Category Archives: do kanapek

Masło słonecznikowe, na razie ostatnie, jak do tej pory najlepsze :-)

Zwykły wpis

Przede wszystkim niech mi będzie wolno wyrazić dumę z moich porpawiających się umiejętności fotograficznych 🙂 Kiedy zrobiłam to masło, byłam w 100% przekonana, że nie da rady zrobić mu takiego zdjęcia, żeby ktokolwiek miał ochotę to zjeść 😉 Zmobilizowałam się jednak i oto są – całkiem nieobrzydliwe fotki masła słonecznikowo-waniliowego, które jest po prostu fantastyczne i koniecznie musicie je zrobić!

O maśle słonecznikowym najpierw czytałam na blogach amerykańskich. Wydaje się, że w USA jest równie popularne jak masło orzechowe. U nas nigdy nie widziałam go w „normalnym” sklepie, co w sumie dziwne, bo chyba słoniecznik jest bardziej typową dla Polski rośliną niż orzeszki ziemne 😉 Nie jes też drogi, więc nie wiem, czemu nikt nie wpadł na masło słonecznikowe… Znalazłam je w końcu w Organicu w cenie, która prawie doprowadziła mnie do zawału. Mimo to kupiłam jeden słoik, żeby spróbować. Nie była to miłość od pierwszej łyżeczki, musiałam się trochę przyzwyczaić. Ale mniej więcej w 1/3 słoiczka doszłam do wniosku, że je uwielbiam 🙂 Kiedy odważyłam się zrobić masło migdałowe, wiedziałam, że i na słonecznikowe niebawem przyjdzie pora.

Na blogu Choosing Raw znalazłam przepis na słodko-słone masło słonecznikowe z dodatkiem wanilii. To było to! Blender naprawdę mało nie wyzionął ducha, ale było warto! Pyszne, kremowe, mogłabym zjeśc cały słoik łyżeczką! A cena śmieszna w porównaniu do tego z Organica, zwłaszcza jeśli słonecznik kupuje się na wagę (czego ja akurat nie zrobiłam, ale i tak wyszło co najmniej z 5 razy taniej niż w eko-sklepach).

Składniki

  • 600g pestek słonecznika (oczywiście bez łupinek ;))
  • ok. 4 łyżki syropu klonowego lub miodu
  • ok. 5-6 łyżek oleju o neutralnym smaku (u mnie z orzechów włoskich)
  • 2 duże szczypty soli
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii (można użyć cukru waniliowego lub aromatu do ciast)

Przygotowanie

Słonecznik prażymy przez ok. 15 minut w 180 stopniach na suchej blasze. W trakcie pieczenia kilka razy mieszamy. Na koniec pestki powinny być lekko zrumienione, ale nie przypalone. Studzimy słonecznik do takiej temperatury, żeby dało się go dotykać ;). Wszystkie składniki umieszczamy w blenderze i miksujemy, uzbroiwszy się w cierpliwość i determinację. Przynajmniej na początku należy często zeskrobywać słonecznik ze ścianek.

A potem staramy się nie zjeść wszystkiego na raz 🙂

Odbiła mi palma… kokosowa – czyli kolejna edycja domowej produkcji maseł wszelakich ;-)

Zwykły wpis

Po domowym maśle migdałowym, które niestety jakieś złośliwe krasnoludki ukradły już z lodówki i dziś rano zastałam pusty słoik ;), przyszła kolej na wypróbowanie masła kokosowego. Przyznaję, że w Polsce nigdy go nie widziałam w sprzedaży, natomiast czytałam o nim na blogach anglojęzycznych i miałam ochotę spróbować. Oczywiście w trakcie robienia bez próbowania się nie obeszło 😉 I mogę powiedzieć, że jest smaczne – lekko słodkie bez potrzeby dosładzania, delikatne, generalnie dostarcza pozytywnych wrażeń 🙂 Ja chyba pozostanę jednak wierna masłom orzechowym, bo choć kokosa lubię, to do orzechów się nie umywa. Ale jeśli lubicie np. Rafaello czy inne Bounty, to koniecznie spróbujcie – będziecie mieli słoik Rafaello w lodówce 🙂

