Monthly Archives: Lipiec 2012

Gryczanka

Zwykły wpis

Nie mylić z Grycanką 😉 Prosty i pyszny przepis na surową wersję owsianki znaleziony na blogu Oh She Glows (gdzie znajdziecie też o niebo ładniejsze zdjęcia – jakoś dziś nie miałam weny tfurczej, ale chciałam się z Wami podzielić tym przepisem). Podstawowym składnikiem są surowe ziarna gryki (u nas występujące jako kasza gryczana niepalona). Należy je namoczyć przez noc, a następnie zmiksować z dowolnym mlekiem roślinnym (albo i nie), dodać owoce, orzechy, masło orzechowe, wiórki kokosowe, syrop klonowy, miód, kawałki czekolady, albo co Wam jeszcze przyjdzie do głowy. Albo wszystko na raz 🙂 I wcinać 🙂

Składniki (na 3 spore lub 4 mniejsze porcje)

  • 2 szklanki ziaren gryki
  • niecałe 1,5 szklanki mleka (użyłam sojowego, ale każde inne też na pewno się nada, nawet woda od biedy ujdzie)
  • ok. 2 łyżki mielonego siemienia lnianego
  • łyżeczka cynamonu
  • szczpyta soli
  • ok. łyżka dowolnego płynnego słodzika (u mnie syrop z agawy). Można dać więcej, jeśli lubicie słodsze smaki
  • opcjonalnie inne „słodkie” przyprawy – kakao, karob, wanilia…
  • dodatki wedle uznania, pomysłowości i zawartości lodówki

Przygotowanie

Ziarna gryki wrzucić do sporego naczynia i zalać zimną wodą. Odstawić na kilka godzin lub na noc. Rano odcedzić, przepłukać pod bieżącą wodą i zmiksować z mlekiem, cynamonem, słodzikiem i solą. Dodać owoce, orzechy itp. i pałaszować ze smakiem. Pozostałą gryczankę można trzymać w lodówce ze 3 dni, ale przed użyciem trzeba dolać trochę mleka, bo bardzo gęstnieje. Smacznego 🙂

Fruit leather – owocowe dziwactwo ;-)

Zwykły wpis

Ciekawy, arcyprosty przepis znaleziony – jakże by inaczej – na blogach zza oceanu. Fruit leather, czyli owocowa skórka to nic innego jak suszone zmiksowane owoce (tzn. najpierw zmiksowane, a potem suszone, a nie odwrotnie – to kluczowa różnica ;)).

Sprawdzą się tutaj w zasadzie dowolne owoce, które nie są bardzo wodniste, czyli odpada np. arbuz i pewnie melon. Cytrusy też nie są dobrym pomysłem, ze względu na włóknistą budowę owoców. Ale poza tym, można tę przekąskę zrobić z czego dusza zapragnie. Jeśli chcecie, można dodać cukru albo przypraw w rodzaju cynamonu czy walnilii. Myślę, że to fajny pomysł na „przemycenie” owoców do diety dzieci, jeśli nie chcą ich jeść w normalnej postaci.

Ja zrobiłam na próbę skórke wiśniowo-bananową. W smaku kojarzy mi się z bobofrutem 😉 Fajnie się żuje, trochę jak guma rozpuszczalna. Nie wydaje mi się, żebym robiła ją często, bo jednak wolę świeże owoce, ale jest to zdecydowanie śmieszna propozycja, która może się sprawdzić na imprezach, czy np jako dekoracja do ciasta, albo, jak już wspomniałam, do przemycenia witamin niejadkowi

Składniki

  • Dowolne owoce (u mnie 1 banan i około szklanki świeżych wiśni)
  • Opcjonalne dodatki: cukier, cynamon, wanilia, skórka pomarańczowa, kakao itp.

Przygotowanie

Owoce obieramy i miksujemy razem z dodatkami do uzyskania jednolitej konsystencji. Koktail owocowy rozprowadzamy na blasze do pieczenia przykrytej pergaminem lub matą silikonową (koniecznie, inaczej wątpię, żeby się odkleiło od blachy). Warstwa owoców powinna mieć jakieś 3 mm grubości.

