Monthly Archives: Wrzesień 2012

Lasagne z dynią, szałwią i serkiem ricotta

Zwykły wpis

Rozpoczęłam sezon na dynię 🙂 Pierwszy raz w życiu spróbowałam jej w zeszłym roku i od tamtej pory zastanawiam się, jak mogłam tyle czasu żyć bez niej 🙂 Teraz staram się wykorzystać dyniowy sezon w pełni – dodaję pieczoną dynię do owsianki albo śniadaniowych pancakes, piekę ciasta i muffinki, robię sosy do makaronu i ciągle szukam nowych pomysłów 🙂

Na moją urodzinową imprezę postanowiłam przygotować coś z dynią w roli głównej, żeby z przytupem zacząć sezon 🙂 Zazwyczaj kiedy gotuję dla siebie, stawiam na proste dania, których przygotowanie nie zajmuje wiele czasu, ale kiedy przychodzą goście, wychodzę w kuchni z siebie i staję obok 😉 Czasem w połowie szykowania „proszonego obiadu”, kiedy akurat wszystko jest rozgrzebane i kuchnia wygląda, jakby przeszło przez nią tornado, mam fazę „chrzanię to, zadzwońmy po pizzę”, ale kiedy jednak odrzucę opcję pizzy i dokończę to co zaczęłam, lubię zbierać pochwały i łaskawie spełniać prośby o przepis 😉

Może tylko powjnnam popracować na organizacją… Mam tę wadę, że kiedy gotuję (nie tylko, ale zwłaszcza wtedy), robię naokoło siebie potworny bałagan. Co wyjmę, to odstawię w losowe miejsce, w 5 minut cały blat w kuchni jest zastawiony wszystkimi użytymi do tej pory składnikami, naczyniami itp. Nic dziwnego, że kiedy sięgam po kolejną przyprawę, zahaczę o słoik z cukrem, którego oczywiście nie chciało mi się zakręcić, przwerócę butelkę z oliwą, zbiję dwa jajka i już mam na blacie ciasto 😉 Trochę przesadzam, ale faktem jest, że kiedy wpadam w kuchenny szał i nagle słychać słowo nieparlamentrane, to znaczy, że albo coś wysypałam/rozlałam/potłukłam, albo kolejny raz spotkałam się zbyt blisko z grzałką piekarnika albo z dopiero co wyłączonym palnikiem (moją płytę elektryczną traktuję jako kawałek blatu; oczywiście ma światełka wskazujące, które palniki są gorące, ale kto by się tym przejmował ;)).

Ostatnio staram się trochę z tym walczyć i z dumą stwierdzam, że przed przybyciem gości w dniu wczorajszym kuchnia nie świeciła może czystością, ale nie wyglądała jakby w niej coś wybuchło 🙂 Kosz na śmieci był opróżniony i nawet wygospodarowałam na blatach tyle powierzchni poziomej, że nie musiałam półmisków i naczyń naszykowanych na później rozstawiać na podłodze w jadalni. Chyba dorastam 😉

Przedsatwiam Wam danie główne na urodzinowej imprezie – lasagne z dynią, szałwią, serkiem ricotta i oscypkiem. Kremowa, aromatyczna, pełna jesiennych smaków. Wybitnie sycąca – po zjedzeniu niezbyt dużej porcji myślałam, że pęknę. Myślę, że jako samodzielny obiad spokojnie starczy dla 6-7 osób. U mnie najadło się 9 osób i jeszcze sporo zostało dla mnie na lunche do pracy – nie narzekam 😉 Mój lazaniowy debiut 🙂 Jakoś nigdy wcześniej nie mogłam się zebrać do tego dania, bo wydawało mi się trudne, czasochłonne i ogólnie uperdliwe. Przygotowanie rzeczywiście zajmuje trochę czasu, ale zdecydowanie jest tego warta.

Jedna uwaga: te śliczne wyraźne warsty lazanii są takie śliczne dopiero następnego dnia. Wtedy też zapiekanka fantastycznie się kroi. Świeżo po wyjęciu z piekarnika jest zdecydowanie mniej przyjazna dla użytkownika, ale co najmniej równie pyszna 🙂 Można też zrobić ją dzień wcześniej, a potem odgrzać. Kiedyś robiłam tak z lazanią zamówioną z cateringu i wszyscy bardzo chwalili efekt, więc widać to też jest metoda.

Składniki

Warstwa dyniowa

  • ok. 1 kg pieczonej dyni (użyłam dyni hokkaido)
  • ewentualnie kilka łyżek wody lub mleka
  • 1 krzaczek szałwii
  • sól, pieprz i gałka muszkatałowa do smaku

Warstwa serowa

  • 400 g serka ricotta
  • 100g tartego parmezanu
  • 2 małe jajka lub 1 duże
  • sól, pieprz i gałka muszkatałowa do smaku

Oprócz tego

  • 16 arkuszy makaronu lasagne
  • ok. szklanki tartego sera (użyłam oscypka i fajnie wzbogacił smak, ale może być też parmezan)
  • kilka łyżek oliwy z oliwek

Przygotowanie

Dynię najlepiej upiec dzień wcześniej. Używam dyń hokkaido, które mają suchy i mączysty słodkawy miąższ. Te dynie są niewielkie (trochę większe od grejpfruta), więc do pieczenia przecinam je na pół, wyciągam ze środka piestki i inne farfocle, układam rozcięciem do dołu na blasze i piekę około godziny w 180 stopniach. Kiedy przestygną, wyjmuję miąższ ze skórki i gotowe.

Pieczoną dynię miksujemy w blenderze z posiekaną szałwią, solą, pieprzem i gałką muszkatałową. Jeżeli dynia jest za sucha, dodajemy trochę wody lub mleka. Konsystencja masy powinna być podobna do puree ziemniaczanego.

Następnie miksujemy serek ricotta z parmezanem i jajkiem i doprawiamy do smaku solą, pieprzem i gałką muszkatałową.

