Monthly Archives: Listopad 2012

Burgery orzechowe

Zwykły wpis

 

Po delikatnym blogowym kryzysie wreszcie udało mi się wyprodukować i sfotografować fajny przepis 🙂 Jezdem z siebie dumna, zwłaszcza, że wczoraj miałam jakiś dzień niemocy – może z powodu treningu, może przez pogodę, nie wiem, ale faktem jest, że jedyne ne co miałam ochotę to spanie. Wykrzesałam jednak trochę energii i popełniłam orzechowe burgery. Kiedyś już robiłam podobne z przepisu Ireny i Andrzeja, a tym razem inspirowałam się przepisem Nutty Veggie Burgers z książki Let Them Eat Vegan! Książka jest naprawdę fajna i jeśli szukacie np. prezentu na gwiazdkę dla roślinożercy, to jest to dobra opcja 🙂

Burgery też są fajne – przede wszystkim nie rozwalają się przy smażeniu, co uważam za wielką zaletę, bo znakomita wiekszość wege kotletów, jeśli nawet da się przewrócić na drugą stronę na patelni, to przy przekładaniu z patelni na talerz już na bank się rozpadnie. Tu nie ma tego problemu. Kotlety są bardzo smaczne, zwłaszcza dla wielbicieli orzechów, do których niżej podpisana się zalicza. Poza tym podobno są dziecioprzyjazne 😉 Nie mam dzieci, na których mogłabym to sprawdzić, ale autorka książki ma trójkę i tak twierdzi, więc pewnie tak jest 😉 Dla mnie może odrobinkę zbyt łagodne, więc polecam do nich jakiś pikantny sos. Ja jadłam z cebulą i ostrą salsą.

Składniki (na 5 średnich kotletów)

  • ok. 1 szklanki migdałów
  • ok 2/3 szklanki orzechów włoskich
  • duży ząbek czosnku
  • trochę ponad pół szklanki płatków owsianych
  • duża marchewka
  • łyżka ketchupu
  • pół łyżeczki soli
  • 2 łyżki płatków drożdżowych (jeśli nie macie, chyba spokojnie można pominąć)
  • ok. łyżki posiekanej świeżej szałwii (myślę, że dobrze by pasował też świeży lub suszony rozmaryn albo tymianek)
  • olej do smażenia

Przygotowanie

Ząbek czosnku kroimy na kilka kawałków. W robocie kuchennym rozdrabniamy migdały i orzechy razem z czosnkiem, solą, płatkami drożdżowymi i szałwią (lub innymi ziołami). Dodajemy startą na drobnej tarce marchewkę, ketchup i płatki owsiane. Miksujemy, aż masa stanie się zwarta i zacznie się sklejać. Formujemy kotleciki. Na patelni rozgrzewamy niewielką ilość oleju i smażymy 5-7 minut an jednej stronie, a potem 3-4 minuty na drugiej. Podajemy np z bułką, warzywami i ketchupem, musztardą, majonezem itp. dodatkami fastfoodowymi, albo z sałatką.

Smacznego 🙂

Reklamy

Liebster Blog Award

Zwykły wpis

Dziś jeszcze nie będzie przepisu. Przepraszam za lekkie zaniedbanie bloga, ale chwilowo nie cierpię na nadmiar wolnego czasu. Mam nadzieję, że sytuacja przynajmniej trochę się niebawem poprawi i będę mogła nieco więcej pomieszać w garnkach, bo trochę mi tego brakuje. Tymczasem otrzymałam kolejne blogowe wyróżnienie – Liebster Blog Award od Dominiki, któej bardzo dziękuję za wyróżnienie 🙂

Zasady zabawy są proste

Wyróżnienie Liebster Blog otrzymywane jest od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawane dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechniania. Osoba z wyróżnionego bloga odpowiada na 11 pytań zadanych przez osobę, która blog wyróżniła. Następnie również wyróżnia 11 osób (informuje je o tym wyróżnieniu) i zadaje 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, z którego otrzymało się wyróżnienie.