Pieczemy (suszymy? bo w sumie trudno to nazwać pieczeniem…) ok. 2,5 godziny w piekarniku nagrzanym do 80 stopni. Jeśli jesteście szczęśliwymi posiadaczami dehydratora i niezgłębionych pokładów cierpliwości, można suszyć owoce w temperaturze ok. 40 stopni przez 6-8 godzin. Wtedy efekt końcowy będzie spełniał wymogi diety RAW. Gotowa skórka powinna w miarę bezproblemowo odkleić się od maty czy pergaminu. Po wystudzeniu tniemy ją na paski kilkucentymetrowej szerokości i każdy pasek zwijamy w rulonik razem z podobnej szerokości paskiem pergaminu (żeby potem łatwiej było rozwinąć).

W sumie nie wiem, czy trzeba ją przechowywać w lodówce, ale na wszelki wypadek tak zrobiłam. Smacznego 🙂

Przepis dodaję do akcji W wiśniowym sadzie

Quiche warzywny na kalafiorowym spodzie z hamakiem w tle ;-)

Zwykły wpis

Jaka jest w zasadzie różnica pomiędzy quiche a tartą? Jeśli ktoś wie, to proszę mnie oświecić, bo nie mam pojęcia 😉 Ale dziś, dla odmiany od tarty upiekłam quiche, a co 😉 Pełen letnich warzyw, z nuktą śródziemnomorską (mile widziane byłyby jeszcze oliwki, ale nie chciało mi się iść do sklepu). Mimo że cały jest smaczny, naciekawszą częścią jest spód, a to dlatego, że nie zawiera mąki. Jest oparty na kalafiorze i mielonych orzechach. Oczywiście nie smakuje jak kruche ciasto, ale jest dobry 🙂 Polecam, jeśli chcecie wypróbować coś nowego.

A co ma do tego hamak? Otóż ten ładny pasiasty materiał będący tłem zdjęć, to hamak właśnie. Hamak dostałam w prezencie od twórców serwisu Blogi z Pierwszego Tłoczenia, do którego został przyjęty mój blog 🙂 Dziękuję za upominek. Nie powiem, lekko się zdziwiłam, odbierając od kuriera wielkie pudło z hamakiem w środku 😉 Nie bardzo mam jak go używać w konwencjonalny sposób, ale jak widać, sprawdził się w innej roli 🙂

Składniki

Spód

  • ok. pół główki sporego kalafiora
  • 2 jajka
  • 1/3 szklanki zmielonych orzechów
  • 2 łyżki mielonego siemienia lnianego
  • sól, oregano, czosnek w proszku i bazylia do smaku
  • olej do natłuszczenia formy

Wierzch

  • Opakowanie serka feta (ok. 250 g)
  • 6 jajek
  • oregano, bazylia i chili do smaku
  • ok 250 g grilowanego lub pieczonego kurczaka (mogą być resztki z wczorajszego obiadu)
  • ok 125 g świeżego szpinaku
  • spora szczypta soli
  • spora szczypta czosnku w proszku
  • pół łyżki masła do smażenia
  • jedna mała papryka dowolnego koloru
  • kilka pomidorków koktajlowych

Przygotowanie

Kalafiora dzielimy na różyczki i gotujemy w osolonej wodzie ok. 15 minut. Odcedzamy i studzimy. Miksujemy z pozostałymi składnikami spodu, do połączenia. Masa będzie dosyć luźna, ale nie szkodzi. Masą wykładamy dno i boki formy do tarty (nasmarowanej wcześniej olejem) i podpiekamy ok. 20 minut w 180 stopniach.

Jajka miksujemy z serem feta i przyprawami. Szpinak podsmażamy na maśle z solą i czosnkiem, aż liście zmiękną (4-5 minut). Kurczaka kroimy na nieduże kawałki, a paprykę w paseczki. Na podpieczony spód wykładamy liście szpinaku, kurczaka i paprykę. Zalewamy masą jajeczną, a na wierzchu układamy pomidorki koktajlowe.