Przygotowujemy makaron. Do tej lazanii makraon trzeba wcześniej obgotować, bo nie ma rzadkiego sosu, który by go ugotował w trakcie pieczenia. Ja robiłam tak, że w dużym garnku zagotowałam wodę z solą i 2-3 łyżkami oliwy (dzięki niej płaty makaronu się nie sklejają w trakcie gotowania) i wrzucałam po 4 płaty lazanii, bo tyle potrzebowałam na jedną warstwę. Po odłowieniu z wody od razu układałam makaron w naczyniu i nakładałam farsz, podczas gdy kolejna warstwa się gotowała. Dzięki temu uniknęłam problemu z przechowywaniem częściowo ugotowanej lazanii tak, żeby płaty się ze sobą nie posklejały.

Tak więc, gotujemy pierwszą warstwę lazanii i układamy na dnie natłuszczonego naczynia do zapiekania. Na to wykładamy połowę dyni. Potem kolejna warstwa lazanii, połowa masy serowej, makaron, reszta dyni, makaron i reszta sera. Wierzch posypujemy tartym serem. Przykrywamy folią aluminiową i pieczemy ok. 30 minut w temperaturze 180 stopni. Nastepnie zdejmujemy folię i pieczemy jeszcze 15-20 minut aż ser się zrumieni. Smacznego 🙂

A teraz scena z życia kulinarnej bloggerki 🙂

Zdjęcie z pola bitwy z dzisiejszego poranka. Zanim zaczęłam sama trochę interesować się fotografią kulinarną, patrząc na zdjęcia na blogach myślałam: ale ci ludzie mają fajnie, mają takie piękne naczynia, do każdego obrusa inny zestaw, serwetki pod kolor, a to wszystko na ich stołach jest tak ładnie skomponowane… O słodka naiwności 😉 Prawda jest taka, że zdjęcia kulinarne rzadko powstają na stole, przy którym je się posiłki. Bardzo rzadko jest tak, że przed podaniem obiadu pstryknę fotkę na bloga. Zazwyczaj takie fotki nie wyglądają, jakby to co na nich jest, było jadalne 😉 Poza tym zawsze załapie się kawałek zlewu z brudnymi naczyniami, gazeta przewracająca się po kuchni, czy butelka płynu do naczyń. A może to tylko moje szczęście 😉 W każdym razie, zdjęcia powstają tam, gdzie jest dobre światło i np. ściana w albo podłoga w odpowiednim kolorze. Czasem jest to np. podłoga łazienki, która ma ładny drewniany wzór 😀 Osobiście jeszcze nie fotografowałam zupy w łazience, ale słyszałam takie historie 🙂 No i jak widać, aby obiad wyglądał na zdjęciu apetycznie, czasem trzeba zawiesić w oknie prześcieradło 😉

Chili z czekoladą i czerwonym winem

Zwykły wpis

Trochę mnie tu nie było. Byłam na wakacjach. Po paru latach przerwy wróciłam do ukochanego niegdyś Zakopanego. Zakopane nadal jest super 🙂 Trafiliśmy na świetną (jak na koniec września) pogodę. Z wyjątkiem jednego dnia, kiedy od rana do nocy lało. Ale i ten jeden dzień został nam wynagrodzony, bo, jak się okazało, kiedy na dole lało, w górach spadł śnieg! Tak jest, załapałam się na pierwszy śnieg w tym roku 🙂 A nastepnego dnia świeciło przepiękne słońce, było całkiem ciepło, a widoki zapierały dech w piersiach. I choć po powrocie z gór wylewałam wodę z butów, to i tak był to jeden z nielicznych przypadków, kiedy piękno tego świata niemalże rzuciło mnie na kolana (gdyby nie ten śnieg ;)).

A potem skończyłam trzydzieści lat 🙂 Tak tak, w międzyczyasie postarzałam się o rok. Fajerwerków nie było 🙂 Była gorąca czekolada z licznymi wysokoprocentowymi dodatkami. I tyle 🙂 Tortu też jeszcze nie było, ale będzie i o ile okaże się jadalny, nie omieszkam się pochwalić. Z wiekiem nie przyszła mądrość i rozwaga, a nawet powiedziałabym, że odbiło mi jeszcze bardziej, ale o tym za jakiś czas 😉

A potem wróciłam do kuchni. Jakoś tak bez zapału, odzwyczaiłam się od gotowania na urlopie. Nawet jeśli oznaczało to żywienie się plackami ziemniacznaymi (na które przez jakiś czas nie chcę nawet patrzeć) na zmianę z knapakami z masłem orzechowym 😉 Ale odzyskałam zapał, kiedy znalazłam ten przepis na czekoladowe chili. Czekolada i wino na obiad? Poprzoszę! Od razu dwie porcje – drugą na deser 🙂

To chili jest naprawdę fantastyczne. Bardzo bogaty, nietypowy smak. Czekolada jest wyczuwalna, ale wbrew pozorom całość nie smakuje jak fasola z nutellą 😉 Naprawdę bardzo Wam polecam to danie. Jest takie bogate i sycące, w sam raz na jesienny wieczór, choć póki co (odpukać) jesień nas rozpieszcza. Gotując, oczywiście „pamiętałam” przepis, ale kiedy sprawdziłam po fakcie, okazało się, że jednak trochę się różni od oryginału 😉 Podaję więc moją wersję.
Składniki (na 4 porcje)

  • ok. 500 g gotowanych mieszanych fasolek (użyłam ok. 300 g miksu nasion strączkowych, które namoczyłam ok. 3 godzin i gotowałam ok. 30 minut, ale można użyć np. puszki czerwonej fasoli, trochę cieciorki i soczewicy, albo co kto lubi)
  • 1 duża cebula
  • 2 duże ząbki czosnku
  • 2 średnie marchewki
  • 3 nieduże łodygi selera
  • dwie papryki (dałam żółtą i czerwoną)
  • 2 puszki (po 400 g) siekanych pomidorów
  • 2/3 tabliczki gorzkiej czekolady (użyłam 90%)
  • pół szklanki czerwonego wytrawnego wina
  • dwie garści połamanych orzechów włoskich
  • łyżeczka nasion kminku
  • ok. pół łyżeczki cynamonu
  • łyżeczka oregano
  • chili w proszku (do smaku, ja dałam dużą szczyptę)
  • sól do smaku
  • ok. łyżka oliwy do smażenia

 

Przygotowanie

W sporym garnku rozgrzewamy olej. Cebulę siekamy dosyć drobno, czosnek przeciskamy przez praskę. Smażymy na średnim ogniu kilka minut, aż cebula zmięknie. Często mieszamy, aby się nie przypaliło. Dodajemy przyprawy (z wyjątkiem soli) i smażymy jeszcze jakieś 3 minuty. W razie potrzeby dolewamy kilka łyżek wody. Następnie wrzucamy drobno pokrojone warzywa oraz pomidory. Zmnieszamy ogień i dusimy ok. 25-30 minut. Solimy do smaku.