Odpowiadam na pytania

  1. Co sprawiło, że bliżej zajęłyście się gotowaniem i poszukiwaniami kulinarnymi? W zasadzie to konieczność 🙂 Wyprowadziłam się z domu z umiejętnościami kulinarnymi ograniczającymi się do ugotowania wody na herbatę i przy dobrych wiatrach jajek na twardo. Po mniej więcej pół roku życia na mrożonych obiadach i wałówkach od rodziców zrobiło mi się słabo na myśl o kolejnym kurczaku po chińsku czy innym wynalazku ze sklepowego zamrażalnika i powoli, powoli, zaczęłam sama gotować. Okazało się, że nie tylko nie jest to czarna magia, ale nawet sprawia mi frajdę i tak jakoś wyszło, że stało się to moim hobby 🙂
  2. Co robicie w chwilach kiedy nie zajmujecie się gotowaniem? Pracuję, ćwiczę (ostatnio zaczęłam więcej biegać i okazało się, że nawet to lubię ;)), wykonuję czynności nielubiane acz konieczne, jak sprzątanie, pranie itp., czytam, spotykam się ze znajomymi… W zasadzie nic super szczególnego 😉
  3. Czy wspieracie się oprócz przepisów internetowych również książkami kulinarnymi, a jeśli tak to jakimi? Mam kilka książek kucharskich i lubię je czytać, ale… jak dotąd chyba ani razu nie ugotowałam nic w 100% z książki 😉 Raczej traktuję je jako lekturę do poduszki, ewentualnie źródło inspiracji, tzn. znajduję przepis, biorę z niego ogólną koncepcję, a potem kombinuję po swojemu 🙂
  4. Najulubieńsza potrawa? Chyba nie mam jednej najulubieńszej… W zasadzie nie ma chyba rzeczy, któych bardzo nie lubię jeść. Najbardziej lubię słodycze (o zgrozo!) i wytrawne dania ze słodkimi akcentami, np. z bakaliami albo suszonymi owocami.
  5. Bez jakiego składnika nie wyobrażacie sobie gotowania? Bez orzechów i bakalii właśnie. ZAWSZE mam w kuchni minimum ze 3 rodzaje orzechów i klka rodzajów suszonych owoców.
  6. Dzień bez …, to dzień stracony, no właśnie, bez czego? Bez kawy!
  7. Jakie jest wasze aktualne, niespełnione jeszcze, marzenie? Pojechać do Australii
  8. Wolicie gotować samodzielnie, czy wspólnie z kimś? Samodzielnie. W kuchni wzniecam wkoło siebie małe tornado, jestem strasznie nieporządna i całe pobojowisko sprzątam dopiero na końcu. Inna osoba z własną wizją i nawykami chyba by mi tylko przeszkadzała. Wyjątek to nowa świecka tradycja, którą rozpoczęłam z mamą – co roku przed Wigilią jadę do niej piec ciasta. Pierwszy raz pojechałam, bo mój piekarnik odmówił posłuszeństwa, ale tak mi się to spodobało, że w następnym roku piekarnik działał bez zarzutu, a ja i tak zaprosiłam się do mamy na przedświąteczne pieczenie 🙂 W tym roku też planuję.
  9. Czy były czasy, kiedy nie potrafiłyście ugotować nawet zwykłej kaszy, nie mówiąc o bardziej wyrafinowanych potrawach? Były – patrz punkt pierwszy 😉
  10. Jakieś twarde postanowienia na przyszły rok? Typu: nie będę więcej… albo: będę więcej… Jeszcze się nie zastanawiałam… Może „będę częściej się wysypiać”, bo ostatnio zaczynam zauważać, że pięć godzin snu na dobę to jednak ciut mało 😉 Ale jest tyle ciekawszych rzeczy do roboty 😉
  11. Co w gotowaniu (i jedzeniu) najbardziej Was cieszy? Jedzenie cieszy mnie samo w sobie 😉 Lubię jeść rzeczy smaczne. Uważam, że jedzenie powinno sprawiać przyjemność i jeśli jestem zmuszona zjeść coś co mi nie smakuje, bo po prostu nic innego nie ma albo bo tak wypada, mam poczucie zmarnowanej okazji do przyjemności. A w gotowaniu najbardziej mnie cieszy, kiedy inni doceniają efekty.