Całość wstawiamy do piekarnika i pieczemy ok. 45 minut, z tego ostatnie 15 minut, używając opcji „góra i dół”. Można podać z sosem pomidorowo-ziołowym pizzopodobnym 🙂 Smacznego 🙂

Przepis dodaję do akcji Wypieki bez mąki

200 lat dla Babci :-) Tort marchewkowy

Zwykły wpis

Dzisiaj przepis na bardzo specjalny tort. Jak widać na powyższym obrazku, Babcia kończyła 95 lat. Na wejściu na urodzinowe spotkanie życzyłam Jej z rozpędu sto lat i szybko musiałam się poprawić na co najmniej sto dwadzieścia 😉 W ramach prezentu z okazji tak szacownego jubileuszu upiekłam tort. Zaczynam już ćwiczyć, żeby dojść do porządnej wprawy, zanim Babcia dobije do setki 😉

Postanowiłam, że tym razem tort będzie „prawdziwy”, to znaczy ciasto przekładane kremem, a nie sernik na zimno udający tort 😉 Taka okazja wymaga w końcu stosownej oprawy. Nie byłabym jednak sobą, gdybym trochę nie pokombinowała. Po pierwsze, chciałam, żeby ciasto było bezglutenowe. Poza tym obowiązkowo musiało być z sensownych składników. Uwielbiam prawie wszystko co słodkie i wiem, że deser to zazwyczaj puste kalorie, ale mimo to jakoś nie przekonuje mnie opcja skonsumowania torby cukru pudru i trzech kostek margaryny, nawet w deserze. Po trzecie wreszcie, o zgrozo, przejadła mi się czekolada 😉 Tak więc, tylko i wyłącznie ze względu na własne zachcianki, a raczej ich brak, postanowiłam, że tym razem tort nie będzie czekoladowy.

Po długich rozmowach z Googlem trafiłam na ten przepis i stwierdziłam, że to będzie fajny pomysł – ciekawy smak (jestem maniaczką cynamonu i korzennych przypraw, a inni goście i Jubilatka też lubią takie smaki), wysokiej jakości naturalne składniki i generalnie wygląda obiecująco.

Do pieczenia zabrałam się trochę z duszą na ramieniu – wiedziałam, że jeśli coś nie daj Boże nie wyjdzie, to przed samą imprezą będziemy w panice jeździć po Warszawie w poszukiwaniu ciasta. Na szczęście wynik przerósł moje oczekiwania – tort był hitem 🙂 Niezbyt słodki, wilgotny, miękki, po prostu super. A do tego to chyba jeden z niewielu przepisów, w których danie wykonane przez zwykłego śmiertelnika (znaczy się mnie ;)) wygląda bardzo podobnie do tego na zdjęciu „katalogowym” (i wcale nie dlatego, że oba wyglądają fatalnie ;)).
Przepis podaję z moimi delikatnymi zmianami.

Składniki (na tort o średnicy ok. 20 cm

Ciasto

  • 3/4 szklanki mąki (w oryginalnym przepisie jest kokosowa, ja użyłam kasztanowej, ale myślę, że inna też się sprawdzi)
  • 10 jajek
  • 4 duże marchewki
  • ok. 10 ekologicznych suszonych moreli*
  • 2-3 łyżki miodu lub syropu klonowego
  • łyżka cynamonu
  • łyżeczka imbiru
  • niecała łyżeczka gałki muszkatałowej
  • 2 szczypty soli
  • łyżeczka sody oczyszczonej
  • 200 ml oleju kokosowego, z tego łyżka do natłuszczenia formy (myślę, że może być też masło)

* jeśli chcecie użyć moreli, to koniecznie ekologicznych, bo mają kompletnie inny smak niż te „normalne”. Z resztą nie tylko smak, wyglądają i pachną też zupełnie inaczej. Lubię jedne i drugie, ale gdybym nie wiedziała, nigdy bym nie powiedziała, że to ten sam owoc. W tym przepisie pasuje mi smak ekologicznych moreli, ewentualnie suszonych fig lub daktyli, jak w oryginale – tu już ekologia nie gra roli 😉

Krem

  • 500 g twarożku do serników
  • 3 łyżki miodu (lub odrobinę więcej do smaku)
  • szczypta soli
  • ok. łyżeczki gałki muszkatałowej (można na początek dać mniej, a potem dodawać do smaku)