Dodajemy fasolkę, wino i czekoladę połamaną na kawałki. Mieszamy, żeby czekolada się rozpuściła i dusimy na wolnym ogniu jeszcze ok. 5 minut. Dodajemy orzechy i mieszamy. Podajemy ze świeżą kolendrą i ewentualnie jogurtem lub kwaśną śmietaną. I oczywiście popijamy winem, a na deser zjadamy resztę czekolady, żeby się nie zmarnowała 😉 Smacznego

Jamajskie tofu z ryżem kokosowym (i co zrobić, żeby tofu miało smak ;-))

Zwykły wpis

Przedstawiam Wam mój wielce egzotyczny obiad 😉 Który wcale nie jest tak skomplikowany, jak brzmi i być może wygląda. Inspiracją był, jak to się często u mnie zdarza, przepis z bloga Oh She Glows. Ja dodatkowo marynowałam tofu w „jamajskiej” marynacie. Jamajskiej dlatego, że oparłam ją na kilku przepisach zatytułowanych Jamaican Jerk Chicken/Tofu 🙂 Efekt końcowy całkiem fajny – lekki obiad pachnący trochę żarem tropików. Do tego słodko-słone połączenia, które lubię.

Wiele osób uważa, że tofu nie ma smaku, co jest wierutnym kłamstwem 😉 Tofu ma smak i samo w sobie świetnie się nadaje na kanapkę! Ale wiele osób narzeka też, że nawet po długim marynowaniu tofu nadal nie ma smaku, tzn. nadal smakuje jak tofu, bo nie wchłania marynaty. Jest na to sposób, o którym czytałam już jakiś czas temu, a przy okazji szykowania tego dania wypróbowałam i zadziałał w 100%.

Jeżeli chcemy marynować tofu, żeby nadać mu inny smak, należy po pierwsze wybrać raczej miękkie tofu. Z tych dostępnych w mojej okolicy dobrze się sprawdza Polsoja, natomiast np. Provita do tego celu średnio się nadaje, bo ich tofu jest bardzo twarde. Przed użyciem tofu należy zamrozić co najmniej na 24 godziny. Ja po prostu wrzucam je do zamrażarki w opakowaniu. Po zamrożeniu tofu ma inny kolor (staje się beżowe, a podobno bywa nawet ciemnobrązowe), więc nie należy się tym stresować. Następnie tofu rozmrażamy i zauważamy, że zmieniła się też jego faktura. Po rozmrożeniu tofu robi się gąbczaste i na tym właśnie polega trick – ta gąbka wciągnie marynatę. Ale najpierw trzeba z niej wycisnąć wodę. W tym celu gładziemy kostki tofu na desce do krojenia, przykrywamy drugą deską, a na wierzchu kładziemy, co mamy w domu ciężkiego – zgrzewkę wody mineralnej, 5 kartonów soku itp 😉 Pozostawiamy co najmniej na 20-30 minut, a może być nawet na kilka godzin.

Po odciśnięciu kostki tofu powinny być zdecydowanie cieńsze i twardsze. Teraz można je już marynować wedle uznania, potem piec lub smażyć i nie narzekać, że nie ma smaku 🙂

Składniki (na 2-3 porcje)

  • 2 kostki tofu (po 180 g)
  • olej do smażenia

marynata

  • sok z 2 limonek (ok. 1/8 szklanki)
  • łyżka miodu lub syropu z agawy
  • 2-3 łyżki sosu sojowego
  • 2 małe ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę
  • pół łyżeczki imbiru w proszku (lub trochę więcej)

ryż

  • 2 torebki brązowego ryżu
  • puszka (400 ml) mleka kokosowego
  • pół szklanki wody
  • duża szczypta soli (ok. pół łyżeczki)
  • ok. łyżeczki gałki muszkatałowej
  • garść wiórków kokosowych

salsa z ananasa

  • puszka ananasa w kawałkach (oczywiście może być świeży)
  • 2 papryki (u mnie żółta i pomarańczowa, ale kolor nie ma znaczenia)
  • jedna papryczka chili lub kilka platerków marynowanego chili
  • 1 szalotka lub pół małej cebuli
  • pół łyżeczki imbiru w proszku
  • garść posiekanej świeżej kolendry lub łyżeczka pasty z kolendry
  • szczypta kminku

Wszystkie składniki marynaty mieszamy. Tofu mrozimy, rozmrażamy i odciskamy zgodnie z instrukcją powyżej. Następnie każdą kostkę przekrajamy wzdłuż na pół. Plastry tofu umieszczamy w płaskim naczyniu, zalewamy marynatą i zostawiamy na kilka godzin albo na noc. Można od czasu doc zasu potrząsnąć naczyniem (albo odwrócić, jeśli jest taka możliwość), żeby marynata dotarła do tofu zewszystkich stron.

Mleko kokosowe mieszamy z gałką muszkatałową, wodą i solą. Wsypujemy ryż (rozrywamy torebki) i doprowadzamy mleko do wrzenia. Następnie zmniejszamy grzanie, przykrywamy garnek i na wolnym ogniu gotujemy ok. 25 minut. Pod koniec dodajemy wiórki kokosowe. Zdejmujemy z ognia i zostawiamy pod przykryciem jeszcze na jakieś 5 minut.