Ja mam w planach zrobić jeszcze mniej więcej drugie tyle masła, ale bynajmniej nie do bezpośredniej konsumpcji, bo taka ilość kokosa mogłaby mnie zabić 😉 Znalazłam chyba najbardziej perwersyjny przepis na ciasto, jaki do tej pory widziałam i oczywiście koniecznie będę musiała go wypróbować 😉 A że jednym ze składników jest właśnie masło kokosowe, to mój spracowany ostatnio blender będzie musiał wykrzesać z siebie jeszcze trochę siły 😉 Oczywiście, jeżeli efekt okaże się jadalny, nie omieszkam się pochwalić na blogu 🙂

Składniki (na mniej więcej 1.5 szklanki masła)

  • 380 g wiórków kokosowych
  • łyżka oleju o neutralnym smaku (u mnie olej z orzechów włoskich)
  • 2 nieduże szczypty soli (polecam, fajnie wydobywa delikatną słodycz kokosa)
  • pół łyżeczki estraktu z wanilii lub kilka kropel zapachu waniliowego (opcjonalnie)

Przygotowanie

Wszystko zmiksować, pilnując, żeby blender nie eksplodował 😉  Od czasu do czasu robić przerwy, aby lekko przestudzić sprzęt i zeskrobać zawartość ze ścianek naczynie. Przechowywać w lodówce w zamkniętym słoiku. Przed użyciem trzeba wyjąć i ogrzać do temperatury pokojowej, bo w lodówce robi się bardzo twarde.

PS. Prawda, że ładne miseczki upolowałam? 😉

Domowe masło migdałowe

Zwykły wpis

Uwielbiam orzechy! Chyba się powtarzam? 😉 A nawet bardziej niż orzechy lubię masła orzechowe i masła z pestek (ostatnio spróbowałam słonecznikowego – pycha!). W mojej lodówce obowiązkowo muszą być co najmniej dwa różne masła orzechowe, przy czym jakoś najmniej pasuje mi to najłatwiej u nas dostępne, czyli masło z orzeszków ziemnych. Smakowo to nawet może być, ale w supermarkecie ciężko znaleźć takie, które nie zawiera utwardzanych tłuszczy roślinnych, dekstrozy, emulgatorów, regulatorów kwasowości itp. itd. W związku z tym do tej pory kupowałam w eko-sklepach różnej maści masła orzechowe, które były przepyszne, zdrowe, bez dziwnych dodatków, ale miały jedna wadę  – astronomiczną cenę.

Kiedyś próbowałam zrobić w domu masło słonecznikowe, ale chyba źle się do tego zabrałam, a może za szybko się poddałam? Pamiętam też, że starając się ograniczyć ilość dodanego oleju, dolałam wtedy do masła wody i to był zły pomysł. Konsystencja była taka sobie, nie chciało sie smarować, a koniec końców spleśniało.

Po tamtej nieudanej próbie na długi czas dałam sobie spokój, ale ostatnio prześladowały mnie posty na temat domowej produkcji masła migdałowego, które jakoby można zrobić nawet jeśli się posiada najlepszego blendera na świecie. Stwierdziłam, że raz się żyje i postanowiłam spróbować jeszcze raz, pomimo że wydawało mi się, że ryzyko puszczenia blendera z dymem jest całkiem spore…

Jak się okazuje, ryzyko czasem popłaca – zrobiłam wielki słoik (ponad pół litra) pysznego masła z prażonych migdałów. Z samych naturalnych składników, z grubsza 5 razy tańsze niż to, które można dostać w sklepach ze zdrową żywnością.

Przy robieniu masła orzechowego (właściwie niezależnie od rodzaju orzechów) kluczem do sukcesu jest kilka rzeczy

  • Orzechy lub pestki należy wcześniej uprażyć. Dzięki temu staną się bardziej kruche i łatwiej będzie je zmiksować. Można robić masła z surowych orzechów, ale do tego trzeba mieć już naprawdę pancerny sprzęt, którego ja nie posiadam
  • Używamy wysokiej jakości oleju o neutralnym smaku – najlepszy jest podobno olej kokosowy, ale jest bardzo drogi. Nie używamy oliwy z oliwek, bo ma silny charakterystyczny zapach. Ja użyłam oleju z orzechów włoskich.
  • Cierpliwość. Miksujemy orzechy tak długo, aż sie zmiksują 😉 Nie dochodzimy do wniosku, że nic z tego nie będzie. Będzie, ale trwa to długo, nawet kilkanaście minut. Początkowo z orzechów robi sie proszek, potem zaczynają się sklejać i powstaje gęsta masa, a potem stopniowo przekształca się toto w masło orzechowe. Można, a nawet należy robić przerwy, żeby blender się nie przegrzał. Orzechy w trakcie miksowania bardzo sie nagrzewają. Tak bardzo, że kiedy otwieramy miskę blendera, żeby np. zeskrobać zawartość ze ścianek, może z niej lecieć para. Bez obaw, jeśli nie czuć przy tym swądu palących się kabli, to nie jest to zapowiedź rychłej smierci blendera ;). Tak ma być, chociaż przyznaję, że gdybym tego nie wiedziała wcześniej, czym prędzej zakończyłabym działalność na tym etapie 🙂