Dodatkowo

  • Mielone orzechy i marchewka do dekoracji

Przygotowanie

Marchewki trzemy na drobnej tarce. Morele zalewamy gorącą wodą i odstawiamy na kilkanaście minut. Po tym czasie miksujemy morele z kilkoma łyżkami wody na papkę. W misce mieszamy suche składniki – mąkę, sodę, sól i przyprawy. W drugiej misce miksujemy jajka z masą morelową, miodem i stopionym olejem kokosowym lub masłem. Dodakemy suche składniki do mokrych i miksujemy do połączenia składników. Dodajemy marchewkę i mieszamy dokładnie łyżką.

Piekarnik nagrzewamy do 160 stopni. Masę wlewamy do dwóch takich samych foremek (ok. 20 cm średnicy) dokładnie nasmarowanych olejem kokosowym lub masłem i pieczemy 35 minut. Sprawdzamy patyczkiem, czy ciasto jest już upieczone – jeśli po wbiciu w środek patyczek jest suchy, to znaczy, że jest gotowe. Sprawdźcie koniecznie – u mnie np. okazało się, że blat, który był na wyższej półce w piekarniku, był gotowy po 35 minutach, a drugi, który stał niżej, potrzebował jeszcze 10 minut pieczenia.

Generalnie przy robieniu jakiegokolwiek warstwowego ciasta bardzo polecam Wam pieczenie każdego blatu w osobnej formie. Z jednej strony wymaga to inwestycji w co najmniej dwie takie same tortownice albo poświęcenia co najmniej dwa razy tyle czasu na pieczenie. Ale z drugiej dla mnie zawsze największą zmorą przy robieniu tortów było przekrojenie ciasta na pół bez rozwalenia go przy tym. Nie zawsze się to udawało i następowała rozpaczliwa renimacja i sklejanie 😉 Przy dwóch formach ten problem odpada.

Wyjmujemy ciasto z piekarnika i studzimy. Musi być zupełnie zimne, zanim zabierzemy się za dekorację.

Aby przygotować krem, wszystkie składniki miksujemy na jednolitą masę. Dobrze jest zrobić go trochę wcześniej (np. kiedy ciasto jest jeszcze gorące) i wstawić do lodówki, bo kiedy zgęstnieje, będzie łatwiejszy w obsłudze.

Jeden blat ciasta przekładamy na duży talerz albo paterę i rozsmarowujemy na nim ok. 1/3 kremu. Na to kładziemy drugi blat i smarujemy pozostałym kremem wierzch  boki ciasta. Ozdabiamy wedle uznania.

Ja oblebiłam boki mielonymi orzechami (mieszanka laskowych i włoskich „bzyknięta” blenderem dosłownie przez 5 sekund), dzięki czemu zakryłam haniebne braki i niedociągnięcia w rozsmarowaniu masy 😉 Aby zrobić kwiatuszek z marchewki, trzeba po obraniu odciąć z niej kilka pasków skrobakiem do warzyw. Każdy pasek składamy w „łezkę” i ustawiamy na wierzchu. Do czasu użycia tort przechowujemy w lodówce 🙂

I tyle. Smacznego 🙂

I jeszcze raz 200 lat dla Babci 🙂

Masło słonecznikowe, na razie ostatnie, jak do tej pory najlepsze :-)

Zwykły wpis

Przede wszystkim niech mi będzie wolno wyrazić dumę z moich porpawiających się umiejętności fotograficznych 🙂 Kiedy zrobiłam to masło, byłam w 100% przekonana, że nie da rady zrobić mu takiego zdjęcia, żeby ktokolwiek miał ochotę to zjeść 😉 Zmobilizowałam się jednak i oto są – całkiem nieobrzydliwe fotki masła słonecznikowo-waniliowego, które jest po prostu fantastyczne i koniecznie musicie je zrobić!