Aby przygotować salsę, wszystkie składniki, z wyjątkiem ananasa, wrzucamy do blendera i „pulsujemy” przez chwilę, aż warzywa będą drobno posiekane. Dodajemy ananasa i mieszamy. Salsę można zrobić kilka godzin wcześniej, albo nawet poprzedniego dnia, bo lepiej smakuje, kiedy wszystko się „przegryzie”.

Na patelni rozgrzewamy odrobinę oliwy. Tofu wyjmujemy z marynaty i każdy plaster przekrajamy na pół, a następnie jeszcze raz na pół na trójkąciki. Smażymy z obu stron na złoty kolor. Nakładamy do miseczek i gotowe. Smacznego 🙂

PS. Pałeczki są dla picu 😉 Kompletnie nie umiem się nimi posługiwać i za każdym razem kiedy idę na sushi, zastanawiam się, czy wyrzucą mnie z lokalu za karygodne zachowanie przy stole 😉

Figa bez maku – śniadaniowa quinoa z figami

Zwykły wpis

Wczoraj znalazłam w sklepie świeże figi w sensownej cenie. Jakoś tak się złożyło, że nigdy wcześniej ich nie próbowałam (często jadłam suszone), a ostatnio sporo bloggerów rozpływa się w zachwytach nad nimi, więc zainwestowałam. Przyniosłam do domu cztery spore egzemplarze, w sam raz pod kolor do fioletowych miseczek 😉

Zaczęłam przeglądać przepisy i tu zaczęły się schody, bo większość to były albo dżemy, konfitury itp., albo figi owinięte szynką prosciutto, albo ciasta. A ja chciałam coś szybkiego, bezmięsnego i takiego, żeby nie „zabić” smaku świeżych owoców. Stanęło więc na tym, że figi staną się wypasionym dodatkiem do weekendowego śniadania. Właśnie skończyłam najadać się po uszy waniliową quinoa z figami i orzechami. Pycha 🙂

Quinoa można zastąpić kaszą jaglaną albo nawet kuskusem (oczywiście kuskusu nie gotujemy). Można też przygotować ją dzień wcześniej, a rano tylko dolać odrobinę mleka i podgrzać (albo i nie). Ja tak właśnie zrobiłam, bo mimo że nie spieszę się dziś do pracy, należę do osób, które w sekundę po otwarciu oczu myślą o jedzeniu 😉 i maksymalny do przyjęcia dla mnie czas szykowania śniadania to 5 minut. Łącznie ze zdjęciami 🙂

Składniki (z tej ilości quinoa wyjdą dwie nieduże porcje lub jedna i trochę resztek na deser ;))

quinoa

  • Szklanka quinoa lub kaszy jaglanej (surowej)
  • 2 szklanki mleka roślinnego
  • szczypta soli
  • łyżeczka ekstraktu z wanilii lub cukru waniliowego
  • 1,5 łyżeczki cynamonu

dodatkowo

  • 2 suszone figi
  • duża garść orzechów nerkowca lub migdałów
  • 1-2 świeże figi na porcję
  • łyżeczka miodu (można pominąć lub zastąpić syropem klonowym)

Przygotowanie

W niewielkim garnku podrzgewamy mleko z solą, wanilią i cynamonem. Kiedy zaczyna się gotować, wsypujemy quinoa (przepłukaną uprzednio na sitku) i gotujemy ok. 15 minut, od czasu do czasu mieszając. Zestawiamy z ognia i albo od razu podajemy, albo odstawiamy do wystudzenia, a potem przykrywamy i chowamy w lodówce.

Suszone figi kroimy w kostkę, świeże na ćwiartki. Do ugotowanej quinoa dodajemy suszone figi i orzechy, mieszamy. Przekładamy do miseczek i układamy na wierzchu świeże figi. Ewentualnie polewamy odrobiną miodu. Smacznego 🙂

Uwagi: Jeśli nie macie suszonych fig, można użyć rodzynek albo innych suszonych owoców, np. moreli. Niedrogie ekologiczne suszone figi są do dostania w Rossmanie. Chyba już kiedyś o tym pisałam, ale naprawdę ostatnio przynajmniej w niektórych sklepach tej sieci można znaleźć szeroki wybór ekologicznych suszonych owoców, orzechów itp. a także mleko roślinne, kremy a’la nutella, wegańskie batoniki, mleko roślinne, a nawet eko sos pomidorowy w bardzo przystępnych cenach.

Życzę Wam miłej niedzieli, a ja lecę spalić te figi 😉

Versatile Blogger :-)

Zwykły wpis

Zostałam zaproszona przez Szpinakową Wróżkę do blogowej zabawy Versatile Blogger. Bardzo dziękuję za wyróżnienie 🙂 Dziś więc nie będzie przepisu, za to kilka ciekawostek na mój temat 😉

Oto zasady zabawy:

  • Podziękuj osobie, która Cię wytypowała na jej/jego blogu
  • Wstaw logo zabawy na swojego bloga
  • Ujawnij 7 faktów na swój temat
  • Wytypuj 15 blogów, które Ci się podobają i chcesz, żeby dołączyły do zabawy
  • Poinformuj wytypowanych, że kopnął ich taki zaszczyt 😉

