Tag Archives: pomidory

Strumień świadomości i zupa z pieczonych pomidorów

Zwykły wpis

(źródło)

Uwaga, dłuuuugi post, przepis jest kilometr niżej 😉

Wielkimi krokami zbiżam się do trzydziestki. W zasadzie to jestem już na ostatnim odcinku ostatniej prostej 😉 bo zostały mi równo trzy tygodnie. W związku z tym naszło mnie na podsumowania i przemyślenia i powiedzmy, że efekt tych podsumowań mnie nie zachwycił. Mam wrażenie, że o w ostatnim czasie trochę życiowo kręciłam się w kółko. Niby coś tam robiłam, ale tak naprawdę nic konkretnego – tu trochę, tam trochę, nigdzie na sto procent…

Ostatnio kręcenie się w kółko osiągnęło apogeum w tematach zdrowotno-fitnessowo-dietetycznych. Za dużo się naczytałam, zbyt wielu rzeczy chciałam spróbować, a że część z tych rzeczy wzajemnie sie wykluczała, przez sporą część czasu żyłam w poczuciu, że cokolwiek zrobię, to będzie źle, bo np. według diety Paleo ziarna są szkodliwe, więc jeśli zjem owsiankę na śniadanie, to szkodzę swojemu zdrowiu i figurze. Z drugiej strony logika wskazuje, że jedzenie na śniadanie pięciu jajek z bekonem jest średnio zdrowe. Powinnam jeść dużo białka, bo ćwiczę, powinnam ograniczać węglowodany, ale mam ochotę na chleb i co teraz? Odmawianie sobie tego co lubię, bo dieta taka czy inna tego „zabrania”, spowodowało, że kilka razy „pękłam” i wciągnęłam to co lubię (chleb, płatki z mlekiem, czekoladę, jogurt) w ilościach zdecydowanie przekraczających normę. Naprawdę zdecydowanie, bo chyba pod to można podciągnąć zjedzenie za jednym posiedzeniem pół blachy ciasta?

Nie muszę chyba nawet mówić, jak się czułam po konsumpcji wspomnianego ciasta, tudzież miski chispów z salsą tudzież wiaderka jogurtu? Nie dość, że miałam wrażenie, że ciasto zaraz wyjdzie mi uszami, to oczywiście świadomość, że właśnie wchłonęłam w parę minut zalecaną dzienną dawkę kalorii (a oprócz tego drugą dzienną dawkę w postaci normalnych posiłków) nie pomagała. Nie muszę też chyba pisać, że konsumpcja hurtowych ilości niekoniecznie zdrowych rzeczy nie pozostała bez wpływu na moją wagę, wygląd i fizyczne samopoczucie?

Otóż nie 😛 Ciacho się ze mnie nie zrobiło, raczej powoli zmierzałam w stronę budyniu 😛 W dodatku sfrustrowanego budyniu, co już samo w sobie brzmi lekko  niedorzecznie. Na mojej drodze w stronę niezadowolonego z życia budyniu trafiłam m.in. na bloga Oatmeal after Spinning. Bardzo Wam go polecam – jest ciekawy, pisany z humorem i sporo tam fajnych przepisów, ale mnie dały do myślenia te dwa posty.

W skrócie chodzi o to, że w znakomitej większości przypadków sami decydujemy o tym co jemy, a czego nie. Pomijając sytuacje w rodzaju ścisłej diety z powodu choroby albo małych dzieci, o których diecie do pewnego momentu decydują rodzice, nikt przecież nie zmusza nas do jedzenia tego, co z takich czy innych powodów na nie pasuje. Powody mogą być różne – może po prostu czegoś nie lubię, może nie jem tego z przyczyn etycznych czy religijnych, a może decyduję się odpuścić ciasto, bo wiem, że w danym momencie moim celem jest zrzucenie paru kilo a te 3 minuty przyjemności mnie od tego celu oddalą. I nie chodzi o to, żeby zawsze decyzja była „na nie”, ale żeby mieć świadomość tego, że chociaż może nie zawsze jest to łatwe i przyjemne, to w 99% przypadków mamy wybór odnośnie tego, czy coś zjemy, czy nie i bez sensu jest rozgrzeszanie się po fakcie, że „inaczej się nie dało”.