A zatem…

Składniki (na ok. 2,5 szklanki masła)

  • ok. 600g migdałów
  • 4-5 łyżek oleju
  • 4 łyżki płynnego słodu (miód, syrop z agawy, klonowy…) – można pominąć
  • 3 szczypty soli (również można pominąć, ale polecam)

Przygotowanie

Migdały układamy na suchej blasze do pieczenia i prażymy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez ok. 30 minut. Wyjmujemy i zostawiamy do przestygnięcia. Wszystkie składniki umieszczamy w blenderze i miksujemy… miksujemy… miksujemy… naprawdę kiedyś będzie z tego masło… miksujemy… i gotowe 🙂 Przekładamy do słoika i przechowujemy w lodówce. Smacznego 🙂

Pasztet z fasoli z suszonymi pomidorami

Zwykły wpis

W ten weekend w mojej kuchni zaczęły się już przygotowania do Wielkanocy. Nie jesteśmy z mężem specjalnie religijni, ale święta co roku spędzamy z rodzinami, raczej tradycyjnie po polsku, czyli przy stole uginającym się od jedzenia 😉 Właśnie zdałam sobie sprawę, że to będzie już trzecia moja wegańska Wielkanoc. Chociaż mój sposób odżywiania przechodził i nadal przechodzi przez różne fazy, to tak się jakoś składało, że akurat na święta od trzech lat jem po wegańsku 🙂 Spotkania w większym gronie zawsze są dla mnie okazją do „zabłyśnięcia” jakimś ciekawym przepisem i uzmysłowienia ciociom, wujkom dziadkom i Bogu ducha winnym osobom postronnym, które się akurat napatoczą, że weganie (a tym bardziej wegetarianie) nie żywią się sałątą na zmianę z kiełkami 😉

Dzisiaj proponuję Wam pasztet, który był moim wegańskim debiutem na takim właśnie rodzinnym spotkaniu. Tak więc jest już sprawdzony, wiele osób go jadło, wszyscy przeżyli i nawet chwalili 😉 Prosty w przygotowaniu, raczej nie może się nie udać 😉 Pomysł znalazłam na blogu Smak Imprezy. Wprowadziłam niewielkie zmiany, które podaję w moim przepisie.

Składniki

  • 3 puszki białej fasoli (po 400g)*
  • słoik suszonych pomidorów w w oliwie (zapomniałam sprawdzić, jakiej dokładnie wielkości, ale ok 300 ml)
  • 2 słoiki koncentratu pomidorowego (po 300g); użyłam koncentratu z czosnkiem
  • 2 łyźki przyprawy suszone pomidory z bazylią i czosnkiem Kamisa, albo przyprawy do dań kuchni włoskiej
  • łyżka suszonego oregano
  • 4 ząbki czosnku
  •  1,5 łyżeczki soli (lub trochę więcej, do smaku)
  • ok. 0.5 łyżeczki świeżo mielonego pieprzu
  • 2 kajzerki **
  • 2 łyżki mielonego siemienia lnianego
  • opcjonalnie kilkanaście czarnych lub zielonych oliwek
  • olej i bułka tarta do formy

* fasola oczywiście nie musi być z puszki, można ugotować samemu. Nawet małam taki plan, dopóki torebka, o której byłam przekonana, że zawiera fasolę, nie okazała się pęczakiem 😉

** nie jestem na 100% pewna, czy kajzerki są wegańskie, ale myślę, że tak. Ewentualnie należy zamienić na wegańskie pieczywo w ilości odpowiadającej dwóm kajzerkom 😉

Przygotowanie

Pieczywo kroimy na nieduże kawałki i miksujemy w blenderze na okruszki. Przekładamy do miseczki. Fasolę odcedzamy i dokładnie płuczemy na sitku. Czosnek przeciskamy przez praskę. Wszystkie składniki oprócz bułek, siemienia lnianego i oliwek miksujemy w blenderze na w miarę jednolitą masę. Jeśli uchowa się kilka fasolek, to nie szkodzi 😉 Następnie w dużej misce mieszamy masę fasolowo-pomidorową z bułkami i siemieniem lnianym i ręcznie wyrabiamy ciasto. Próbujemy i doprawiamy do smakuw miarę potrzeby. Ewentualnie dodajemy oliwki i delikatnie mieszamy. Formę keksówkę smarujemy olejem i wysypujemy bułką tartą. Układamy w niej ciasto, wyrównujemy wierzch i pieczemy ok. 70 minut w 190 stopniach.