Najpierw prostsza część, czyli 7 faktów na mój temat 🙂

  1. Mniej więcej do dwudziestego trzeciego roku życia moje umiejętności kulinarne ograniczały się do zagotowania wody na herbatę i jajka na twardo (na miękko już było za trudne ;)). Moja mama była przekonana, że kiedy się wyprowadzę, to umrę z głodu 😉 Kiedy się rzeczywiście wyprowadziłam, przez jakieś pół roku żyliśmy na mrożonkach i wałówkach od rodziców, aż w pewnym momencie wyszło mi to bokiem i pierwszy raz w życiu ugotowałam zupę pomidorową. Co to były za emocje 😀 do dziś pamiętam, że biegałam do laptopa sprawdzać przepis 10 razy, jakby to był co najmniej tort weselny, a kiedy koniec końców zupa okazała się jadalna, zadzwoniłam do mamy pochwalić się sukcesem 🙂 Nie pamiętam już, jak od tej zupy doszłam do kulinarnej pasji, ale chyba wynikło to po prostu z tego, że uwielbiam jeść 🙂 A ponieważ małżonek raczej niekuchenny, to jak chciałam zjeść coś dobrego, musiałam sama sobie zrobić. A mama do dziś jest w szoku, że wyszłam poza etap jajka na twardo 😉 Z drugiej strony ta kuchnia może skądś przyszła w genach, bo mój brat też całkiem lubi mieszać w garnkach i nieźle mu to wychodzi.
  2. Urodziłam się i wychowałam w Warszawie i jestem raczej mieszczuchem. Dobrze się czuję w mieście, nie mam poczucia, że wszyscy się gdzieś spieszą, że panuje jakieś napięcie, chaos itp. Wiele razy słyszałam od osób, które przyjechały tu do pracy albo na studia, że w Warszawie ludzie są niemili i krzyczą na siebie nawzajem. Może dobrze trafiam, bo nie zauważyłam, żeby gdzie indziej ludzie byli jakoś specjalnie milsi. I nikt na mnie nie krzyczał (tzn. ot tak bez powodu, na ulicy itp.). Moja „mieszczuchowatość” objawia się nawet na wakacjach. Wolę pojechać do tzw. kurortu, gdzie można się przespacerować promenadą przy plaży, zajrzeć do sklepików z pamiątkami czy wstąpić gdzieś na kawę. Z kolei moi rodzice najchętniej jeżdżą na wakacje w tzw. szczere pole, im bardziej szczere, tym lepiej 😉 Chcą mieć niezmącony spokój i kontakt z naturą. Ja od zbyt długiego i zbyt intensywnego kontaktu z naturą dostaję fioła (fiołka ;)). Co nie znaczy, że nie lubię na parę dni uciec od zgiełku. Ale lubię też do niego wracać 🙂
  3. Od prawie pięciu lat mam tatuaż. Nigdy nie żałowałam, że go zrobiłam – bardzo go lubię i myślę o kolejnym. Miałam też fazę na kolczyk w pępku i dredy, ale żadnej z tych rzeczy nie wcieliłam w życie (i chyba dobrze).
  4. Nie noszę spódnic/sukieniek i butów na obcasie. Nie jest to żadna manifestacja światopoglądowa, po prostu uważam, że są niewygodne. Dla sukienek robię wyjątek przy ważnych okazjach typu wesela itp. Dla butów na obcasie w zasadzie nigdy, przynajmniej odkąd w modzie są balerinki. Kiedyś babcia z mamą non stop suszyły mi o to głowę. Teraz jakoś przestały – widocznie uznały, że już jestem duża 😉 Lubię też siebie z krótkimi włosami, znów ze względu na wygodę. Przez wiele lat nosiłam fryzurę na chłopaka. Teraz mam trochę dłuższe, bo inaczej mąż marudzi 😉 Za to, żeby nie było, że jestem babochłopem, bardzo lubię korale i ciekawe kolczyki i jestem maniaczką perfum 🙂
  5. Nienawidze sprzątać, a już najbardziej ze wszystkiego myć podłogi. Ponieważ mąż też do pedantów nie należy, więc w naszym mieszkaniu na ogół panuje kontrolowany chaos. Kiedy mają przyjść goście, szczególnie rodzice, albo czasem przed świętami zarządzam wielkie odgruzowywanie.
  6. Kompletnie nie umiem śpiewać ani grać na niczym (no chyba że na nerwach ;)), z poczuciem rytmu też nie wymiatam. Za to kiedyś się okazało, ku zdziwieniu innych jak i mojemu, że potrafię bezbłędnie zagwizdać dowolną zasłyszaną melodię.
  7. Uwielbiam słodycze, ale nie lubię pączków, marcepana i galaretki. To jedyne słodkie rzeczy, które mogłyby dla mnie nie istnieć 🙂

A teraz nominacje. Z tym będzie ciężko, bo większość polskich blogów, które lubię, już chyba wzięła udział w zabawie. Ale spróbuję. Zapraszam do zabawy

  1. Bea w kuchni
  2. Trufla
  3. Gotuję, bo lubię
  4. Brulion z przepisami
  5. Kuchnia Ireny i Andrzeja
  6. Smak Imprezy
  7. Hello Morning, Cooking & Booking
  8. Sur nos tables
  9. Więcej yofu!

I chyba skończyły mi się pomysły 😉

Miłego wieczoru 🙂

Szybka sałatka z ryżu i soczewicy

Zwykły wpis

Prosta propozycja „konkretnej” sałatki, która może z powodzeniem być też samodzielnym posiłkiem. W ramach końcówki lata postawiłam na klimaty greckie 🙂 Efekt całkiem niezły – roboty niewiele a kilka smacznych obiadów w pracy będzie 😉 Smaczna zarówno na ciepło, jak i na zimno. Poza tym taki przepis można bardzo łatwo dostosować do własnych upodobań i zawartości lodówki. Zamiast koperku można dać świeżą natkę, bazylię, albo np. suszone zioła prowansalskie. Można dodać trochę czosnku albo drobno posiekanej cebulki. Jeżeli lubicie kapary, to można chyba z powodzeniem użyć ich zamiast oliwek, może dodać trochę pestek słonecznika lub dyni, żeby fajnie chrupało…

Składniki (na 3-4 porcje obiadowe lub więcej jako dodatek)

  • 2 torebki ryżu (u mnie brązowy)
  • niecała szklanka brązowej soczewicy
  • pół słoika suszonych pomidorów (ok. 8 sztuk)
  • kilkanaście czarnych lub zielonych oliwek
  • mały pęczek koperku (po posiekaniu wyszła duża garść)
  • sok z połowy cytryny
  • ok. łyżka dobrej oliwy (użyłam ziołowej, ale może być też zwykła)
  • sól do smaku