Drugi post jest pochwałą prostoty i naprawdę trafił mnie prosto w serce 😉 zwłaszcza że nie był to pierwszy tego typu przekaz, który otrzymałam. Lubię gotować, jeszcze bardziej lubię dobrze zjeść. Lubię sprawdzać nietypowe połączenia smaków i dziwne składniki, ALE powoli dochodzę do tego, że często przekombinowuję. Kiedyś dawno podesłałam linka do bloga mojej mamie, żeby mogła sobie obejrzeć, co ja właściwie jem na diecie wegańskiej. Napisałam jej też, że może skorzystać z tych przepisów i przygotować coś, kiedy będę ich odwiedzać, bo zawsze zgłaszała problem z obiadem dla mnie. Reakcja mamy była mniej więcej taka: „Dziecko, ja nawet nie wiem co to jest quinoa, nie mam w domu syropu z agawy, nie mam pojęcia, gdzie można kupić słodkie ziemniaki…” itp. Wtedy pomyślałam, że to mama wydziwia. Jakiś czas później, kiedy napisałam o tym, że znów będe jeść mięso, w komentarzach odezwała się moja znajoma, od której zaczęła się moja przygoda z wegetarianizmem i napisała m. in., że według niej moja dieta była aż za bardzo urozmaicona, bo jej rodzina (wegetariańsko-wegańska) używa dużo prostszych składników. I coś w tym chyba jest. Mam w domu mnóstwo przedziwnych rzeczy, typu nasiona chia, grzyby shitake, mąka z kasztanów itp. cuda. Czasem kupuję je w ramach impulsu, czasem dlatego, że znalazłam jakiś ciekawy przepis z tymi składnikami. Tylko że on z reguły wymaga innych dziwnych składników, które zwykle kosztują masę pieniędzy a potem zalegają w kuchni, będąc przyczyną frustracji i pożywką dla moli. To już lepiej niech te mole żrą zwykłą mąkę – będzie taniej 😛 (tak naprawdę nie hoduję moli 😉 kiedyś jakoś się zalęgły, ale szczęśliwie udało się ich pozbyć).

No i jest jeszcze jedna kwestia. Mięso. Kiedyś nie jadłam, potem zaczęłam jeść, potem znów nie jadłam. Ostatnimi czasy jadłam masowo (dieta Paleo, patrz wyżej :P). Ale cały czas miałam w tyle (albo i w przodzie ;)) głowy, że to są zabite zwierzęta. Ich mięśnie, wątroba, żołądek… Któregoś razu wędzony łosoś rósł mi w gardle, ale „dałam radę” i zjadłam. Ostatnio rozmawiałam z mężem na temat moich zastrzeżeń co do jedzenia mięsa. Dyskutowaliśmy też o przemyśle mlecznym i o tym, że ciężko dostać w sensownej cenie ekologiczne mleko, ser itp. Po tym, jak się wywnętrzyłam, małżonek (facet i do tego umysł ścisły ;)) podsumował w 10 sekund: no to wychodzi, że powinnaś być weganką albo ewentualnie czasem jeść jajka zerówki. Ja na to: no tak… A on: no to tak zrób. Hmmm… no w sumie czemu nie 😀 Najprostsze rozwiązania są czasem najlepsze.

W efekcie przemyśleń niezbyt zwięźle streszczonych powyżej postanowiłam zmienić kilka rzeczy – w życiu, a co za tym idzie, również na blogu. Będę się starała jeść wegetariańsko i takie też przepisy będą tutaj lądować. Raczej bez mleka i jajek, ale mogą się zdarzyć wyjątki. Poza tym moje przepisy będą prostsze. Nie będzie raczej wymyślnych składników z drugiego końca świata, a jeśli się pojawią (choćby te, które mam jeszcze w domu i muszę zużyć), to postaram się podać łatwiej dostępne odpowiedniki. Spróbuję też jeść bardziej sezonowo, chociaż nie wiem, jak to wyjdzie, bo wydaje mi się, że w zimie w naszym klimacie jest sezon na kartofle i kapustę i niewiele poza tym 😉 Ale może mi się tylko wydaje, poza tym są jeszcze przetwory – może lepiej zjeść sos pomidorowy niż świeżego pomidora w lutym, który nie dośc, że smakuje jak tektura, to ma w sobie całą tablicę Mendelejewa. Oczywiście nie zrezygnuję tak całkiem z ogólnie dostępnych egzotycznych składników typu banany, cytrusy czy wiórki kokosowe. Bez przesady w żadną stronę – to chyba powinno być moje motto 🙂

Myślę, że oprócz przepisów będą się też pojawiać posty na inne tematy – życiowe, sportowe, co mi tam jeszcze się będzie kłębiło pod czaszką 🙂 Ale przepisów na pewno nie zabraknie.