Uff, teraz trudniejsza część 😉 Moje nominacje:

  1. Roślinożerka
  2. Szpinakowa Wróżka
  3. Więcej yofu!
  4. Wegan Nerd
  5. I can’t believe it’s vegan
  6. Wegetarianka
  7. Veganizm – i życie jest pyszne
  8. Sur Nos Tables
  9. Mad Tea Party
  10. Happy Go Lucky
  11. Veganski Svemir

Moje pytania

  1. Jak do Waszej „niestandardowej” diety odnoszą się inni – rodzina, znajomi, przpadkowe osoby, które się o tym dowiedzą?
  2. Czy jest coś, czego kiedyś nie znosiliście a teraz bardzo lubicie albo odwrotnie (pomijam tu mięso, którego wszyscy nominowani „nie lubią”, ale nie koniecznie ze względów smakowych)?
  3. Popisowe danie, które rzuci na kolana każdego, niezależnie od preferencji dietetycznych (linki do przepisów mile widziane :))?
  4. Śniadanie na słodko, czy na słono?
  5. Czy jest danie niewegańskie/niewegetariańskie, za którym tęsknicie?
  6. Czy próbujecie „nawracać” innych na weganizm/wegetarianizm?
  7. Wierzycie w duchy (bo kto powiedział, że musi być tylko o gotowaniu ;))?
  8. Wasza pierwsza próba kuchenna w dzieciństwie? (nie musi być udana, ja np. w wieku jakichś siedmiu lat mało nie puściłam z dymem kuchni sąsiadki, kiedy razem z jej córką usiłowałyśmy smażyć jakieś racuchy ;))
  9. Potrawa, której przygotowanie jest tak upierdliwe, że nigdy nie zrobicie jej sami? Dla mnie to ciasto francuskie, a ostatnio doszły bajgle, które próbowałam upiec i mimo że w 100% przestrzegałam przepisu, co mi się rzadko zdarza, to guzik z tego wyszło 😛
  10. Z czego jesteście dumni?
  11. Jak wygląda Wasz typowy dzień?

Muffinki z quinoa i bakaliami

Zwykły wpis

Kolejna propozycja na słodko – co ja poradzę, że jestem wielbicielką słodyczy… Chociaż, szczerze mówiąc, chyba zbliża się przerwa w fazie słodkiej, więc niebawem jest szansa na więcej pikantnych przepisów obiadowych 😉 A póki co, mam dla Was przepyszne i superzdrowe babeczki – na bazie quinoa i mielonych migdałów. Do tego orzechy i czekolada. Z dedykacją dla mojej Bratowej, która tak jak ja jest czekoladholikiem i słodyczożercą, a ostatnio prosiła o pomysły na zdrowe słodkie przekąski. Kalinko, mówisz i masz 🙂 Przepis znalazłam tutaj.

Składniki (na 13 średnich babeczek)

  • czubata szklanka surowej quinoa (myślę, że może być też kasza jaglana)
  • 200 g kruszonych migdałów (mogą być całe, ja użyłam kruszonych, bo łatwiej je zmielić, może być też gotowa mączka migdałowa, którą podobno można gdzieś kupić, aczkolwiek ja jeszcze nie spotkałam)
  • 1 jajko lub 1 czubata łyżka siemienia lnianego + 1/3 szklanki wody
  • szklanka mleka (użyłam sojowego)
  • 1/4 szklanki cukru (użyłam brązowego)
  • łyżeczka cynamonu
  • 2 spore szczypty soli
  • odrobina ekstraktu z wanilii lub łyżeczka cukru waniliowego
  • 2 garście bakalii (użyłam mieszanki studenckiej, ale mogą być dowolne orzechy, pestki albo suszone owoce pokrojone na nieduże kawałki)
  • pół tabliczki gorzkiej czekolady pokrojonej na małe kawałeczki

Przygotowanie

Quinoa gotujemy al dente, czyli ok 10 minut. Odcedzamy i studzimy. Jeżeli używamy siemienia lnianego jako zamiennika jajek, mieszamy siemię z ciepłą wodą i odstawiamy na ok. 10 minut. Dokładnie mieszamy wszystkie składniki oprócz bakalii i czekolady. Dodajemy bakalie i czekoladę i mieszamy raz jeszcze. Przekładamy do foremek, które należy wypełnić w 100% , a nawet w 110%, bo te babeczki nie rosną w trakcie pieczenia. Pieczemy 25 minut w 160 stopniach. Przed wyjęciem z foremek trzeba muffinki całkowicie wystudzić.