Przygotowanie

Ryż gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Soczewicę gotujemy w osolonej wodzie ok. 25 minut. Odcedzamy. Pomidory kroimy na nieduże kawałki, oliwki kroimy co najmniej na połówki (można w plasterki). Koperek drobno siekamy. Wszystkie składniki mieszamy w misce, doprawiamy do smaku solą i ewentualnie sokiem z cytryny. Odstawiamy na jakiś czas, żeby smaki się przegryzły. I gotowe 🙂

Wegańskie muffinki bananowo-cukiniowe

Zwykły wpis

Kiedy jakieś dwa lata temu pierwszy raz znalazłam w internecie przepis na coś słodkiego z cukinią, wydawało mi się to strasznie dziwne. Teraz cukiniowe ciasta i muffinki to chyba klasyka przełomu lata i jesieni. Z drugiej strony, gdyby ktoś dwa lata temu powiedział mi, że będę pić szejki ze szpinakiem i jarmużem, to też kazałabym mu mocno się puknąć w głowę 😉 Jak widać, ludzie się zmieniają, kulinarne trendy też, więc postanowiłam się w owe trendy wpasować i popełnić muffinki cukiniowe.

Nadają się na słodką przekąskę, ale i na śniadanie dadzą radę. Piekłam je właśnie z przeznaczeniem na śniadania jedzone w biegu, więc dołożyłam starań, żeby wpakować tyle składników odżywczych, ile tylko muffinka może pomieścić 😉 Ale zgodnie z obietnicą bez wynalazków – wszystko, co jest potrzebne do upieczenia tych babeczek, można bez problemu znaleźć w każdym odrobinę większym sklepie spożywczym.

Składniki (na 12 muffinek)

  • 1 mała lub pół dużej cukinii
  • 2 dojrzałe banany
  • 1 średnie jabłko
  • 3 łyżki płynnego słodu (miód, syrop z agawy…)
  • półtorej szklanki mąki (użyłam pełnoziarnistej)
  • półtorej łyżeczki sody oczyszczonej
  • pół łyżeczki proszku do pieczenia
  • pół łyżeczki soli
  • 2 łyżeczki cynamonu
  • pół łyżeczki gałki muszkatałowej
  • szklanka posiekanych orzechów (dowolnych – ja dałam jedno opakowanie kruszonych migdałów, myślę, że włoskie będą super)
  • dwie duże garści wiórków kokosowych
  • duża garść rodzynek
  • łyżeczka cukru waniliowego lub ekstraktu z wanilii
  • ew. 1/4-1/3 szklanki mleka roślinnego lub wody (gdyby masa była za sucha)

Przygotowanie

W dużej misce dokładnie rozgniatamy banany widelcem. Cukinię i jabłko trzemy na drobnej tarce (cukinii nie oberamy) i dodajemy do bananów. Dodajemy również miód lub syrop i dokładnie mieszamy. W drugiej misce mieszamy mąkę, proszek, sodę oczyszczoną, cynamon i gałkę muszkatałową. Dodajemy do mokrych składników i mieszamy do połączenia. W razie potrzeby (gdyby cała mąka nie chciała się połączyćz masą) dodajemy trochę mleka lub wody. Dosypujemy orzechy, wiórki kokosowe i rodzynki i ponownie mieszamy. Rozkładamy masę do 12 foremek i pieczemy 25-30 minut w 160 stopniach.

Czekamy, aż trochę przestygną, po czym wyjmujemy z formy i studzimy na kratce.

Smacznego 🙂

***

W ramach uproszczeń, usprawnień, porządkowania i postanowień wszelakich wpadłam na pomysł. Otóż wymyśliłam, że do końca tygodnia nie będę kupować jedzenia (z wyjątkiem świeżego pieczywa i owoców „jednodniowych” – malin itp.). W naszej zamrażarce i lodówce znajduje się tyle wszelakiego dobra, że na tydzień powinno na luzie wystarczyć. Dzięki temu mam nadzieję, że ogarnę trochę chaos panujący w moich zapasach, pozbędę się produktów, które nie pamiętam już skąd i kiedy się wzięły, wysilę kreatywność i zaoszczędzę trochę kasy 🙂 Same plusy 🙂 Pod koniec tygodnia wyspowiadam się, jak mi poszło 🙂

A tymczasem smacznych muffinek 😉

Strumień świadomości i zupa z pieczonych pomidorów

Zwykły wpis

(źródło)

Uwaga, dłuuuugi post, przepis jest kilometr niżej 😉

Wielkimi krokami zbiżam się do trzydziestki. W zasadzie to jestem już na ostatnim odcinku ostatniej prostej 😉 bo zostały mi równo trzy tygodnie. W związku z tym naszło mnie na podsumowania i przemyślenia i powiedzmy, że efekt tych podsumowań mnie nie zachwycił. Mam wrażenie, że o w ostatnim czasie trochę życiowo kręciłam się w kółko. Niby coś tam robiłam, ale tak naprawdę nic konkretnego – tu trochę, tam trochę, nigdzie na sto procent…

Ostatnio kręcenie się w kółko osiągnęło apogeum w tematach zdrowotno-fitnessowo-dietetycznych. Za dużo się naczytałam, zbyt wielu rzeczy chciałam spróbować, a że część z tych rzeczy wzajemnie sie wykluczała, przez sporą część czasu żyłam w poczuciu, że cokolwiek zrobię, to będzie źle, bo np. według diety Paleo ziarna są szkodliwe, więc jeśli zjem owsiankę na śniadanie, to szkodzę swojemu zdrowiu i figurze. Z drugiej strony logika wskazuje, że jedzenie na śniadanie pięciu jajek z bekonem jest średnio zdrowe. Powinnam jeść dużo białka, bo ćwiczę, powinnam ograniczać węglowodany, ale mam ochotę na chleb i co teraz? Odmawianie sobie tego co lubię, bo dieta taka czy inna tego „zabrania”, spowodowało, że kilka razy „pękłam” i wciągnęłam to co lubię (chleb, płatki z mlekiem, czekoladę, jogurt) w ilościach zdecydowanie przekraczających normę. Naprawdę zdecydowanie, bo chyba pod to można podciągnąć zjedzenie za jednym posiedzeniem pół blachy ciasta?