Po wystudzeniu można pasztet zamrozić (taki jest plan, bo wątpię, żeby przeżył tydzień w lodówce, a przetestowałam już, że mrożenie znosi dobrze). Jedyna jego wada, choć niewielka, to to, że jest raczej miękki i do pokrojenia w cienkie plasterki potrzebny jest naprawdę dobry nóż (którego nie posiadam ;)). W grubsze plasterki kroi się standardowym nożem (który posiadam ;)).

Przepis dodaję do akcji Wegetariańska Wielkanoc z Zieleniną

Muhammara

Zwykły wpis

Ostatnimi czasy w mojej kuchni cudownemu rozmnożeniu uległa papryka 😉 Rozmnożenie troche wymknęło sie spod kontroli i wczoraj, kiedy wreszcie postanowiłam ogarnąć temat papryki, znalazłam w sumie pięć sztuk, z czego cztery nie pierwszej świeżości… Potrzebowałam przepisu, który pozwoliłby wykorzystać lekko „przechodzone” warzywa, a jednocześnie był szybki i niezbyt pracochłonny.

Z pomocą przyszedł mi blog Eat, Spin, Run, Repeat, którego autorka przez dłuższy czas mieszkała w Bahrajnie i zamieszcza od czasu do czasu ciekawe przepisy rodem z kuchni arabskiej. Tam własnie znalazłam pomysł na tę pastę-dip opartą na pieczonej papryce, z dodatkiem orzechów, kminku i czosnku.

Uwielbiam połączenie kminku z czosnkiem.To jedna z  kombinacji smakowych, które poznałam i polubiłam w toku moich eksperymentów z dietą wegetariańsko-wegańską. I zastanawiam się, jak mogłam przeżyć tyle lat w nieświadomości 😉 Muhammara jest naprawdę ciekawa, bardzo bogata w smaku – pikantna dzięki dodatkowi ostrej papryki, mocno czosnkowa, z lekką słodyczą melasy i pieczonych słodkich papryk… Trudna do opisania, warta wypróbowania 😉

Składniki (na jakieś 2 szklanki pasty)

  • 4 papryki (u mnie żółte i czerwone)
  • 2 kromki chleba (użyłam razowego, jeśli macie jakieś resztki umiarkowanie świeżego pieczywa, ten przepis może dać im drugie życie ;))
  • ok. 2/3 szklanki orzechów włoskich
  • 3 ząbki czosnku (wychodzi mocno czosnkowa, można dać mniej)
  • łyżeczka mielonego kminku
  • łyżka oliwy do smażenia
  • sok z połowy cytryny
  • łyżka melasy (lub syropu klonowego)
  • parę kropli octu winnego lub balsamicznego
  • sól do smaku
  • chili w proszku również do smaku

Przygotowanie

Papryki należy najpierw upiec. W tym celu przekrajamy je wzdłuż na pół, wyjmujemy nasiona i układamy skórką do góry na blasze przykrytej folią aluminiową (folia przyda sie później). Pieczemy w temperaturze 200 stopni przez ok. 15 minut, aż skórki miejscami zrobią się czarne. Wyjmujemy, zawijamy w folię i zostawiamy na 15-20 minut. Po tym czasie powinno sie dać bez problemu zdjąć skórki.

Orzechy prażymy przez ok. 5 minut na suchej patelni, od czasu do czasu potrząsając patelnią lub mieszając, aby się nie przypaliły. Następnie rozgrzewamy oliwę (może być na tej samej patelni, ale po zdjęciu z niej orzechów ;)) i przez ok. 2-3 minuty smażymy przeciśnięty przez praskę czosnek i kminek, często mieszając, bo czosnek łatwo się przypala.

