Tag Archives: jabłka

Omlet curry z jabłkami i cukinią

Zwykły wpis

Dawno mnie tu nie było… Jeden powód jest taki, że żyję w permanentnym niedoczasie i jak już coś ugotuje, to nie mam czasu tego fotografować, obrabiać zdjęć itd. A poza tym, odkąd zrobiło się ciepło, żyję głównie na sałatkach. Zdrowych, „konkretnych” i pożywnych, ale powstających na zasadzie wygarniania z lodówki tego, co najdłużej tam siedzi 😉

W sumie ten omlet też powstał w ten sposób, ale tak mi posmakował, że postanowiłam zrobić go jeszcze raz i pstryknąć zdjęcie, żeby się z Wami podzielić. Jest łagodny w smaku, słodko-wytrwany, sycący, ale nie zapycha na amen. Dobry, spróbujcie 🙂

Składniki (na 1 porcję)

  • 2 jajka
  • kawałek cukinii (ok. 6-7 cm)
  • pół średniego jabłka
  • łyżeczka łagodnego curry
  • szczypta soli
  • szczypta cynamonu
  • olej lub masło do smażenia (ja ostatnio odkryłam masło kalrowane i jestem wielką fanką :))
  • opcjonalnie wiórki kokosowe do posypania

Przygotowanie

Cukinię i jabłko kroimy w cienkie plasterki. Na patelni rozgrzewamy tłuszcz i układamy plasterki cukinii. Jajka, curry i sól miksujemy i wlewamy masę jajeczną na cukinię. Na wierzchu układamy plasterki jabłka i posypujemy cynamonem. Przykrywamy patelnię, zmniejszamy ogień i smażymy do momentu aż jajka zetną się na wierzchu (co najmniej 5 minut). Na koniec można posypać wiórkami kokosowymi. Smacznego 🙂

PS. Obiecuję się trochę poprawić, jeśli chodzi o częstotliwośc postów 🙂

Dlaczego nie należy tatuować imion, co to ma wspólnego z blogowaniem i pieczone jabłka z pikantnym farszem

Zwykły wpis

Kiedy kilka lat temu robiłam sobie tatuaż, wśród różnnych porad (typu „wybierz studio, w którym sterylizuje się sprzęt” ;)) powtarzała się też rada, żeby nie tatuować sobie imienia partnera lub partnerki, bo życie różnie się układa i może się okazać, że tatuaż przetrwa o wiele dłużej niż partner bądź partnerka (oczywiście przetrwa w tej roli, nie zakładam, że osoba szybko zejdzie z tego świata ;)). Akurat jeśli chodzi o tatuaż, to nie miałam w planach wymalować sobie imienia ukochanego, mimo że byłam już wówczas mężatką. Ale popełniłam podobny błąd z blogiem.

Co ma blog – i to blog o gotowaniu – do tatuażu? Otóż, dokładnie rzecz biorąc, chodzi o nazwę bloga. Wymyślając taką a nie inną nazwę, dałam jasno do zrozumienia, że na blogu będa przepisy bezmięsne. Co niniejszym się zmienia. Przyczyn tej decyzji jest wiele. Główną jest moje samopoczucie i różnica, jaką odczułam po powrocie do spożywania mięsa i ryb. Różnica, którą zauważyłam dosłownie w przeciągu kilku dni. Nie będę się wdawać w bądź co bądź publicznym miejscu w szczegóły moich zawirowań zdrowotnych, poza tym myślę, że naprawdę nie chcecie o nich czytać, zwłaszcza na blogu kulinarnym 😉 Jednak, eksperymentując przez ponad dwa lata z dietą wegetariańską, wegańską, surową, znowu wegetariańską… doszłam do wniosku, że człowiek jest zwierzęciem wszystkożernym i niestety, ale potrzebujemy do prawidłowego funkcjonowania również białka zwierzęcego, w tym mięsa i ryb. Nasi przodkowie jedli w dużej mierze to, co upolowali, więc my również mamy problemy z przetrwaniem na tofu 😉 A przynajmniej ja mam, mimo że tofu lubię 🙂

Wiem, że część z Was zagląda tu tylko w poszukiwaniu przepisów wegetariańskich lub wegańskich, których na pewno będzie mniej (ale będą, pomysł na wegańską tartę czeka już na wypróbowanie :)). Liczę się z tym, że wiele osób „wypisze się” z listy fanów na facebooku, może będzie mniej czytających. Cóż, mowi się trudno i żyje się dalej 🙂 Proszę tylko osoby, które mają ochotę mi napisać, że dołączam do grona morderów i szowinistów gatunkowych, żeby się powstrzymały, bo ja nikogo nie obrażam i tego samego oczekuję od innych.

