieszanka sałat. Ma nad nimi tę przewagę, że może nawet kilka dni stać w lodówce i pod wpływem sosu nie staje się z czasem smutną papką jak sałata. Wręcz przeciwnie, sałątka z jarmużem z czasem „dojrzewa” i są wszelkie szanse, że trzeciego dnia będzie nawet lepsza niż pierwszego :).

Tak więc dziś mam dla Was propozycję sałatki z prostych składników, które chyba każdy ma pod ręką. Dzięki dodatkowi makaronu nadaje się na samodzielny letni obiad – lekki ale dosyć sycący. Robi się ją w porywach do 10 minut, a zaoszczędzony czas można wykorzystać na spacer i rozkoszowanie się końcówką lata 🙂 Najlepiej zrobić ją kilka godzin wcześniej lub nawet poprzedniego dnia – leżakowanie w lodówce pozwoli jej się „przegryźć” i zdecydowanie korzystnie wpłynie na smak.

IMGP8750-5

Składniki (na 1 dużą lub 2 mniejsze porcje)

  • 2-3 duże garście świeżego jarmużu
  • ok 100 g krótkiego makaronu (u mnie pełnoziarniste penne)
  • ok. 8 pomidorków koktailowyc (może być też jeden spory pomidor, ale pomidorki koktailowe podnoszą wrażenia estetyczne 😉
  • 3 łyżki pestek słonecznika
  • 2-3 łyżki tartego parmezanu (w wersji wegańskiej można zastąpić płatkami drożdżowymi)
  • 2-3 łyżki oliwy z oliwek
  • ok. łyżki octu (użyłam jabłkowego)
  • szczypta soli
  • ok. pół łyżki przyprawy do kuchni włoskiej (albo trochę więcej, do smaku)

Przygotowanie

Jarmuż płuczemy i rwiemy w rękach na nieduże kawałki (wyrzucamy twarde łodygi przechodzące przez środek liści). Wkładamy do miski, dodajemy oliwę, ocet, sól i przyprawy i przez około minutę ugnniatamy rękami liście, żeby dokładnie połączyły się z sosem. To ważne – dzięki temu jarmuż zmięknie i przejdzie dokładnie smakiem i zapachem dressingu. Dodajemy pozostałe składniki (makaron oczywiście wcześniej gotujemy, pomidorki przekrajamy na pół). Mieszamy i odstawiamy na kilka godzin do lodówki (nie jest to konieczne, ale jeśli macie czas, to warto). Jeśli po wyjęciu z lodówki sałatka wydaje się zbyt sucha, można dodać jeszcze odrobinę oliwy.

Jemy, popijając schłodzonym białym winem (a przynajmniej ja mam taki plan, bo sałatka właśnie nabiera mocy ;)). Smacznego 🙂

sałatka

Placki z cukinią, fetą i kurczakiem

Zwykły wpis

IMGP8718-1

Cześć 🙂 Nadal żyję, choć może niektórzy już w to zwątpili 😉 I nadal jem. Co więcej, poza małymi wpadkami udało mi się trzymać postanowienia, żeby jeść normalnie, czyli wszystko z umiarem i nie kombinować z mniej czy bardziej udziwnionymi dietami. Czasem mam „przebłyski”, że może by tak weganizm, Paleo albo dieta Montignaca, ale na szczęście szybko mijają 🙂

Aktualnie w moim życiu sporo się zmienia i chociaż jestem święcie przekonana, że w dłuższej perspektywie te zmiany wyjdą mi tylko i wyłącznie na dobre, to mam dni, kiedy jedyne na co mam ochotę po pracy, to siąść  z książką w garści (polecam „The Game of Thrones”, wciągnęłam się na amen :)) i kieliszkiem (albo kilkoma) wina, a ostatnia rzecz, o której myślę, to gotowanie. Cóż, wtedy zostają płatki z jogurtem, kanapka na lunch, a po powrocie rarytas w stylu jajek sadzonych z surówką 😉 I żyję dalej, bo okazało się, że w życiu jest sporo ważniejszych rzeczy niż obmyślanie posiłków na tydzień z góry i zamartwianie się przez pół dnia, gdzie ja dostanę olej sezamowy, bo przecież bez niego ten przepis nie wyjdzie i mój świat się zawali 😉

Staram się jednakowoż zazwyczaj ugotować sobie coś sensownego, czyli mniej więcej zdrowego, smacznego i ze składników, które nie kosztują fortuny. Ostatnio pracuję trochę nad oszczędnością, również w kuchni. Nie znaczy to, że przymieram głodem albo jem chleb z najtańszą mielonką, która koło mięsa nawet nie leżała, ale staram się kupować produkty, które do końca wykorzystam w różnych przepisach, zamiast np butelki jakiegoś egzotycznego sosu, którego użyję pół łyżeczki, a reszta będzie stać rok w lodówce, po czym ją wyrzucę, bo nie będę miała bladego pojęcia, co by z nim zrobić.

Dziś np z okazji długiego weekendu i pierwszego czwartku w tym tygodniu popełniłam placki z cukinii. Widziałam wiele przepisów na najróżniejsze ich wariacje, ale ten to mój autorski pomysł oparty na aktualnej zawartości lodówki i resztkach domagających się pilnego wykorzystania. Placki wyszły dobre i bardzo sycące – z podanej porcji wyszło mi 12 sztuk, przy czym trzema najadłam się po uszy, więc myślę, że spokojnie mogą się najeść 3-4 osoby.

placki z cukinii

Składniki

  • 1 spora cukinia
  • 1 i 1/3 szklanki mąki
  • 4 małe jajka
  • pół szklanki jogurtu naturalnego
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • 2-3 łyżki sosu pesto
  • ok. 100 g sera feta
  • gotowana lub pieczona pierś z kurczaka – miałam dwa nieduże kotlety z piersi, świetnie nadadzą się tu resztki z wczorajszego obiadu
  • sól i pieprz do smaku
  • olej do smażenia

Przygotowanie

Jajka, mąkę, jogurt, pesto i proszek do pieczenia miksujemy na jednolitą masę, mniej więcej (raczej więcej ;)) o gęstości śmietany). Cuknię ścieramy na drobnej tarce i odciskamy nadmiar soku. Kurczaka kroimy w niedużą kostkę, fetę również kroimy lub kruszymy na niewielkie kawałki. Do ciasta dodajemy najpierw startą cukinię i dokładnie mieszamy. Następnie dodajemy kurczaka i ser i również mieszamy. Ewentualnie doprawiamy do smaku solą i pieprzem.