O maśle słonecznikowym najpierw czytałam na blogach amerykańskich. Wydaje się, że w USA jest równie popularne jak masło orzechowe. U nas nigdy nie widziałam go w „normalnym” sklepie, co w sumie dziwne, bo chyba słoniecznik jest bardziej typową dla Polski rośliną niż orzeszki ziemne 😉 Nie jes też drogi, więc nie wiem, czemu nikt nie wpadł na masło słonecznikowe… Znalazłam je w końcu w Organicu w cenie, która prawie doprowadziła mnie do zawału. Mimo to kupiłam jeden słoik, żeby spróbować. Nie była to miłość od pierwszej łyżeczki, musiałam się trochę przyzwyczaić. Ale mniej więcej w 1/3 słoiczka doszłam do wniosku, że je uwielbiam 🙂 Kiedy odważyłam się zrobić masło migdałowe, wiedziałam, że i na słonecznikowe niebawem przyjdzie pora.

Na blogu Choosing Raw znalazłam przepis na słodko-słone masło słonecznikowe z dodatkiem wanilii. To było to! Blender naprawdę mało nie wyzionął ducha, ale było warto! Pyszne, kremowe, mogłabym zjeśc cały słoik łyżeczką! A cena śmieszna w porównaniu do tego z Organica, zwłaszcza jeśli słonecznik kupuje się na wagę (czego ja akurat nie zrobiłam, ale i tak wyszło co najmniej z 5 razy taniej niż w eko-sklepach).

Składniki

  • 600g pestek słonecznika (oczywiście bez łupinek ;))
  • ok. 4 łyżki syropu klonowego lub miodu
  • ok. 5-6 łyżek oleju o neutralnym smaku (u mnie z orzechów włoskich)
  • 2 duże szczypty soli
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii (można użyć cukru waniliowego lub aromatu do ciast)

Przygotowanie

Słonecznik prażymy przez ok. 15 minut w 180 stopniach na suchej blasze. W trakcie pieczenia kilka razy mieszamy. Na koniec pestki powinny być lekko zrumienione, ale nie przypalone. Studzimy słonecznik do takiej temperatury, żeby dało się go dotykać ;). Wszystkie składniki umieszczamy w blenderze i miksujemy, uzbroiwszy się w cierpliwość i determinację. Przynajmniej na początku należy często zeskrobywać słonecznik ze ścianek.

A potem staramy się nie zjeść wszystkiego na raz 🙂

Odbiła mi palma… kokosowa – czyli kolejna edycja domowej produkcji maseł wszelakich ;-)

Zwykły wpis

Po domowym maśle migdałowym, które niestety jakieś złośliwe krasnoludki ukradły już z lodówki i dziś rano zastałam pusty słoik ;), przyszła kolej na wypróbowanie masła kokosowego. Przyznaję, że w Polsce nigdy go nie widziałam w sprzedaży, natomiast czytałam o nim na blogach anglojęzycznych i miałam ochotę spróbować. Oczywiście w trakcie robienia bez próbowania się nie obeszło 😉 I mogę powiedzieć, że jest smaczne – lekko słodkie bez potrzeby dosładzania, delikatne, generalnie dostarcza pozytywnych wrażeń 🙂 Ja chyba pozostanę jednak wierna masłom orzechowym, bo choć kokosa lubię, to do orzechów się nie umywa. Ale jeśli lubicie np. Rafaello czy inne Bounty, to koniecznie spróbujcie – będziecie mieli słoik Rafaello w lodówce 🙂

Ja mam w planach zrobić jeszcze mniej więcej drugie tyle masła, ale bynajmniej nie do bezpośredniej konsumpcji, bo taka ilość kokosa mogłaby mnie zabić 😉 Znalazłam chyba najbardziej perwersyjny przepis na ciasto, jaki do tej pory widziałam i oczywiście koniecznie będę musiała go wypróbować 😉 A że jednym ze składników jest właśnie masło kokosowe, to mój spracowany ostatnio blender będzie musiał wykrzesać z siebie jeszcze trochę siły 😉 Oczywiście, jeżeli efekt okaże się jadalny, nie omieszkam się pochwalić na blogu 🙂

Składniki (na mniej więcej 1.5 szklanki masła)

  • 380 g wiórków kokosowych
  • łyżka oleju o neutralnym smaku (u mnie olej z orzechów włoskich)
  • 2 nieduże szczypty soli (polecam, fajnie wydobywa delikatną słodycz kokosa)
  • pół łyżeczki estraktu z wanilii lub kilka kropel zapachu waniliowego (opcjonalnie)

Przygotowanie

Wszystko zmiksować, pilnując, żeby blender nie eksplodował 😉  Od czasu do czasu robić przerwy, aby lekko przestudzić sprzęt i zeskrobać zawartość ze ścianek naczynie. Przechowywać w lodówce w zamkniętym słoiku. Przed użyciem trzeba wyjąć i ogrzać do temperatury pokojowej, bo w lodówce robi się bardzo twarde.