Nie muszę chyba nawet mówić, jak się czułam po konsumpcji wspomnianego ciasta, tudzież miski chispów z salsą tudzież wiaderka jogurtu? Nie dość, że miałam wrażenie, że ciasto zaraz wyjdzie mi uszami, to oczywiście świadomość, że właśnie wchłonęłam w parę minut zalecaną dzienną dawkę kalorii (a oprócz tego drugą dzienną dawkę w postaci normalnych posiłków) nie pomagała. Nie muszę też chyba pisać, że konsumpcja hurtowych ilości niekoniecznie zdrowych rzeczy nie pozostała bez wpływu na moją wagę, wygląd i fizyczne samopoczucie?

Otóż nie 😛 Ciacho się ze mnie nie zrobiło, raczej powoli zmierzałam w stronę budyniu 😛 W dodatku sfrustrowanego budyniu, co już samo w sobie brzmi lekko  niedorzecznie. Na mojej drodze w stronę niezadowolonego z życia budyniu trafiłam m.in. na bloga Oatmeal after Spinning. Bardzo Wam go polecam – jest ciekawy, pisany z humorem i sporo tam fajnych przepisów, ale mnie dały do myślenia te dwa posty.

W skrócie chodzi o to, że w znakomitej większości przypadków sami decydujemy o tym co jemy, a czego nie. Pomijając sytuacje w rodzaju ścisłej diety z powodu choroby albo małych dzieci, o których diecie do pewnego momentu decydują rodzice, nikt przecież nie zmusza nas do jedzenia tego, co z takich czy innych powodów na nie pasuje. Powody mogą być różne – może po prostu czegoś nie lubię, może nie jem tego z przyczyn etycznych czy religijnych, a może decyduję się odpuścić ciasto, bo wiem, że w danym momencie moim celem jest zrzucenie paru kilo a te 3 minuty przyjemności mnie od tego celu oddalą. I nie chodzi o to, żeby zawsze decyzja była „na nie”, ale żeby mieć świadomość tego, że chociaż może nie zawsze jest to łatwe i przyjemne, to w 99% przypadków mamy wybór odnośnie tego, czy coś zjemy, czy nie i bez sensu jest rozgrzeszanie się po fakcie, że „inaczej się nie dało”.

Drugi post jest pochwałą prostoty i naprawdę trafił mnie prosto w serce 😉 zwłaszcza że nie był to pierwszy tego typu przekaz, który otrzymałam. Lubię gotować, jeszcze bardziej lubię dobrze zjeść. Lubię sprawdzać nietypowe połączenia smaków i dziwne składniki, ALE powoli dochodzę do tego, że często przekombinowuję. Kiedyś dawno podesłałam linka do bloga mojej mamie, żeby mogła sobie obejrzeć, co ja właściwie jem na diecie wegańskiej. Napisałam jej też, że może skorzystać z tych przepisów i przygotować coś, kiedy będę ich odwiedzać, bo zawsze zgłaszała problem z obiadem dla mnie. Reakcja mamy była mniej więcej taka: „Dziecko, ja nawet nie wiem co to jest quinoa, nie mam w domu syropu z agawy, nie mam pojęcia, gdzie można kupić słodkie ziemniaki…” itp. Wtedy pomyślałam, że to mama wydziwia. Jakiś czas później, kiedy napisałam o tym, że znów będe jeść mięso, w komentarzach odezwała się moja znajoma, od której zaczęła się moja przygoda z wegetarianizmem i napisała m. in., że według niej moja dieta była aż za bardzo urozmaicona, bo jej rodzina (wegetariańsko-wegańska) używa dużo prostszych składników. I coś w tym chyba jest. Mam w domu mnóstwo przedziwnych rzeczy, typu nasiona chia, grzyby shitake, mąka z kasztanów itp. cuda. Czasem kupuję je w ramach impulsu, czasem dlatego, że znalazłam jakiś ciekawy przepis z tymi składnikami. Tylko że on z reguły wymaga innych dziwnych składników, które zwykle kosztują masę pieniędzy a potem zalegają w kuchni, będąc przyczyną frustracji i pożywką dla moli. To już lepiej niech te mole żrą zwykłą mąkę – będzie taniej 😛 (tak naprawdę nie hoduję moli 😉 kiedyś jakoś się zalęgły, ale szczęśliwie udało się ich pozbyć).

No i jest jeszcze jedna kwestia. Mięso. Kiedyś nie jadłam, potem zaczęłam jeść, potem znów nie jadłam. Ostatnimi czasy jadłam masowo (dieta Paleo, patrz wyżej :P). Ale cały czas miałam w tyle (albo i w przodzie ;)) głowy, że to są zabite zwierzęta. Ich mięśnie, wątroba, żołądek… Któregoś razu wędzony łosoś rósł mi w gardle, ale „dałam radę” i zjadłam. Ostatnio rozmawiałam z mężem na temat moich zastrzeżeń co do jedzenia mięsa. Dyskutowaliśmy też o przemyśle mlecznym i o tym, że ciężko dostać w sensownej cenie ekologiczne mleko, ser itp. Po tym, jak się wywnętrzyłam, małżonek (facet i do tego umysł ścisły ;)) podsumował w 10 sekund: no to wychodzi, że powinnaś być weganką albo ewentualnie czasem jeść jajka zerówki. Ja na to: no tak… A on: no to tak zrób. Hmmm… no w sumie czemu nie 😀 Najprostsze rozwiązania są czasem najlepsze.