Do smażenia potrzebna jest koniecznie nieprzywierająca patelnia. Próbowałam smażyć pierwszą partię placków na patelni ceramicznej i za Chiny Ludowe nie dało się ich przewrócić. W ogóle moja patelnia ceramiczna to jakiś żart – w dnie ma wycięte jakieś wzorki, które rzekomo wspomagają równe podgrzewanie i zabezpieczają przed przywieraniem. Otóż dzięki tymże wzorkom do patelni przykleja się absolutnie wszystko, nie daje się jej w żaden sposób domyć, a poza tym nagrzewa się godzinę (chociaż to już chyba nie wina wzorków ;)).

No więc na nieprzywierającej patelni dobrze rozgrzewamy olej i wykładamy na niego masę, mniej więcej po dwie czubate łyżki na placek. Smażymy jakieś 4-5 minut, po czym przewracamy delikatnie na drugą stronę i smażymy jeszcze ok. 3 minuty. W razie potrzeby dolewamy w trakcie smażenia odrobinę oleju. Nadmiar tłuszczu można odsączyć, odkładając placki na papierowy ręcznik.

Świetnie smakują z sosem tzatziki lub ziołowym serkiem typu Almette oraz sałatką ze świeżych pomidorów. Następnego dnia można je bez problemu odgrzać na patelni lub w mikrofalówce.

Smacznego 🙂

Szybki makaron z bobem

Zwykły wpis

Makaron z bobem

No więc tego… nadal żyję i nawet zdarza mi się coś ugotować 😉 Ostatnimi czasy moja dieta wołała niestety o pomstę do nieba – płatki na mleku 3 razy dziennie, masło orzechowe prosto ze słoika i szejki białkowe. Do tego czekolada w ilościach zdecydowanie powyżej przyzwoitości… Efekt łatwy do przewidzenia – dziwnym sposobem wszystkie spodnie skurczyły się w praniu :-/ No cóż, jak widać zajadanie emocji nie jest na dłuższą metę dobrą strategią…

Jednakowoż ogarniam się i postanowiłam przeprosić się ze zdrową kuchnią. Nie będzie już granoli jedzonej garściami z torebki na kolację, dwóch porcji lodów (które wcale nie są jakieś szczególnie dobre, ale szkoda, żeby się zmarnowały :-P), paczek nachosów pochłanianych w stanie pomroczności jasnej tudzież ataku filipińskiej choroby (chociaż to akurat było na wakacjach, więc w pewnym stopniu czuję się usprawiedliwiona ;)). Będzie za to normalne jedzenie, z przyzwoitych składników, smaczne, w miarę zdrowe i zjadane w cywilizowany sposób, tzn. nie na zimno prosto z plastikowego pojemnika, bo jestem tak głodna, że nie dam rady poczekać nawet 3 minut aż się podgrzeje w mikrofali…

Jednym słowem, czas wziąć się w garść. Przyjąć do wiadomości, że to, czy zjem na obiad 3 pączki, czy sałatkę, to tylko i wyłącznie moja decyzja. Zmienić podejście w stylu „miałam dzisiaj fatalny dzień, więc zjem sobie lody albo wypiję kawę z bitą śmietaną”, a potem „no dobra, skoro już i tak zjadłam te lody, to może jeszcze czekoladkę i garść orzechów, a od jutra zdrowo dię odżywiam”, bo moje „od jutra” trwa już chyba z rok i niestety przekonuję się na własnej skórze, że od myślenia o zdrowym odżywianiu nikt jeszcze nie schudł i nie doszedł do dobrej formy…

No właśnie. Więc będę gotować prawdziwe jedzenie, zdrowsze wersje różnych pyszności, a czasem pewnie też zupełnie niezdrowe desery ociekające tłuszczem i pełne pustych kalorii, bo cóż, żyje się tylko raz 🙂

Na kolejny dobry początek przygotowałam makaron z bobem, fetą i pomidorami 🙂 Fajne szybkie danie, dobre na taki dzień jak dziś, kiedy temperatura nie zachęca do stania nad garnkiem pół dnia. Generalnie nie jestem wielbicielką bobu, ale w tym zestawieniu naprawdę mi smakował, więc polecam. A jako że bób z jakiegoś powodu można kupić (przynajmniej u mnie) tylko w kilogramowych torbach, więc sporo mi go jeszcze zostało, a zatem niebawem kolejne przepisy z nim w roli głównej.

bób

Składniki (na 3 średnie porcje)

  • ok. 300 g bobu
  • ok. 200 g dowolnego makaronu (raczej krótkiego)
  • 3 łyżki oliwy
  • 2-3 ząbki czosnku (dałam 3)
  • jeden bardzo duży pomidor lub dwa mniejsze (myśle, że fajne by się też sprawdziły pomidorki koktailowe)
  • ok. 100 g sera typu feta
  • ok. łyżka posiekanych listków świeżej mięty (może być trochę więcej – ja dałam mniej, bo nie do końca byłm do tej mięty przekonana, ale fajnie się sprawdziła w tym zestawieniu)
  • sczypta soli (do smaku)

Przygotowanie

Bób gotujemy w osolonej wodzie przez ok. 15 minut. Makaron gotujemy al dente zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Oczywiście odcedzamy. Na patelni rozgrzewamy oliwę, dodajemy czosnek przeciśnięty przez praskę lub drobno posiekany. Smażymy ok. 2 minuty, często mieszając, aby czosnek się nie spalił. Następnie dodajemy makaron i bób, pokruszony ser feta i pokrojone w kostkę pomidory. Smażymy kilka minut, często mieszając, aż ser trochę wię roztopi. Ewentualnie solimy do smaku. Na sam koniec dodajemy posiekane listki mięty i jeszcze raz mieszamy.