Wszystkie składniki przekładamy do blendera (chleb kroimy lub łamiemy na trochę mniejsze kawałki) i miksujemy na pastę. Może być całkiem jednolita lub z drobinkami orzechów i chleba, zależnie od Waszych upodobań. Jeśli mieszanina będzie za gęsta (prawdopodobnie będzie), dodajemy kilka łyżek wody. Doprawiamy do smaku solą i chili.

Muhammarę można podać jako dip do warzyw czy krakersów. Dobrze sprawdzi się też w roli gęstego sosu do makaronu, czy jako składnik sałatek.

Wpis dodaję do akcji Ekonomia Gastronomia

Uważam, że takie akcje są naprawde potrzebne. Sama przyznaję się bez bicia, że zdarza mi się wyrzucać jedzenie. Głównie dlatego, że kupuję zbyt dużo produktów, bez konkretnego planu ich wykorzystania. Niektóre potem leżakują w lodówce, aż zupełnie przestaną się nadawać do jakiegokolwiek wykorzystania… Dlatego uważam, że najważniejszą zasadą ekonomii-gastronomii jest planowanie posiłków i kupowanie składników pod kątem tego, co zamierzamy przygotować, a nie zakupy „na winie”, czyli co się nawinie, to do koszyka 😉 Pisząc to, musze sama uderzyć się w pierś i posypać głowe popiołem, bo planowanie jadłospisu z wyprzedzeniem to coś, co średnio mi wychodzi…

Postaram sie jednak bardziej do tego przykładać i chodzić na zakupy z gotową listą, żeby uniknąć „cudownego rozmnożenia” papryki, nagłej konieczności pieczenia szarlotki, bo jabłka umierają powolną śmiercią, albo odkrycia, że wbrew temu co myślałam, mam w zamrażalniku już 3 paczki groszku i kolejna wcale nie była potrzebna 😉

Myślę, że warta zastosowania jest też rada, której zwykle udziela sie osobom chcącym schudnąć – nie chodźmy na zakupy z pustym żołądkiem. Wtedy wszystko wydaje się niezbędne, bo po głowie chodzą tysiące pomysłów na pyszny obiad. A po wszystkim okazuje się, że zamiast jedzenia dla dwóch osób na trzy dni, mamy zapasy dla pułku wojska na miesiąc 😉

Mam tez nadzieję, że dzięki tej akcji odkryję nowe metody na uratowanie produktów, które „dziwnym sposobem” znalazły sie w mojej lodówce.

Hummus kawowy

Zwykły wpis

Na początek dygresja – jak na razie była to chyba najtrudniejsza do sfotografowania potrawa, jaką zdarzyło mi się robić. Naprawdę ciężko zrobić sensowne zdjęcie brązowej papki, tym bardziej kiedy za oknem już ciemna noc 😉 Ale chciałam się z Wami podzielić przepisem, więc spięłam się w sobie i śmiem twierdzić, że wygląda toto na jadalne 😉

Może czytając tytuł niektórzy z Was pomyśleli, że to jakiś żart albo figura retoryczna, ale nie 🙂 Dzisiaj zapraszam na hummus w wydaniu deserowym, a dokładnie o smaku kawy z korzennymi przyprawami. W zasadzie nie wiem, czy ta pasta „zasługuje” jeszcze na miano hummusu, bo ze składników używanych w wersji klasycznej została cieciorka 😉 Zwał jak zwał – na pewno jest warta wypróbowania, szczególnie dla fanów i fanatyków kawy, do których niżej podpisana również się zalicza. Hummus jest pyszny na kanapkach, zwłaszcza z chlebem z dodatkiem musli czy suszonych owoców, świetny z kawałkami jabłka, albo do wyjadania łyżeczką ze słoika 😉 Dzisiaj odkryłam też naprędce, że nadaje się do ekspresowego wyrobu markizów – między dwoma herbatnikami typu digestive albo innymi ulubionymi umieszczamy łyżeczkę hummusu i gotowe.