W efekcie przemyśleń niezbyt zwięźle streszczonych powyżej postanowiłam zmienić kilka rzeczy – w życiu, a co za tym idzie, również na blogu. Będę się starała jeść wegetariańsko i takie też przepisy będą tutaj lądować. Raczej bez mleka i jajek, ale mogą się zdarzyć wyjątki. Poza tym moje przepisy będą prostsze. Nie będzie raczej wymyślnych składników z drugiego końca świata, a jeśli się pojawią (choćby te, które mam jeszcze w domu i muszę zużyć), to postaram się podać łatwiej dostępne odpowiedniki. Spróbuję też jeść bardziej sezonowo, chociaż nie wiem, jak to wyjdzie, bo wydaje mi się, że w zimie w naszym klimacie jest sezon na kartofle i kapustę i niewiele poza tym 😉 Ale może mi się tylko wydaje, poza tym są jeszcze przetwory – może lepiej zjeść sos pomidorowy niż świeżego pomidora w lutym, który nie dośc, że smakuje jak tektura, to ma w sobie całą tablicę Mendelejewa. Oczywiście nie zrezygnuję tak całkiem z ogólnie dostępnych egzotycznych składników typu banany, cytrusy czy wiórki kokosowe. Bez przesady w żadną stronę – to chyba powinno być moje motto 🙂

Myślę, że oprócz przepisów będą się też pojawiać posty na inne tematy – życiowe, sportowe, co mi tam jeszcze się będzie kłębiło pod czaszką 🙂 Ale przepisów na pewno nie zabraknie.

Postanowiłam też przeprosić się z jogą. Kiedyś trenowałam astanga jogę mniej więcej 4 razy w tygodniu. Bardzo dużo mi to dawało, fizycznie i emocjonalnie. Potem pojechałam na wakacje, w międzyczasie „moja” szkoła została zamknięta i temat jogi jakoś się rozmył. Kiedyś kupiłam nawet nową matę, bo stara była już bardzo sfatygowana, ale na kupieniu się skończyło. Potem zdałam sobie sprawę, że pewnie po tak długiej przerwie straciłam dużą część rozciągnięcia i siły, które wypracowałam i przez to było mi głupio iść na zajęcia. Bałam się, że będę się czuła jak ofiara losu i wszyscy będą „lepsi” ode mnie, a tego nie lubię. Po miesiącach wymówek wzięłam wreszcie matę pod pachę i poszłam. Straciłam dużo z elastyczności, którą miałam kiedyś. W wiekszości po prostu przez brak teningu, może częściowo dlatego, że trochę przytyłam, może przez dietę. Nieważne. Ważne, że na jodze było tak fajnie jak kiedyś. Nikt nie patrzył na mnie krzywo, bo nie umiałam wyprostować nogi nad barkiem 😉 Wszyscy byli zajęci kombinowaniem, jak zapleść prawą rękę z lewą nogą tak, żeby niczego sobie nie urwać i być potem w stanie powrócić do pierwotnej konfiguracji 😉

(źródło)

To była naprawdę dobra praktyka 🙂 Znów lubię moją matę i nawet wybieram się na jogowy wyjazd. Kiedy dojdzie do skutku, na pewno się pochwalę 🙂

Ufff, bardzo dziękuję za cierpliwość tym, którzy dotarli aż tutaj. Będzie ngroda 🙂 Zupa pomidorowa 🙂

Przepis zaczerpnięty z bloga Oh She Glows. Zupa jest fantastyczna – ma super kremową konsystencję, a dzięki pieczeniu pomidory mają jakiś taki bogatszy smak.  Robiłam tę zupę już dwa razy. Za pierwszym razem pominęłam garam masalę, bo zupa była dla gości o raczej tradycyjnych upodobaniach kulinarnych. Za drugim dodałam jej sporo.Obie wersje wyszły super 🙂 Spróbujcie, w końcu sezon na pomidory nadal w pełni. Osobiście w ogóle nie czułam posmaku mleczka kokosowego, więc raczej nie należy się przejmować tym cokolwiek dziwnym poczłączeniem. Nikt z gości, którzy próbowali, też się nie zorientował, w czym rzecz. Zupa naprawdę smakuje, jakby była na bazie gęstej śmietany.

Składniki

  • 10 średnich pomidorów
  • 1 spora cebula
  • 1 główka czosnku
  • puszka (400 ml) mleka kokosowego (może być light, ja użyłam normalnego, bo takie akurat miałam)
  • 2 szklanki bulionu warzywnego lub 2 szklanki wody i 2 kostki bulionowe
  • 2 spore szczypty garam masali (opcjonalnie)
  • sól i pieprz so smaku (dałam sporo pieprzu i bardzo mi smakowało, ale miałam potem reklamacje, że trochę za pikantna ;))
  • olej lub oliwa z oliwek do pieczenia

Przygotowanie

Blachę do pieczenia wykładamy pergaminem lub folią aluminiową. Pomidory przekrajamy na połówki i układamy na blasze, skórką do dołu, Smarujemy po wierzchu oliwą i posypujemy troszkę solą i pieprzem.


Cebulę obieramy, kroimy w plasterki i umieszczamy w natłuszczonym naczyniu żaroodpornym. Z główki czosnku odcinamy któryś koniec. Chyba lepiej od strony korzenia, bo jak widać na załączonym obrazku, kawałek łodygi nie chciał się odciąć 😉

Miejsce odcięcia smarujemy oliwą i całą główkę zawijamy w folię aluminiową. Nagrzewamy piekarnik do 170 stopni i wrzucamy wszystko do środka. Cebulę wyjmujemy po ok. 30 minutach. Powinna być lekko zrumieniona, ale nie spalona. Czosnek wyjmujemy po ok. godzinie, a pomidory pieczemy przez ok. pół torej godziny.

W średnim garnku podgrzewamy bulion lub wodę z kostkami rosołowymi. Wrzucamy pomidory i cebulę. Czosnek powinien mieć konsystencję miękkiej masy, którą wyciskamy z łupinki. Dodajemy mleko kokosowe. Gotujemy przez kilka minut na średnim ogniu, po czym miksujemy. Można zmiksować zupełnie na krem (ja tak zrobiłam) albo zostawić trochę farfocli, jeśli lubicie, żeby w zupie coś pływało. Doprawiamy do smaku solą, pieprzem i ew. garam masalą.

W wersji „klasycznej” podawałam tę zupę jak na polską pomidorówkę przystało – z ryżem lub makaronem. Można też serwować z grzankami, groszkiem ptysiowym albo bez niczego. Smacznego 🙂