Smacznego 🙂

makaron z bobem

Przepis dodaję do akcji Warzywa Strączkowe – Edycja Letnia

Zielona zapiekanka na dzień św Patryka

Zwykły wpis

IMG_8473

Zgodnie z obietnicą powracam do bloga. Jest przepis i nie są to muffinki (choć muffinki też mam dziś w planie ;)). Zdjęcia będą może nieco mniej artystyczne, bo pieczołowite ustawianie sceny przy dwóch szalejących kotach nie należy do zadań łatwych 😉 Mimo to postaram się, żeby jedzenie nadal wyglądało na jadalne 😉 Dziś z okazji dnia piwa i zielonej koniczynki proponuję Wam zieloną zapiekankę warzywno-makaronową. Przepis jest prosty, dosyć szybki i dobrze znosi wszelkie modyfikacje, więc można bezproblemowo go dostosować do zawartości lodówki. Przy okazji pierwszy raz wykorzystałam kamionkowe naczynie ddo zapiekania, które przyniósł mi Mikołaj (tak, od świąt czekało w szafie, sorry Mikołaju ;)). Bardzo fajnie się sprawdziło, tym bardziej, że szczęśliwym trafem jest zielone 🙂

zapiekanka

Składniki (na 4 porcje)

  • 3 garście dowlonego krótkiego makaronu (ja użyłam pełnoziarnistych rurek)

warzywa

  • ok. 200 g pieczarek
  • 1 nieduża cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • większe pół cukinii
  • 2-3 garście świeżego szpinaku
  • sól do smaku (u mnie 2 spore szczypty)
  • ok. łyżki oliwy lub oleju do smażenia

sos

  • kubeczek jogurtu (150-200 ml, użyłam greckiego)
  • 4 małe jajka
  • 2 krzaczki bazylii (opcjonalnie)
  • szczypta granulowanego czosnku
  • szczypta soli

dodatkowo

  • ok. 100 g Waszego ulubionego sera – ja użyłam koziego, ale dobrze się sprawdzi też łagodny ser pleśniowy typu camembert albo, w klimacie irlandzkim, chedar.
  • odrobina oliwy do wysmarowania formy
  • ewentualnie kilka plasterków cukinii i sera do dekoracji

Przygotowanie

Na patelni rozgrzewamy olej. Cebulę drobno siekamy, czosnek przeciskamy przez praskę. Posmażamy cebulę przez kilka minut, aż zmięknie. Następnie dodajemy pokrojoną w półplasterki cukinię i obrane pokrojone w plasterki pieczarki. Solimy i smażymy ok 8-10 minut, aż grzyby i cukinia zmiękną. Na koniec dodajemy szpinak i smażymy tylko chwilkę, aż liście trochę oklapną.

Kiedy warzywa się smażą, gotujemy makaron mocno al dente, czyli jakieś 2 minuty krócej niż podaje przepis na opakowaniu. W osobnym naczyniu miksujemy jogurt, jajka i bazylię. Doprawiamy solą i czosnkiem do smaku.

Ser kroimy w niewielką kostkę lub trzemy na tarce na drobnych oczkach (zależnie od rodzaju sera ;)). Ugotowany i odcedzony makaron oraz ser dodajemy do usmażonych warzyw i mieszamy. Naczynie do zapiekania smarujemy oliwą i przekładamy do niego makaron z warzywami. Zalewamy sosem jogurtowo-jajecznym. Ewentualnie na wierzhu układamy kilka plasterków sera i cukinii.

Pieczemy ok. 40 minut w 175 stopniach. Ja mniej więcej w połowie przykryłam naczynię folią aluminiową, aby wierzch nie wysechł. Smacznego 🙂 A do picia ni mnij ni więcej tylko piwo czekoladowe 😉 Wynalazłam je ostatnio w supermarkecie i stwierdziłam, że będzie świetne do uczczenia dnia św. Patryka. Piwo piję sporadycznie, ale czekoladę uwielbiam. Zobaczymy, co wyszło z połączenia tych dwóch rzeczy. Trochę się chyba boję, ale do odważnych świat należy 😉

IMG_8486

Przepis dodaję do akcji Zielono Mi

zielono4

 

Burgery orzechowe

Zwykły wpis

 

Po delikatnym blogowym kryzysie wreszcie udało mi się wyprodukować i sfotografować fajny przepis 🙂 Jezdem z siebie dumna, zwłaszcza, że wczoraj miałam jakiś dzień niemocy – może z powodu treningu, może przez pogodę, nie wiem, ale faktem jest, że jedyne ne co miałam ochotę to spanie. Wykrzesałam jednak trochę energii i popełniłam orzechowe burgery. Kiedyś już robiłam podobne z przepisu Ireny i Andrzeja, a tym razem inspirowałam się przepisem Nutty Veggie Burgers z książki Let Them Eat Vegan! Książka jest naprawdę fajna i jeśli szukacie np. prezentu na gwiazdkę dla roślinożercy, to jest to dobra opcja 🙂

Burgery też są fajne – przede wszystkim nie rozwalają się przy smażeniu, co uważam za wielką zaletę, bo znakomita wiekszość wege kotletów, jeśli nawet da się przewrócić na drugą stronę na patelni, to przy przekładaniu z patelni na talerz już na bank się rozpadnie. Tu nie ma tego problemu. Kotlety są bardzo smaczne, zwłaszcza dla wielbicieli orzechów, do których niżej podpisana się zalicza. Poza tym podobno są dziecioprzyjazne 😉 Nie mam dzieci, na których mogłabym to sprawdzić, ale autorka książki ma trójkę i tak twierdzi, więc pewnie tak jest 😉 Dla mnie może odrobinkę zbyt łagodne, więc polecam do nich jakiś pikantny sos. Ja jadłam z cebulą i ostrą salsą.

Składniki (na 5 średnich kotletów)

  • ok. 1 szklanki migdałów
  • ok 2/3 szklanki orzechów włoskich
  • duży ząbek czosnku
  • trochę ponad pół szklanki płatków owsianych
  • duża marchewka
  • łyżka ketchupu
  • pół łyżeczki soli
  • 2 łyżki płatków drożdżowych (jeśli nie macie, chyba spokojnie można pominąć)
  • ok. łyżki posiekanej świeżej szałwii (myślę, że dobrze by pasował też świeży lub suszony rozmaryn albo tymianek)
  • olej do smażenia

Przygotowanie

Ząbek czosnku kroimy na kilka kawałków. W robocie kuchennym rozdrabniamy migdały i orzechy razem z czosnkiem, solą, płatkami drożdżowymi i szałwią (lub innymi ziołami). Dodajemy startą na drobnej tarce marchewkę, ketchup i płatki owsiane. Miksujemy, aż masa stanie się zwarta i zacznie się sklejać. Formujemy kotleciki. Na patelni rozgrzewamy niewielką ilość oleju i smażymy 5-7 minut an jednej stronie, a potem 3-4 minuty na drugiej. Podajemy np z bułką, warzywami i ketchupem, musztardą, majonezem itp. dodatkami fastfoodowymi, albo z sałatką.