Postanowiłam też przeprosić się z jogą. Kiedyś trenowałam astanga jogę mniej więcej 4 razy w tygodniu. Bardzo dużo mi to dawało, fizycznie i emocjonalnie. Potem pojechałam na wakacje, w międzyczasie „moja” szkoła została zamknięta i temat jogi jakoś się rozmył. Kiedyś kupiłam nawet nową matę, bo stara była już bardzo sfatygowana, ale na kupieniu się skończyło. Potem zdałam sobie sprawę, że pewnie po tak długiej przerwie straciłam dużą część rozciągnięcia i siły, które wypracowałam i przez to było mi głupio iść na zajęcia. Bałam się, że będę się czuła jak ofiara losu i wszyscy będą „lepsi” ode mnie, a tego nie lubię. Po miesiącach wymówek wzięłam wreszcie matę pod pachę i poszłam. Straciłam dużo z elastyczności, którą miałam kiedyś. W wiekszości po prostu przez brak teningu, może częściowo dlatego, że trochę przytyłam, może przez dietę. Nieważne. Ważne, że na jodze było tak fajnie jak kiedyś. Nikt nie patrzył na mnie krzywo, bo nie umiałam wyprostować nogi nad barkiem 😉 Wszyscy byli zajęci kombinowaniem, jak zapleść prawą rękę z lewą nogą tak, żeby niczego sobie nie urwać i być potem w stanie powrócić do pierwotnej konfiguracji 😉

(źródło)

To była naprawdę dobra praktyka 🙂 Znów lubię moją matę i nawet wybieram się na jogowy wyjazd. Kiedy dojdzie do skutku, na pewno się pochwalę 🙂

Ufff, bardzo dziękuję za cierpliwość tym, którzy dotarli aż tutaj. Będzie ngroda 🙂 Zupa pomidorowa 🙂

Przepis zaczerpnięty z bloga Oh She Glows. Zupa jest fantastyczna – ma super kremową konsystencję, a dzięki pieczeniu pomidory mają jakiś taki bogatszy smak.  Robiłam tę zupę już dwa razy. Za pierwszym razem pominęłam garam masalę, bo zupa była dla gości o raczej tradycyjnych upodobaniach kulinarnych. Za drugim dodałam jej sporo.Obie wersje wyszły super 🙂 Spróbujcie, w końcu sezon na pomidory nadal w pełni. Osobiście w ogóle nie czułam posmaku mleczka kokosowego, więc raczej nie należy się przejmować tym cokolwiek dziwnym poczłączeniem. Nikt z gości, którzy próbowali, też się nie zorientował, w czym rzecz. Zupa naprawdę smakuje, jakby była na bazie gęstej śmietany.

Składniki

  • 10 średnich pomidorów
  • 1 spora cebula
  • 1 główka czosnku
  • puszka (400 ml) mleka kokosowego (może być light, ja użyłam normalnego, bo takie akurat miałam)
  • 2 szklanki bulionu warzywnego lub 2 szklanki wody i 2 kostki bulionowe
  • 2 spore szczypty garam masali (opcjonalnie)
  • sól i pieprz so smaku (dałam sporo pieprzu i bardzo mi smakowało, ale miałam potem reklamacje, że trochę za pikantna ;))
  • olej lub oliwa z oliwek do pieczenia

Przygotowanie

Blachę do pieczenia wykładamy pergaminem lub folią aluminiową. Pomidory przekrajamy na połówki i układamy na blasze, skórką do dołu, Smarujemy po wierzchu oliwą i posypujemy troszkę solą i pieprzem.