Niebawem pojawią się kolejne nowe przepisy. Uwielbiam gotować, fotografować i dzielić się swoimi kulinarnymi wynalazkami i zamierzam robić to dalej 🙂

Dlatego już dziś mam dla Was pierwszy „wszystkożerny” przepis na zapiekane jabłka ze słodko-pikantnym farszem z kiełbasy i warzyw. Pewnie połączenie kiełbasy z cynamonem wielu osobom wyda się co najmniej dziwne, ale moim zdaniem smakuje naprawdę wyśmienicie 🙂 Zachęcam do spróbowania – do odważnych świat należy 🙂

Składniki (na 4 porcje)

  • 4 duże jabłka
  • ok. 350 g kiełbasy – u mnie pół na pół biała kiełbasa autorstwa mojego taty i kiełbasa myśliwska ze sklepu
  • 1 jajko
  • 1 duża marchewka
  • 2 łodygi selera naciowego
  • pół sporej cebuli
  • 1/4 szklanki orzechów włoskich lub pekan, plus ewentualnie kilka do dekoracji
  • kilka łyżek oleju do smażenia
  • ok 1,5 łyżeczki cynamonu
  • kilka daktyli lub garść rodzynek
  • sól i pieprz do smaku

Przygotowanie

Jabłka wydrążamy ostrym nożem tak, żeby do środka dało się włożyć farsz. Pozostawiamy dosyć grube ścianki (ponad centymetr), żeby nie rozpadły się podczas pieczenia. Na patelni rozgrzewamy olej. Kiełbasę kroimy na drobne kawałki, podsmażamy kilka minut i przekładamy do miseczki (olej zostaje na patelni). Marchewkę trzemy na tarce jarzynowej, selera i cebulę drobno siekamy. Orzechy, z wyjątkiem kilku do dekoracji, oraz daktyle również siekamy.  Wrzucamy warzywa na rozgrzaną patelnię, dodajemy orzeechy, daktyle i przyprawy i smażymy ok. 5 minut, często mieszając. Warzywa przekładamy do miski z kiełbasą, dodajemy jajko i mieszamy. Farsz wkładamy do wydrążonych jabłek. Posypujemy po wierzchu cynamonem i ewentualnie układamy półówki orzechów. Jabłka ustawiamy w naczyniu żaroodpornym i zapiekamy ok. 30-35 minut w 180 stopniach. Smacznego 🙂

PS. Nowa nazwa bloga niebawem.

PS2. Tato, biała kiełbasa wymiata 🙂

Ciasto z jabłkami mojej mamy

Zwykły wpis

Lubię piec, ale ponieważ staram się nie jeść słodyczy, a małżonek z łakoci najbardziej lubi kiszone ogórki (jak ja bym chciała się z nim zamienić!!!), więc rzadko mam do tego okazję. Jednak jutro jedziemy na spotkanie rodzinne, więc postanowiłam popełnić ciasto. Opierałam się na przepisie mojej Mamy, którą niniejszym pozdrawiam, bo wiem że czasem tutaj zagląda 🙂 Postanowiłam jednak przepis „odchudzić” (w oryginale było półtorej szklanki oleju!) i zweganizować. Była to w zasadzie moja pierwsza „poważniejsza” próba weganizacji ciasta. Poważniejsza, czyli coś więcej niż zastąpienie mleka krowiego sojowym i ewentualnie miodu syropem z agawy 😉 Trochę się niepokoiłam, co wyjdzie, bo wiem, że o ile przy gotowaniu można zwykle to zastąpić tamtym a owo owamtym bez wielkiej szkody dla efektu, to pieczenie jest bardziej ścisłą nauką i nadmierne majstrowanie przy przepisie często prowadzi do katastrofy 😉

Tym razem jednak katastrofy nie było – było (jest) bardzo wilgotne gęste ciasto, które składa się w zasadzie głównie z jabłek. Może odrobinę za słodkie (nie lubię bardzo słodkich wypieków), ale to łatwo naprawić następnym razem. Weganizacja udana 🙂

Składniki (na 10-12 dużych kawałków)

  • 5 jabłek (mama mówi, że najlepsza jest reneta, ja nie wiem w sumie, jakich użyłam – takich, które leżały w domu i czekały na zbawienie ;))
  • odrobina soku z cytryny
  • 3 szklanki mąki
  • 1 banan
  • 240 ml naturalnego jogurtu sojowego (lub zwykłego, jeśli nie musi być wegańskie)
  • 2/3 szklanki mleka roślinnego (lub zwykłego – jak wyżej :))
  • łyżka mielonego siemienia lnianego + 1/4 szklanki ciepłej wody
  • niepełna szklanka cukru
  • 2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 2 łyżeczki cynamonu
  • 3 łyżeczki kakao
  • po dużej garści rodzynek i orzechów włoskich
  • olej do wysmarowania formy