Smacznego 🙂

Lasagne z dynią, szałwią i serkiem ricotta

Zwykły wpis

Rozpoczęłam sezon na dynię 🙂 Pierwszy raz w życiu spróbowałam jej w zeszłym roku i od tamtej pory zastanawiam się, jak mogłam tyle czasu żyć bez niej 🙂 Teraz staram się wykorzystać dyniowy sezon w pełni – dodaję pieczoną dynię do owsianki albo śniadaniowych pancakes, piekę ciasta i muffinki, robię sosy do makaronu i ciągle szukam nowych pomysłów 🙂

Na moją urodzinową imprezę postanowiłam przygotować coś z dynią w roli głównej, żeby z przytupem zacząć sezon 🙂 Zazwyczaj kiedy gotuję dla siebie, stawiam na proste dania, których przygotowanie nie zajmuje wiele czasu, ale kiedy przychodzą goście, wychodzę w kuchni z siebie i staję obok 😉 Czasem w połowie szykowania „proszonego obiadu”, kiedy akurat wszystko jest rozgrzebane i kuchnia wygląda, jakby przeszło przez nią tornado, mam fazę „chrzanię to, zadzwońmy po pizzę”, ale kiedy jednak odrzucę opcję pizzy i dokończę to co zaczęłam, lubię zbierać pochwały i łaskawie spełniać prośby o przepis 😉

Może tylko powjnnam popracować na organizacją… Mam tę wadę, że kiedy gotuję (nie tylko, ale zwłaszcza wtedy), robię naokoło siebie potworny bałagan. Co wyjmę, to odstawię w losowe miejsce, w 5 minut cały blat w kuchni jest zastawiony wszystkimi użytymi do tej pory składnikami, naczyniami itp. Nic dziwnego, że kiedy sięgam po kolejną przyprawę, zahaczę o słoik z cukrem, którego oczywiście nie chciało mi się zakręcić, przwerócę butelkę z oliwą, zbiję dwa jajka i już mam na blacie ciasto 😉 Trochę przesadzam, ale faktem jest, że kiedy wpadam w kuchenny szał i nagle słychać słowo nieparlamentrane, to znaczy, że albo coś wysypałam/rozlałam/potłukłam, albo kolejny raz spotkałam się zbyt blisko z grzałką piekarnika albo z dopiero co wyłączonym palnikiem (moją płytę elektryczną traktuję jako kawałek blatu; oczywiście ma światełka wskazujące, które palniki są gorące, ale kto by się tym przejmował ;)).

Ostatnio staram się trochę z tym walczyć i z dumą stwierdzam, że przed przybyciem gości w dniu wczorajszym kuchnia nie świeciła może czystością, ale nie wyglądała jakby w niej coś wybuchło 🙂 Kosz na śmieci był opróżniony i nawet wygospodarowałam na blatach tyle powierzchni poziomej, że nie musiałam półmisków i naczyń naszykowanych na później rozstawiać na podłodze w jadalni. Chyba dorastam 😉

Przedsatwiam Wam danie główne na urodzinowej imprezie – lasagne z dynią, szałwią, serkiem ricotta i oscypkiem. Kremowa, aromatyczna, pełna jesiennych smaków. Wybitnie sycąca – po zjedzeniu niezbyt dużej porcji myślałam, że pęknę. Myślę, że jako samodzielny obiad spokojnie starczy dla 6-7 osób. U mnie najadło się 9 osób i jeszcze sporo zostało dla mnie na lunche do pracy – nie narzekam 😉 Mój lazaniowy debiut 🙂 Jakoś nigdy wcześniej nie mogłam się zebrać do tego dania, bo wydawało mi się trudne, czasochłonne i ogólnie uperdliwe. Przygotowanie rzeczywiście zajmuje trochę czasu, ale zdecydowanie jest tego warta.

Jedna uwaga: te śliczne wyraźne warsty lazanii są takie śliczne dopiero następnego dnia. Wtedy też zapiekanka fantastycznie się kroi. Świeżo po wyjęciu z piekarnika jest zdecydowanie mniej przyjazna dla użytkownika, ale co najmniej równie pyszna 🙂 Można też zrobić ją dzień wcześniej, a potem odgrzać. Kiedyś robiłam tak z lazanią zamówioną z cateringu i wszyscy bardzo chwalili efekt, więc widać to też jest metoda.

Składniki

Warstwa dyniowa

  • ok. 1 kg pieczonej dyni (użyłam dyni hokkaido)
  • ewentualnie kilka łyżek wody lub mleka
  • 1 krzaczek szałwii
  • sól, pieprz i gałka muszkatałowa do smaku

Warstwa serowa

  • 400 g serka ricotta
  • 100g tartego parmezanu
  • 2 małe jajka lub 1 duże
  • sól, pieprz i gałka muszkatałowa do smaku

Oprócz tego

  • 16 arkuszy makaronu lasagne
  • ok. szklanki tartego sera (użyłam oscypka i fajnie wzbogacił smak, ale może być też parmezan)
  • kilka łyżek oliwy z oliwek

Przygotowanie

Dynię najlepiej upiec dzień wcześniej. Używam dyń hokkaido, które mają suchy i mączysty słodkawy miąższ. Te dynie są niewielkie (trochę większe od grejpfruta), więc do pieczenia przecinam je na pół, wyciągam ze środka piestki i inne farfocle, układam rozcięciem do dołu na blasze i piekę około godziny w 180 stopniach. Kiedy przestygną, wyjmuję miąższ ze skórki i gotowe.

Pieczoną dynię miksujemy w blenderze z posiekaną szałwią, solą, pieprzem i gałką muszkatałową. Jeżeli dynia jest za sucha, dodajemy trochę wody lub mleka. Konsystencja masy powinna być podobna do puree ziemniaczanego.

Następnie miksujemy serek ricotta z parmezanem i jajkiem i doprawiamy do smaku solą, pieprzem i gałką muszkatałową.

Przygotowujemy makaron. Do tej lazanii makraon trzeba wcześniej obgotować, bo nie ma rzadkiego sosu, który by go ugotował w trakcie pieczenia. Ja robiłam tak, że w dużym garnku zagotowałam wodę z solą i 2-3 łyżkami oliwy (dzięki niej płaty makaronu się nie sklejają w trakcie gotowania) i wrzucałam po 4 płaty lazanii, bo tyle potrzebowałam na jedną warstwę. Po odłowieniu z wody od razu układałam makaron w naczyniu i nakładałam farsz, podczas gdy kolejna warstwa się gotowała. Dzięki temu uniknęłam problemu z przechowywaniem częściowo ugotowanej lazanii tak, żeby płaty się ze sobą nie posklejały.