Smacznego 🙂

Przepis dodaję do akcji Quchnia pełna quinoa

Sałatka z czarnego ryżu i soczewicy z żurawinami

Zwykły wpis

Po serii deserów i słodkich śniadań dzisiaj wreszcie przepis wytrawny, choć też z odrobiną słodyczy 🙂 Nigdy wcześniej nie jadłam ani nie używałam w kuchni świeżej żurawiny. Jadłam suszoną i w postaci dżemopodobnej, jako dodatek do serów. Ostatnio zobaczyłam w sklepie świeżą i nie zastanawiając się długo, kupiłam jeden pojemniczek na spróbowanie. Wiedziałam skądinąd, że żurawina jest bardzo kwaśna i posiadane przeze mnie informacje się potwierdziły 😉 Czasem nachodziła mnie ochota na kilka kuleczek, ale jednak nie jest to coś, co nadaje się do samodzielnej konsumpcji w większych ilościach.

Zastanawiałam się, co by tu zrobić z ledwo napoczętym pudełeczkiem. W internecie głównie przepisy na wszelkiego rodzaju sosy żurawinowe albo ciasta. Ale jakoś nie miałam ochoty gotować sosu, tym bardziej, że serów ostatnio jemy niewiele i chyba jeszcze gdzieś w lodówce pałęta się otwarty słoiczek. Na ciasto też o dziwo nie miałam nastroju, więc wymyśliłam taką oto jesienną sałatkę.  Żurawinę dodałam w postaci nienaruszonej – bez gotowania, dzięki czemu zachowała całe bogactwo witaminy C 🙂 Sałatka jest słodko-słona, jak to się często u mnie zdarza. Dzięki kwaśnej żurawinie ma bardzo odświeżający smak. Można użyć dowolnego ryżu i soczewicy, ale czarne odmiany dają dodatkowo fajny efekt kolorystyczny 🙂 Generalnie polecam.

Robiłam tę sałatkę już dwa razy. Pierwszy raz z dodatkiem koziego sera i była dobra. Za drugim razem pominęłam ser, a zamiast tego dodałam orzechów włoskich. Efekt również więcej niż zadowalający 🙂

Składniki

  • ok. 1 szklanka czarnego ryżu
  • ok 1 szklanka czarnej soczewicy
  • 3 duże garście świeżej żurawiny
  • 1 duża lub półtorej mniejszej gruszki
  • 2 garście orzechów włoskich

sos

  • 2-3 łyżki oleju z orzechów włoskich
  • 1-2 łyżki miodu (lub syropu z agawy w wersji wegańskiej)
  • 2-3 łyżki octu balsamicznego
  • 2 duże szczypty soli
  • suszony tymianek, rozmaryn i świeżo mielony pieprz do smaku

Przygotowanie

Soczewicę i ryż gotujemy i studzimy. Żurawinę płuczemy na sitku. Gruszkę kroimy w kostkę. W sporej misce mieszamy ryż, soczewicę, żurawinę, orzechy i gruszkę. Składniki sosu dokładnie mieszamy i dodajemy do sałatki. Najlepsza jest, kiedy ze dwie godzinki postoi w lodóce.

Smacznego 🙂

Dawno nie bawiłam się w żadne durszlakowe akcje, ale tym razem zupełnym zbiegiem okoliczności udało mi się załapać aż do trzech 🙂 Grzech nie skorzystać, więc niniejszym dodaję przepis do akcji: Wielkie Święto Żurawiny, Soczewica i Andrzejkowy Bar Sałatkowy.