Cebulę obieramy, kroimy w plasterki i umieszczamy w natłuszczonym naczyniu żaroodpornym. Z główki czosnku odcinamy któryś koniec. Chyba lepiej od strony korzenia, bo jak widać na załączonym obrazku, kawałek łodygi nie chciał się odciąć 😉

Miejsce odcięcia smarujemy oliwą i całą główkę zawijamy w folię aluminiową. Nagrzewamy piekarnik do 170 stopni i wrzucamy wszystko do środka. Cebulę wyjmujemy po ok. 30 minutach. Powinna być lekko zrumieniona, ale nie spalona. Czosnek wyjmujemy po ok. godzinie, a pomidory pieczemy przez ok. pół torej godziny.

W średnim garnku podgrzewamy bulion lub wodę z kostkami rosołowymi. Wrzucamy pomidory i cebulę. Czosnek powinien mieć konsystencję miękkiej masy, którą wyciskamy z łupinki. Dodajemy mleko kokosowe. Gotujemy przez kilka minut na średnim ogniu, po czym miksujemy. Można zmiksować zupełnie na krem (ja tak zrobiłam) albo zostawić trochę farfocli, jeśli lubicie, żeby w zupie coś pływało. Doprawiamy do smaku solą, pieprzem i ew. garam masalą.

W wersji „klasycznej” podawałam tę zupę jak na polską pomidorówkę przystało – z ryżem lub makaronem. Można też serwować z grzankami, groszkiem ptysiowym albo bez niczego. Smacznego 🙂

Reklamy

Pasztet z fasoli z suszonymi pomidorami

Zwykły wpis

W ten weekend w mojej kuchni zaczęły się już przygotowania do Wielkanocy. Nie jesteśmy z mężem specjalnie religijni, ale święta co roku spędzamy z rodzinami, raczej tradycyjnie po polsku, czyli przy stole uginającym się od jedzenia 😉 Właśnie zdałam sobie sprawę, że to będzie już trzecia moja wegańska Wielkanoc. Chociaż mój sposób odżywiania przechodził i nadal przechodzi przez różne fazy, to tak się jakoś składało, że akurat na święta od trzech lat jem po wegańsku 🙂 Spotkania w większym gronie zawsze są dla mnie okazją do „zabłyśnięcia” jakimś ciekawym przepisem i uzmysłowienia ciociom, wujkom dziadkom i Bogu ducha winnym osobom postronnym, które się akurat napatoczą, że weganie (a tym bardziej wegetarianie) nie żywią się sałątą na zmianę z kiełkami 😉

Dzisiaj proponuję Wam pasztet, który był moim wegańskim debiutem na takim właśnie rodzinnym spotkaniu. Tak więc jest już sprawdzony, wiele osób go jadło, wszyscy przeżyli i nawet chwalili 😉 Prosty w przygotowaniu, raczej nie może się nie udać 😉 Pomysł znalazłam na blogu Smak Imprezy. Wprowadziłam niewielkie zmiany, które podaję w moim przepisie.

Składniki

  • 3 puszki białej fasoli (po 400g)*
  • słoik suszonych pomidorów w w oliwie (zapomniałam sprawdzić, jakiej dokładnie wielkości, ale ok 300 ml)
  • 2 słoiki koncentratu pomidorowego (po 300g); użyłam koncentratu z czosnkiem
  • 2 łyźki przyprawy suszone pomidory z bazylią i czosnkiem Kamisa, albo przyprawy do dań kuchni włoskiej
  • łyżka suszonego oregano
  • 4 ząbki czosnku
  •  1,5 łyżeczki soli (lub trochę więcej, do smaku)
  • ok. 0.5 łyżeczki świeżo mielonego pieprzu
  • 2 kajzerki **
  • 2 łyżki mielonego siemienia lnianego
  • opcjonalnie kilkanaście czarnych lub zielonych oliwek
  • olej i bułka tarta do formy

* fasola oczywiście nie musi być z puszki, można ugotować samemu. Nawet małam taki plan, dopóki torebka, o której byłam przekonana, że zawiera fasolę, nie okazała się pęczakiem 😉

** nie jestem na 100% pewna, czy kajzerki są wegańskie, ale myślę, że tak. Ewentualnie należy zamienić na wegańskie pieczywo w ilości odpowiadającej dwóm kajzerkom 😉