Tak więc, gotujemy pierwszą warstwę lazanii i układamy na dnie natłuszczonego naczynia do zapiekania. Na to wykładamy połowę dyni. Potem kolejna warstwa lazanii, połowa masy serowej, makaron, reszta dyni, makaron i reszta sera. Wierzch posypujemy tartym serem. Przykrywamy folią aluminiową i pieczemy ok. 30 minut w temperaturze 180 stopni. Nastepnie zdejmujemy folię i pieczemy jeszcze 15-20 minut aż ser się zrumieni. Smacznego 🙂

A teraz scena z życia kulinarnej bloggerki 🙂

Zdjęcie z pola bitwy z dzisiejszego poranka. Zanim zaczęłam sama trochę interesować się fotografią kulinarną, patrząc na zdjęcia na blogach myślałam: ale ci ludzie mają fajnie, mają takie piękne naczynia, do każdego obrusa inny zestaw, serwetki pod kolor, a to wszystko na ich stołach jest tak ładnie skomponowane… O słodka naiwności 😉 Prawda jest taka, że zdjęcia kulinarne rzadko powstają na stole, przy którym je się posiłki. Bardzo rzadko jest tak, że przed podaniem obiadu pstryknę fotkę na bloga. Zazwyczaj takie fotki nie wyglądają, jakby to co na nich jest, było jadalne 😉 Poza tym zawsze załapie się kawałek zlewu z brudnymi naczyniami, gazeta przewracająca się po kuchni, czy butelka płynu do naczyń. A może to tylko moje szczęście 😉 W każdym razie, zdjęcia powstają tam, gdzie jest dobre światło i np. ściana w albo podłoga w odpowiednim kolorze. Czasem jest to np. podłoga łazienki, która ma ładny drewniany wzór 😀 Osobiście jeszcze nie fotografowałam zupy w łazience, ale słyszałam takie historie 🙂 No i jak widać, aby obiad wyglądał na zdjęciu apetycznie, czasem trzeba zawiesić w oknie prześcieradło 😉

Chili z czekoladą i czerwonym winem

Zwykły wpis

Trochę mnie tu nie było. Byłam na wakacjach. Po paru latach przerwy wróciłam do ukochanego niegdyś Zakopanego. Zakopane nadal jest super 🙂 Trafiliśmy na świetną (jak na koniec września) pogodę. Z wyjątkiem jednego dnia, kiedy od rana do nocy lało. Ale i ten jeden dzień został nam wynagrodzony, bo, jak się okazało, kiedy na dole lało, w górach spadł śnieg! Tak jest, załapałam się na pierwszy śnieg w tym roku 🙂 A nastepnego dnia świeciło przepiękne słońce, było całkiem ciepło, a widoki zapierały dech w piersiach. I choć po powrocie z gór wylewałam wodę z butów, to i tak był to jeden z nielicznych przypadków, kiedy piękno tego świata niemalże rzuciło mnie na kolana (gdyby nie ten śnieg ;)).

A potem skończyłam trzydzieści lat 🙂 Tak tak, w międzyczyasie postarzałam się o rok. Fajerwerków nie było 🙂 Była gorąca czekolada z licznymi wysokoprocentowymi dodatkami. I tyle 🙂 Tortu też jeszcze nie było, ale będzie i o ile okaże się jadalny, nie omieszkam się pochwalić. Z wiekiem nie przyszła mądrość i rozwaga, a nawet powiedziałabym, że odbiło mi jeszcze bardziej, ale o tym za jakiś czas 😉

A potem wróciłam do kuchni. Jakoś tak bez zapału, odzwyczaiłam się od gotowania na urlopie. Nawet jeśli oznaczało to żywienie się plackami ziemniacznaymi (na które przez jakiś czas nie chcę nawet patrzeć) na zmianę z knapakami z masłem orzechowym 😉 Ale odzyskałam zapał, kiedy znalazłam ten przepis na czekoladowe chili. Czekolada i wino na obiad? Poprzoszę! Od razu dwie porcje – drugą na deser 🙂

To chili jest naprawdę fantastyczne. Bardzo bogaty, nietypowy smak. Czekolada jest wyczuwalna, ale wbrew pozorom całość nie smakuje jak fasola z nutellą 😉 Naprawdę bardzo Wam polecam to danie. Jest takie bogate i sycące, w sam raz na jesienny wieczór, choć póki co (odpukać) jesień nas rozpieszcza. Gotując, oczywiście „pamiętałam” przepis, ale kiedy sprawdziłam po fakcie, okazało się, że jednak trochę się różni od oryginału 😉 Podaję więc moją wersję.
Składniki (na 4 porcje)

  • ok. 500 g gotowanych mieszanych fasolek (użyłam ok. 300 g miksu nasion strączkowych, które namoczyłam ok. 3 godzin i gotowałam ok. 30 minut, ale można użyć np. puszki czerwonej fasoli, trochę cieciorki i soczewicy, albo co kto lubi)
  • 1 duża cebula
  • 2 duże ząbki czosnku
  • 2 średnie marchewki
  • 3 nieduże łodygi selera
  • dwie papryki (dałam żółtą i czerwoną)
  • 2 puszki (po 400 g) siekanych pomidorów
  • 2/3 tabliczki gorzkiej czekolady (użyłam 90%)
  • pół szklanki czerwonego wytrawnego wina
  • dwie garści połamanych orzechów włoskich
  • łyżeczka nasion kminku
  • ok. pół łyżeczki cynamonu
  • łyżeczka oregano
  • chili w proszku (do smaku, ja dałam dużą szczyptę)
  • sól do smaku
  • ok. łyżka oliwy do smażenia

 

Przygotowanie

W sporym garnku rozgrzewamy olej. Cebulę siekamy dosyć drobno, czosnek przeciskamy przez praskę. Smażymy na średnim ogniu kilka minut, aż cebula zmięknie. Często mieszamy, aby się nie przypaliło. Dodajemy przyprawy (z wyjątkiem soli) i smażymy jeszcze jakieś 3 minuty. W razie potrzeby dolewamy kilka łyżek wody. Następnie wrzucamy drobno pokrojone warzywa oraz pomidory. Zmnieszamy ogień i dusimy ok. 25-30 minut. Solimy do smaku.