PS. Prawda, że ładne miseczki upolowałam? 😉

Wisienka na torcie

Zwykły wpis

Ostatnio chodzi za mną wspomnienie wakacji z czasów podstawówki, kiedy na kempingu świętowaliśmy trzydzieste ósme urodziny mojego taty. Miałam wtedy trzynaście lat, dizś dobiegam trzydziestki, a tata za chwilę będzie miał pięćdziesiąt pięć lat. I chociaż różnie nam się czasem układało, zawsze byłam córeczką tatusia. Nigdy wcześniej nie piekłam tortów, bo wydawało mi się, że to coś na pograniczu czarnej magii i alchemii 😉 Nadrabiam niniejszym zaległości.

Wszystkiego najlepszego Tato 🙂

Mamy oboje z tatą ulubiony tort, który co roku na wszelkie okazje warte świętowania kupowaliśmy zawsze w tej samej cukierni. Odkąd się wyprowadziłam, rodzice, przyjeżdżając do mnie na urodziny, specjalnie wieźli ten tort przez całą Warszawę. Czekoladowy z wiśniami. Bez niego impreza w zasadzie się nie liczy. Ten własnie tort próbowałam odtworzyć i sądząc po smaku kremu wylizanego z misek, łyżek i trzepaczek, udało mi się całkiem nieźle 🙂 Opierałam się na przepisie z bloga Moje Wypieki, aczkolwiek znalazło się też miejsce na własną inwencję.

Składniki (na formę o średnicy 24 cm)

spód

  • 150 g migdałów lub orzechów (nie arachidowych, bo według mnie mają zbyt intensywny zapach)
  • 2 czubate łyżki masła orzechowego lub zwykłego (bardzo miękkiego, lub stopionego) – użyłam migdałowego
  • 1,5 łyzki kakao
  • łyżka cukru
  • szczypta soli

masa

  • 750 g serka mascarpone
  • troszkę ponad pół szklanki syropu klonowego
  • 3 tabliczki gorzkiej czekolady (300g)
  • 1/8 szklanki whisky (można pominąć)

dodatkowo

  • 450 g wiśni (świeżych lub mrożonych)

Przygotowanie

Jeśli używamy mrożonych wiśni, należy je rozmrozić i odcedzić. Ja rozmrażałam przez noc na sitku. Ze świeżych oczywiście wyjmujemy pestki 😉

Dno formy wykładamy pergaminem. Orzechy mielimy w blenderze na proszek. Dodajemy pozostałe składniki spodu i miksujemy do uzyskania gęstej klejącej masy (pewnie będzie się trochę kruszyć, ale nie szkodzi). Tą masą wykładamy dno formy, mocno przyciskamy i wstawiamy do lodówki na czas przygotowania masy serowej.

Serek mascarpone mieszamy z syropem klonowym (może być mikserem). Na dno niedużego rondelka wlewamy pół centymetra wody i wrzucamy połamaną na kawałki czekoladę. Ewentualnie wlewamy whisky. Podgrzewamy na średnim ogniu, często mieszając, aż czekolada się roztopi. Zdejmujemy z ognia i odstawiamy do przestygnięcia. Kiedy czekolada nie jest już brdzo gorąca (moja była nadal ciepła, ale ostygła na tyle, że spokojnie mogłam trzymać garnek w rękach), dokładamy ją do masy serowej i dokładnie mieszamy (łyżką). Dodajemy wiśnie i mieszamy.

Masę przekładamy na spód i wstawiamy do lodówki na kilka godzin albo na całą noc. Dekorujemy wedle uznania. Smacznego 🙂

Przepis dodaję do akcji W wiśniowym sadzie