Przygotowanie

Siemię lniane zalewamy ciepłą wodą, mieszamy i odstawiamy na bok na kilka minut. Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Jabłka obieramy i kroimy w niedużą kostkę. Skrapiamy sokiem z cytryny, żeby nie zbrązowiały. Banana rozgniatamy widelcem i miksujemy z mlekiem, jogurtem i siemieniem lnianym na jednolitą masę. W duuuużej misce mieszamy suche składniki – mąkę, cynamon kakao, sodę oczyszczoną i cukier. Wlewamy mokre i mieszamy dokładnie, starając się pozbyć wszystkich grudek. W razie potrzeby dolewamy odrobinę (!) mleka. Do wymieszanej masy dodajemy jabłka. Wydaje się, że jest ich bardzo dużo w stosunku do masy, ale bez obaw – ciasto wyrośnie i będzie dobrze. Dodajemy też rodzynki i lekko połamane orzechy włoskie. Dokładnie mieszamy ciasto z jabłkami. Prostokątną blachę lub naczynie do pieczenia smarujemy olejem i wkładamy do niego masę. Wyrównujemy wierzch i pieczemy około godziny.

Ciasto jest bardzo wilgotne od jabłek, więc zanim do końca wystygnie, może być trochę trudne w obsłudze, jeśli chodzi o przekładanie z formy na talerzyki

Przepis dodaję do akcji Owocowe ciasta zimowe i Wegańskie słodkości

Pijana konfitura jabłkowa

Zwykły wpis

Kolejny korzenny przepis 🙂 Moja pierwsza w życiu konfitura (powidła, dżem, niepotrzebne skreślić ;)) i od razu porządnie pijana. Nigdy jakoś nie zabierałam się za domowe przetwory, bo wydawało mi się, że to mnóstwo roboty. Okazuje się, że taka konfitura robi się właściwie sama. Wystarczy tylko wrzucić wszystko do garnka i mieszać od czasu do czasu, żeby się nie przypaliło. Dzisiejsza powstała na zasadzie czyszczenia kuchni 🙂 Miałam kilka jabłek, których termin przydatności do spożycia bardzo się już zbliżył. Coś trzeba było z nimi zrobić, nie bardzo miałam wizję co, więc postanowiłam zachwoać je na później, na świąteczną szarlotkę 🙂 Potem trochę poszalałam i wyszła konfitura mocno słodka, o wyraźnych korzennych aromatach i zdecydowanie tylko dla drorosłych 🙂

W sesji zdjęciowej udział wzięły: pusta butelka, której zawartość (nie cała! :D) znalazła się w konfiturze, mniej więcej 3 łyżki konfitury pozostałe po umieszczeniu części zasadniczej w słoiku i cytryna, bo jabłka się skończyły 😀 Z podanych proporcji wychodzi jeden półitrowy słoik i trochę 🙂 Można oczywiście zrobić więcej, ale trzeba się zaopatrzyć w dużo whisky 🙂

Składniki

  • 4 jabłka
  • 4 łyżki cukru
  • sok z 1.5 cytryny
  • łyżka cynamonu
  • ok. 10 goździków
  • 2/3 szklanki whisky lub brandy
  • łyżeczka mielonego imbiru
  • łyżeczka mielonej skórki pomarańczowej (opcjonalnie)

Przygotowanie

Na dno średniej wielkości garnka wlewamy około 1 cm wody. Jabłka myjemy i kroimy na kawałki (bez obierania, pod skórką jest najwięcej pektyny, która zagęści konfiturę). Wszystkie składniki wrzucamy do garnka i gotujemy na wolnym ogniu około półtorej godziny, mieszając od czasu do czasu, żeby nie przywarło do dna. Jeśli użyjecie świeżych i twardych jabłek, to może będzie trzeba gotować trochę dłużej. Moje jabłka były wybitnie dojrzałe 🙂 Generalnie wszystko powinno się rozgotować na papkę, może z pojedynczymi kawałkami jabłek, które też powinny być miękkie. Na koniec odławiamy goździki 😉 Całość można zmiksować, żeby konsystencja była bardziej kremowa. Jeżeli chcemy zachować konfiturę na później, można ją zawekować. Gorącą przekładamy do słoika (musi być pełny), zakręcamy i stawiamy do góry dnem. Przykrywamy kocem albo ręcznikiem, żeby bardzo powoli stygł. Po tej procedurze konfitura powinna przetrwać w temperaturze pokojowej, tak jak zamknięte powidła czy dżem.

Niniejszym z dumą dodaję do bloga kategorię Przetwory 🙂