Dodajemy fasolkę, wino i czekoladę połamaną na kawałki. Mieszamy, żeby czekolada się rozpuściła i dusimy na wolnym ogniu jeszcze ok. 5 minut. Dodajemy orzechy i mieszamy. Podajemy ze świeżą kolendrą i ewentualnie jogurtem lub kwaśną śmietaną. I oczywiście popijamy winem, a na deser zjadamy resztę czekolady, żeby się nie zmarnowała 😉 Smacznego

Jamajskie tofu z ryżem kokosowym (i co zrobić, żeby tofu miało smak ;-))

Zwykły wpis

Przedstawiam Wam mój wielce egzotyczny obiad 😉 Który wcale nie jest tak skomplikowany, jak brzmi i być może wygląda. Inspiracją był, jak to się często u mnie zdarza, przepis z bloga Oh She Glows. Ja dodatkowo marynowałam tofu w „jamajskiej” marynacie. Jamajskiej dlatego, że oparłam ją na kilku przepisach zatytułowanych Jamaican Jerk Chicken/Tofu 🙂 Efekt końcowy całkiem fajny – lekki obiad pachnący trochę żarem tropików. Do tego słodko-słone połączenia, które lubię.

Wiele osób uważa, że tofu nie ma smaku, co jest wierutnym kłamstwem 😉 Tofu ma smak i samo w sobie świetnie się nadaje na kanapkę! Ale wiele osób narzeka też, że nawet po długim marynowaniu tofu nadal nie ma smaku, tzn. nadal smakuje jak tofu, bo nie wchłania marynaty. Jest na to sposób, o którym czytałam już jakiś czas temu, a przy okazji szykowania tego dania wypróbowałam i zadziałał w 100%.

Jeżeli chcemy marynować tofu, żeby nadać mu inny smak, należy po pierwsze wybrać raczej miękkie tofu. Z tych dostępnych w mojej okolicy dobrze się sprawdza Polsoja, natomiast np. Provita do tego celu średnio się nadaje, bo ich tofu jest bardzo twarde. Przed użyciem tofu należy zamrozić co najmniej na 24 godziny. Ja po prostu wrzucam je do zamrażarki w opakowaniu. Po zamrożeniu tofu ma inny kolor (staje się beżowe, a podobno bywa nawet ciemnobrązowe), więc nie należy się tym stresować. Następnie tofu rozmrażamy i zauważamy, że zmieniła się też jego faktura. Po rozmrożeniu tofu robi się gąbczaste i na tym właśnie polega trick – ta gąbka wciągnie marynatę. Ale najpierw trzeba z niej wycisnąć wodę. W tym celu gładziemy kostki tofu na desce do krojenia, przykrywamy drugą deską, a na wierzchu kładziemy, co mamy w domu ciężkiego – zgrzewkę wody mineralnej, 5 kartonów soku itp 😉 Pozostawiamy co najmniej na 20-30 minut, a może być nawet na kilka godzin.

Po odciśnięciu kostki tofu powinny być zdecydowanie cieńsze i twardsze. Teraz można je już marynować wedle uznania, potem piec lub smażyć i nie narzekać, że nie ma smaku 🙂

Składniki (na 2-3 porcje)

  • 2 kostki tofu (po 180 g)
  • olej do smażenia

marynata

  • sok z 2 limonek (ok. 1/8 szklanki)
  • łyżka miodu lub syropu z agawy
  • 2-3 łyżki sosu sojowego
  • 2 małe ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę
  • pół łyżeczki imbiru w proszku (lub trochę więcej)

ryż

  • 2 torebki brązowego ryżu
  • puszka (400 ml) mleka kokosowego
  • pół szklanki wody
  • duża szczypta soli (ok. pół łyżeczki)
  • ok. łyżeczki gałki muszkatałowej
  • garść wiórków kokosowych

salsa z ananasa

  • puszka ananasa w kawałkach (oczywiście może być świeży)
  • 2 papryki (u mnie żółta i pomarańczowa, ale kolor nie ma znaczenia)
  • jedna papryczka chili lub kilka platerków marynowanego chili
  • 1 szalotka lub pół małej cebuli
  • pół łyżeczki imbiru w proszku
  • garść posiekanej świeżej kolendry lub łyżeczka pasty z kolendry
  • szczypta kminku

Wszystkie składniki marynaty mieszamy. Tofu mrozimy, rozmrażamy i odciskamy zgodnie z instrukcją powyżej. Następnie każdą kostkę przekrajamy wzdłuż na pół. Plastry tofu umieszczamy w płaskim naczyniu, zalewamy marynatą i zostawiamy na kilka godzin albo na noc. Można od czasu doc zasu potrząsnąć naczyniem (albo odwrócić, jeśli jest taka możliwość), żeby marynata dotarła do tofu zewszystkich stron.

Mleko kokosowe mieszamy z gałką muszkatałową, wodą i solą. Wsypujemy ryż (rozrywamy torebki) i doprowadzamy mleko do wrzenia. Następnie zmniejszamy grzanie, przykrywamy garnek i na wolnym ogniu gotujemy ok. 25 minut. Pod koniec dodajemy wiórki kokosowe. Zdejmujemy z ognia i zostawiamy pod przykryciem jeszcze na jakieś 5 minut.

Aby przygotować salsę, wszystkie składniki, z wyjątkiem ananasa, wrzucamy do blendera i „pulsujemy” przez chwilę, aż warzywa będą drobno posiekane. Dodajemy ananasa i mieszamy. Salsę można zrobić kilka godzin wcześniej, albo nawet poprzedniego dnia, bo lepiej smakuje, kiedy wszystko się „przegryzie”.

Na patelni rozgrzewamy odrobinę oliwy. Tofu wyjmujemy z marynaty i każdy plaster przekrajamy na pół, a następnie jeszcze raz na pół na trójkąciki. Smażymy z obu stron na złoty kolor. Nakładamy do miseczek i gotowe. Smacznego 🙂

PS. Pałeczki są dla picu 😉 Kompletnie nie umiem się nimi posługiwać i za każdym razem kiedy idę na sushi, zastanawiam się, czy wyrzucą mnie z lokalu za karygodne zachowanie przy stole 😉

Strumień świadomości i zupa z pieczonych pomidorów

Zwykły wpis

(źródło)

Uwaga, dłuuuugi post, przepis jest kilometr niżej 😉

Wielkimi krokami zbiżam się do trzydziestki. W zasadzie to jestem już na ostatnim odcinku ostatniej prostej 😉 bo zostały mi równo trzy tygodnie. W związku z tym naszło mnie na podsumowania i przemyślenia i powiedzmy, że efekt tych podsumowań mnie nie zachwycił. Mam wrażenie, że o w ostatnim czasie trochę życiowo kręciłam się w kółko. Niby coś tam robiłam, ale tak naprawdę nic konkretnego – tu trochę, tam trochę, nigdzie na sto procent…