A zatem…

Składniki (na duuużo – ok. 600 – 700 ml)

  • jeden średni słodki ziemniak
  • puszka cieciorki (400 g)
  • 2 łyżki masła migdałowego (najlepiej, ale może być też orzechowe niesolone)
  • 2 łyżki melasy (lub syropu konowego albo innego płynnego słodu)
  • łyżka pryprawy do piernika + dodatkowo łyżeczka cynamonu (jeśli nie macie przyprawy do piernika, można użyć autorskiej mieszanki cynamonu, imbiru, kardamonu i innych przypraw korzennych w ilości w sumie ok. łyżki)
  • 1 -1,5 łyżki kawy rozpuszczalnej (w zależności od tego, jak mocną kawę lubicie; ja dałam 1,5 łyżki i hummus jest bardzo kawowy, z lekką goryczką)

Przygotowanie

Ziemniaka należy upiec (około 40-50 minut w 180 stopniach) lub przygotować w mikrofalówce. W tym celu nakłuwamy skórkę widelcem w kilku miejscach, umieszczamy ziemniaka w kuchence na papierowym ręczniku i grzejemy 3 minuty na wysokiej mocy. Następnie przekręcamy ziemniaka i grzejemy kolejne 3 minuty, a potem zostawiamy na kilka minut do przestygnięcia.Obieramy, gdy już można go dotknąć bez poparzenia sobie palców. Cierciorkę odcedzamy i wszystkie składniki miksujemy na jednolitą masę.

Zdecydowanie zyskuje na smaku po kilku godzinach w lodówce. Zaraz po zmiksowaniu (wczoraj wieczorem) nie byłam do końca przekonana do efektu, natomiast dziś rano miałam ochotę wyjeść cały słoik i tylko wrodzone umiarkowanie (i chęć wrzucenia zdjęcia na bloga ;)) mnie przed tym powstrzymało.

Z przepisu wychodzi ogromna porcja, ale osobiście nie lubię zużywać np. pół puszki cieciorki, bo wtedy druga połowa zazwyczaj zostaje zapomniana w lodówce do momentu aż sama z niej wyjdzie 😉 Natomiast z moich doświadczeń wynika, że tego typu pasty (wszelkie wariacje na temat hummusu i inne na bazie warzyw strączkowych) dobrze znoszą zamrażanie i rozmrażanie.

Przepis dodaję do akcji Warzywa Strączkowe

Zielono mi – humus szpinakowy

Zwykły wpis

Czy widać, że już nie mogę się doczekać wiosny? 😉 Najpierw były święta w błocie, potem nieprzyzwoite mrozy, teraz nas zasypało… Uff, jeszcze z miesiąc (mam niedzieję) i zima przejdzie do historii. Tymczasem, w ramach wiosennych akcentów, proponuję Wam zielony humus z dodatkiem szpinaku.

Dodatek nie wpływa jakoś specjalnie na smak. Szpinak jest w ogóle wdzięczny pod tym względem – ponieważ nie ma zdecydowanego smaku, można go dodać w zasadzie do wszystkiego, z koktailami owocowymi włącznie i wpłynie to wybitnie pozytywnie na wartość zdrowotną końcowego produktu. Bo szpinak to samo dobro – ma sporo białka, co mnie osobiście zdziwiło, dużo żelaza i błonnika, a przy tym jest dobry jako „zapychacz” – zwiększa ilość jedzenia, ale głównie „optycznie”, bo jest bardzo niskokaloryczny 🙂 No i oczywiście, daje śliczny zielony kolor 🙂  W przypadku szejków owocowych efekt nie jest może aż tak śliczny, bo z czerwonych czy różowych robią się… No właśnie 😉 Ale humus – od razu wygląda bardziej wiosennie 🙂 Dodatkowo, akurat w tym przepisie dodatek soku z cytryny pomoże nam przyswoić żelazo, które lepiej się wchłania w towarzystwie witaminy C.

Składniki

  • puszka cieciorki (400 g)
  • duża garść liści szpinaku
  • 2-3 łyżki tahini
  • sok z połowy cytryny
  • sól do smaku (dałam 2 spore szczypty)
  • ząbek czosnku lub szczypta czosnku w proszku (dziś zrobiłam wersję bez czosnku, bo idę na rodzinną imprezę i nie chcę pachnieć jak postrach wampirów ;))

Przygotowanie

Cieciorkę odcedzamy, szpinak myjemy i siekamy (niekoniecznie bardzo drobno). Wszystko miksujemy w blenderze do uzyskania jednolitej konsystencji. Jeżeli jest za gęsty, dodajemy 1-2 łyżki wody. Smacznego 🙂

PS. Jutro z okazji pierwszej niedzieli w tym tygodniu planuję przygotować „prawdziwy” obiad, czyli taki, który zajmie więcej niż 5 minut 😉 Tymczasem przepis na humus dodaję do akcji Warzywa Strączkowe i BądźFIT na wiosnę.