Przygotowanie

Pieczywo kroimy na nieduże kawałki i miksujemy w blenderze na okruszki. Przekładamy do miseczki. Fasolę odcedzamy i dokładnie płuczemy na sitku. Czosnek przeciskamy przez praskę. Wszystkie składniki oprócz bułek, siemienia lnianego i oliwek miksujemy w blenderze na w miarę jednolitą masę. Jeśli uchowa się kilka fasolek, to nie szkodzi 😉 Następnie w dużej misce mieszamy masę fasolowo-pomidorową z bułkami i siemieniem lnianym i ręcznie wyrabiamy ciasto. Próbujemy i doprawiamy do smakuw miarę potrzeby. Ewentualnie dodajemy oliwki i delikatnie mieszamy. Formę keksówkę smarujemy olejem i wysypujemy bułką tartą. Układamy w niej ciasto, wyrównujemy wierzch i pieczemy ok. 70 minut w 190 stopniach.

Po wystudzeniu można pasztet zamrozić (taki jest plan, bo wątpię, żeby przeżył tydzień w lodówce, a przetestowałam już, że mrożenie znosi dobrze). Jedyna jego wada, choć niewielka, to to, że jest raczej miękki i do pokrojenia w cienkie plasterki potrzebny jest naprawdę dobry nóż (którego nie posiadam ;)). W grubsze plasterki kroi się standardowym nożem (który posiadam ;)).

Przepis dodaję do akcji Wegetariańska Wielkanoc z Zieleniną

Socca i shake warzywny

Zwykły wpis

Dzisiaj siedziałam w domu z okazji wizyty pana fachowca od pralki. Pan fachowiec przyszedł i okazał się czrodziejem, bo pralka, która przy mnie „wędrowała” po całej łazience, przy nim wirowała jak nówka sztuka. Pan popatrzył więc na pralkę, potem na mnie, stwierdził, że z pralką chyba wszystko OK (nie dodał, że ze mną chyba nie, co mu się chwali ;)) i poszedł. Jednakowoż cieszę się, że miałam dzień wolny, bo mogłam podgonić trochę z projektem, nad którym pracuję po godzinach, a poza tym mogłam zrobić i sfotografować trochę pysznych rzeczy. Np. ten lunch, który wystarczył mi na 6 godzin, co w moim przypadku praktycznie się nie zdarza 😉

Na powyższym obrazku znajduje się socca, czyli placek/naleśnik z mąki cieciorkowej. W podstawowej wersji robi się ją tylko z mąki, wody i soli, ale istnieją niezliczone modyfikacje, do których i ja się dorzucam z moim autorskim pomysłem na soccę „serową” (drożdżową) z papryczkami jalapeno. Do popicia koktail pomidorowy również doprawiony na ostro. Po spożyciu dym trochę mi leciał uszami, więc jeśli nie lubicie pikantnych potraw, możecie np. zamienić ostre papryczki na oliwki albo suszone pomidory i trochę złagodzić przyprawy w szejku.

Składniki na soccę (dla 1 osoby)

  • trochę ponad pół szklanki mąki z cieciorki
  • 2 czubate łyżki płatków drożdżowych
  • łyżeczka musztardy
  • łyżka tahini
  • szczypta soli
  • opcjonalnie plasterki ostrych papryczek (ze słoika) lub oliwek lub suszonych pomidorów
  • olej do smażenia

Przygotowanie

Wszystkie składniki z wyjątkiem papryczek/oliwek i oleju miksujemy na masę mniej więcej o gęstości śmietany. Odstawiamy na jakieś 10 minut aby mąka zdążyła nasiąknąć. Na patelni rozgrzewamy niewielką ilość oleju, wlewamy ciasto i na wierzhu układamy dodatki (troszkę wgniatając w ciasto). Smażymy ok. 3-4 minuty, po czym przewracamy na drugą stronę i smażymy ok. 3 minuty. Gotowe 🙂

Składniki na szejka

  • 2 dojrzałe pomidory lub szklanka sosu pomidorowego bez dodatków
  • sok z 1 limonki lub połowy cytryny
  • kilka kropel sosu tabasco lub łyżeczka bardzo ostrej salsy
  • przyprawy do smaku: sól, pieprz, przyprawa do kuchni włoskiej, chili, czosnek w proszku

Przygotowanie

Zmiksować, przelać do szklanki. Najlepiej przed podaniem schłodzić, a jeśli chcemy, żeby było ładnie – udekorować plasterkiem cytryny lub limonki

Przepis dodaję do akcji Warzywa Strączkowe