Ostatnio kręcenie się w kółko osiągnęło apogeum w tematach zdrowotno-fitnessowo-dietetycznych. Za dużo się naczytałam, zbyt wielu rzeczy chciałam spróbować, a że część z tych rzeczy wzajemnie sie wykluczała, przez sporą część czasu żyłam w poczuciu, że cokolwiek zrobię, to będzie źle, bo np. według diety Paleo ziarna są szkodliwe, więc jeśli zjem owsiankę na śniadanie, to szkodzę swojemu zdrowiu i figurze. Z drugiej strony logika wskazuje, że jedzenie na śniadanie pięciu jajek z bekonem jest średnio zdrowe. Powinnam jeść dużo białka, bo ćwiczę, powinnam ograniczać węglowodany, ale mam ochotę na chleb i co teraz? Odmawianie sobie tego co lubię, bo dieta taka czy inna tego „zabrania”, spowodowało, że kilka razy „pękłam” i wciągnęłam to co lubię (chleb, płatki z mlekiem, czekoladę, jogurt) w ilościach zdecydowanie przekraczających normę. Naprawdę zdecydowanie, bo chyba pod to można podciągnąć zjedzenie za jednym posiedzeniem pół blachy ciasta?

Nie muszę chyba nawet mówić, jak się czułam po konsumpcji wspomnianego ciasta, tudzież miski chispów z salsą tudzież wiaderka jogurtu? Nie dość, że miałam wrażenie, że ciasto zaraz wyjdzie mi uszami, to oczywiście świadomość, że właśnie wchłonęłam w parę minut zalecaną dzienną dawkę kalorii (a oprócz tego drugą dzienną dawkę w postaci normalnych posiłków) nie pomagała. Nie muszę też chyba pisać, że konsumpcja hurtowych ilości niekoniecznie zdrowych rzeczy nie pozostała bez wpływu na moją wagę, wygląd i fizyczne samopoczucie?

Otóż nie 😛 Ciacho się ze mnie nie zrobiło, raczej powoli zmierzałam w stronę budyniu 😛 W dodatku sfrustrowanego budyniu, co już samo w sobie brzmi lekko  niedorzecznie. Na mojej drodze w stronę niezadowolonego z życia budyniu trafiłam m.in. na bloga Oatmeal after Spinning. Bardzo Wam go polecam – jest ciekawy, pisany z humorem i sporo tam fajnych przepisów, ale mnie dały do myślenia te dwa posty.

W skrócie chodzi o to, że w znakomitej większości przypadków sami decydujemy o tym co jemy, a czego nie. Pomijając sytuacje w rodzaju ścisłej diety z powodu choroby albo małych dzieci, o których diecie do pewnego momentu decydują rodzice, nikt przecież nie zmusza nas do jedzenia tego, co z takich czy innych powodów na nie pasuje. Powody mogą być różne – może po prostu czegoś nie lubię, może nie jem tego z przyczyn etycznych czy religijnych, a może decyduję się odpuścić ciasto, bo wiem, że w danym momencie moim celem jest zrzucenie paru kilo a te 3 minuty przyjemności mnie od tego celu oddalą. I nie chodzi o to, żeby zawsze decyzja była „na nie”, ale żeby mieć świadomość tego, że chociaż może nie zawsze jest to łatwe i przyjemne, to w 99% przypadków mamy wybór odnośnie tego, czy coś zjemy, czy nie i bez sensu jest rozgrzeszanie się po fakcie, że „inaczej się nie dało”.

Drugi post jest pochwałą prostoty i naprawdę trafił mnie prosto w serce 😉 zwłaszcza że nie był to pierwszy tego typu przekaz, który otrzymałam. Lubię gotować, jeszcze bardziej lubię dobrze zjeść. Lubię sprawdzać nietypowe połączenia smaków i dziwne składniki, ALE powoli dochodzę do tego, że często przekombinowuję. Kiedyś dawno podesłałam linka do bloga mojej mamie, żeby mogła sobie obejrzeć, co ja właściwie jem na diecie wegańskiej. Napisałam jej też, że może skorzystać z tych przepisów i przygotować coś, kiedy będę ich odwiedzać, bo zawsze zgłaszała problem z obiadem dla mnie. Reakcja mamy była mniej więcej taka: „Dziecko, ja nawet nie wiem co to jest quinoa, nie mam w domu syropu z agawy, nie mam pojęcia, gdzie można kupić słodkie ziemniaki…” itp. Wtedy pomyślałam, że to mama wydziwia. Jakiś czas później, kiedy napisałam o tym, że znów będe jeść mięso, w komentarzach odezwała się moja znajoma, od której zaczęła się moja przygoda z wegetarianizmem i napisała m. in., że według niej moja dieta była aż za bardzo urozmaicona, bo jej rodzina (wegetariańsko-wegańska) używa dużo prostszych składników. I coś w tym chyba jest. Mam w domu mnóstwo przedziwnych rzeczy, typu nasiona chia, grzyby shitake, mąka z kasztanów itp. cuda. Czasem kupuję je w ramach impulsu, czasem dlatego, że znalazłam jakiś ciekawy przepis z tymi składnikami. Tylko że on z reguły wymaga innych dziwnych składników, które zwykle kosztują masę pieniędzy a potem zalegają w kuchni, będąc przyczyną frustracji i pożywką dla moli. To już lepiej niech te mole żrą zwykłą mąkę – będzie taniej 😛 (tak naprawdę nie hoduję moli 😉 kiedyś jakoś się zalęgły, ale szczęśliwie udało się ich pozbyć).

No i jest jeszcze jedna kwestia. Mięso. Kiedyś nie jadłam, potem zaczęłam jeść, potem znów nie jadłam. Ostatnimi czasy jadłam masowo (dieta Paleo, patrz wyżej :P). Ale cały czas miałam w tyle (albo i w przodzie ;)) głowy, że to są zabite zwierzęta. Ich mięśnie, wątroba, żołądek… Któregoś razu wędzony łosoś rósł mi w gardle, ale „dałam radę” i zjadłam. Ostatnio rozmawiałam z mężem na temat moich zastrzeżeń co do jedzenia mięsa. Dyskutowaliśmy też o przemyśle mlecznym i o tym, że ciężko dostać w sensownej cenie ekologiczne mleko, ser itp. Po tym, jak się wywnętrzyłam, małżonek (facet i do tego umysł ścisły ;)) podsumował w 10 sekund: no to wychodzi, że powinnaś być weganką albo ewentualnie czasem jeść jajka zerówki. Ja na to: no tak… A on: no to tak zrób. Hmmm… no w sumie czemu nie 😀 Najprostsze rozwiązania są czasem najlepsze.

W efekcie przemyśleń niezbyt zwięźle streszczonych powyżej postanowiłam zmienić kilka rzeczy – w życiu, a co za tym idzie, również na blogu. Będę się starała jeść wegetariańsko i takie też przepisy będą tutaj lądować. Raczej bez mleka i jajek, ale mogą się zdarzyć wyjątki. Poza tym moje przepisy będą prostsze. Nie będzie raczej wymyślnych składników z drugiego końca świata, a jeśli się pojawią (choćby te, które mam jeszcze w domu i muszę zużyć), to postaram się podać łatwiej dostępne odpowiedniki. Spróbuję też jeść bardziej sezonowo, chociaż nie wiem, jak to wyjdzie, bo wydaje mi się, że w zimie w naszym klimacie jest sezon na kartofle i kapustę i niewiele poza tym 😉 Ale może mi się tylko wydaje, poza tym są jeszcze przetwory – może lepiej zjeść sos pomidorowy niż świeżego pomidora w lutym, który nie dośc, że smakuje jak tektura, to ma w sobie całą tablicę Mendelejewa. Oczywiście nie zrezygnuję tak całkiem z ogólnie dostępnych egzotycznych składników typu banany, cytrusy czy wiórki kokosowe. Bez przesady w żadną stronę – to chyba powinno być moje motto 🙂

Myślę, że oprócz przepisów będą się też pojawiać posty na inne tematy – życiowe, sportowe, co mi tam jeszcze się będzie kłębiło pod czaszką 🙂 Ale przepisów na pewno nie zabraknie.

Postanowiłam też przeprosić się z jogą. Kiedyś trenowałam astanga jogę mniej więcej 4 razy w tygodniu. Bardzo dużo mi to dawało, fizycznie i emocjonalnie. Potem pojechałam na wakacje, w międzyczasie „moja” szkoła została zamknięta i temat jogi jakoś się rozmył. Kiedyś kupiłam nawet nową matę, bo stara była już bardzo sfatygowana, ale na kupieniu się skończyło. Potem zdałam sobie sprawę, że pewnie po tak długiej przerwie straciłam dużą część rozciągnięcia i siły, które wypracowałam i przez to było mi głupio iść na zajęcia. Bałam się, że będę się czuła jak ofiara losu i wszyscy będą „lepsi” ode mnie, a tego nie lubię. Po miesiącach wymówek wzięłam wreszcie matę pod pachę i poszłam. Straciłam dużo z elastyczności, którą miałam kiedyś. W wiekszości po prostu przez brak teningu, może częściowo dlatego, że trochę przytyłam, może przez dietę. Nieważne. Ważne, że na jodze było tak fajnie jak kiedyś. Nikt nie patrzył na mnie krzywo, bo nie umiałam wyprostować nogi nad barkiem 😉 Wszyscy byli zajęci kombinowaniem, jak zapleść prawą rękę z lewą nogą tak, żeby niczego sobie nie urwać i być potem w stanie powrócić do pierwotnej konfiguracji 😉

(źródło)

To była naprawdę dobra praktyka 🙂 Znów lubię moją matę i nawet wybieram się na jogowy wyjazd. Kiedy dojdzie do skutku, na pewno się pochwalę 🙂

Ufff, bardzo dziękuję za cierpliwość tym, którzy dotarli aż tutaj. Będzie ngroda 🙂 Zupa pomidorowa 🙂

Przepis zaczerpnięty z bloga Oh She Glows. Zupa jest fantastyczna – ma super kremową konsystencję, a dzięki pieczeniu pomidory mają jakiś taki bogatszy smak.  Robiłam tę zupę już dwa razy. Za pierwszym razem pominęłam garam masalę, bo zupa była dla gości o raczej tradycyjnych upodobaniach kulinarnych. Za drugim dodałam jej sporo.Obie wersje wyszły super 🙂 Spróbujcie, w końcu sezon na pomidory nadal w pełni. Osobiście w ogóle nie czułam posmaku mleczka kokosowego, więc raczej nie należy się przejmować tym cokolwiek dziwnym poczłączeniem. Nikt z gości, którzy próbowali, też się nie zorientował, w czym rzecz. Zupa naprawdę smakuje, jakby była na bazie gęstej śmietany.

Składniki

  • 10 średnich pomidorów
  • 1 spora cebula
  • 1 główka czosnku
  • puszka (400 ml) mleka kokosowego (może być light, ja użyłam normalnego, bo takie akurat miałam)
  • 2 szklanki bulionu warzywnego lub 2 szklanki wody i 2 kostki bulionowe
  • 2 spore szczypty garam masali (opcjonalnie)
  • sól i pieprz so smaku (dałam sporo pieprzu i bardzo mi smakowało, ale miałam potem reklamacje, że trochę za pikantna ;))
  • olej lub oliwa z oliwek do pieczenia

Przygotowanie

Blachę do pieczenia wykładamy pergaminem lub folią aluminiową. Pomidory przekrajamy na połówki i układamy na blasze, skórką do dołu, Smarujemy po wierzchu oliwą i posypujemy troszkę solą i pieprzem.


Cebulę obieramy, kroimy w plasterki i umieszczamy w natłuszczonym naczyniu żaroodpornym. Z główki czosnku odcinamy któryś koniec. Chyba lepiej od strony korzenia, bo jak widać na załączonym obrazku, kawałek łodygi nie chciał się odciąć 😉

Miejsce odcięcia smarujemy oliwą i całą główkę zawijamy w folię aluminiową. Nagrzewamy piekarnik do 170 stopni i wrzucamy wszystko do środka. Cebulę wyjmujemy po ok. 30 minutach. Powinna być lekko zrumieniona, ale nie spalona. Czosnek wyjmujemy po ok. godzinie, a pomidory pieczemy przez ok. pół torej godziny.

W średnim garnku podgrzewamy bulion lub wodę z kostkami rosołowymi. Wrzucamy pomidory i cebulę. Czosnek powinien mieć konsystencję miękkiej masy, którą wyciskamy z łupinki. Dodajemy mleko kokosowe. Gotujemy przez kilka minut na średnim ogniu, po czym miksujemy. Można zmiksować zupełnie na krem (ja tak zrobiłam) albo zostawić trochę farfocli, jeśli lubicie, żeby w zupie coś pływało. Doprawiamy do smaku solą, pieprzem i ew. garam masalą.

W wersji „klasycznej” podawałam tę zupę jak na polską pomidorówkę przystało – z ryżem lub makaronem. Można też serwować z grzankami, groszkiem ptysiowym albo bez niczego. Smacznego 🙂