Monthly Archives: Styczeń 2012

Ogłoszenie parafialne

Zwykły wpis

Blog zmienił nazwę i adres. Zmiana ta ma oczywiście swój powód – postanowiłam na razie „poluzować” swoje dietetyczne rygory. Nie dołączę do grona mięsożerców, ale zdecydowałam się, przynajmniej na jakiś czas, powrócić do nabiału i jajek.

Mój organizm nie działał najlepiej na stuprocentowo wegańskiej diecie. Może robiłam coś nie tak, nie wiem. Fakty są takie, że mimo że dokładałam wszelkich starań, żeby moje posiłki były zdrowe i dobrze zbilansowane, systematycznie przybierałam na wadze, będąc jednocześnie non stop głodna. Nie muszę chyba dodawać, że żaden z wymienionych objawów mi się nie podobał 😉 Zauważyłam, że dodanie do diety białka zwierzęcego (w postaci ekologicznych jajek i nabiału) dobrze wpływa na moje samopoczucie.

Mogłabym sie przemęczyć i „poświęcić dla sprawy”, ale nie chcę. Zależy mi na dobru zwierząt, dlatego pozostanę wegetarianką, a moje odzwierzęce pokarmy będą pochodziły w miarę możliwości z „dobrych” źródeł – jajka „zerówki” ekologiczny nabiał itp. Jednak na mojej liście priorytetów moje zdrowie znajduje się nieco wyżej niż dobro zwierząt, dlatego posłucham mojego organizmu, który daje mi do zrozumienia, że totalny weganizm średnio mu pasuje.

Mogłabym oczywiście jeść sobie co tylko zechcę, a na blogu zamieszczać tylko wegańskie przepisy, ale tego też nie chcę, z dwóch powodów. Po pierwsze uważam, że to by było nieuczciwe, bo wtedy wiele osób na pewno by pomyślało, że świetnie sobie radzę na diecie roślinnej, co nie jest prawdą. Drugi powód jest taki, że jeśli ugotuję coś pysznego, ale nie wegańskiego, to chcę również umieszczać takie przepisy na blogu, bo wielu z Was na pewno prędzej z nich skorzysta niż z przepisów z wykorzystaniem czarnej soli czy spiruliny (które również są świetnie, ale wymagają nieco więcej biegania po sklepach i nakładów finansowych).

Wszystkie przepisy zostaną oznaczone, jeżeli chodzi o stopień „koszerności” 😉 więc nadal łatwo będzie znaleźć przepisy stricte wegańskie, jeżeli tylko takie Was interesują.

Pozdrawiam wszystkich, niezależnie od dietetycznych preferencji 🙂 Miłego dnia 🙂

PS. Wszystkie dotychczas zamieszczone przpeisy oczywiście zostają, natomiast niestety przestaną działać linki z Facebooka. Jeśli znajdę (dłuższą) chwilę, to dodam linki ponownie, ale nie obiecuję, że zrobię to dziś lub jutro – mam też niewirtualne zycie 😉

Reklamy

Tortilla lasagne, czyli dwa w jednym

Zwykły wpis

Jeśli w Waszej lodówce tez poniewierają się placki tortilli, polecam Wam tę zapiekankę. Jest prosta, szybka i naprawdę smaczna. Skrzyżowanie tortilli z lazanią dało naprawdę fajny efekt.

Składnki (na 4 porcje)

  • pesto z białej fasoli (wszystko, co wychodzi z przepisu)
  • 4 placki tortilli
  • 500 ml sosu pomidorowego
  • sól, pieprz i oregano do smaku
  • olej do wysmarowania formy

posypka „parmezanowa”

  • 3 łyżki płatków drożdżowych
  • ok. 1/3 szklanki ziaren sezamu
  • łyżeczka ostrej musztardy
  • łyżeczka tahini
  • szczypta soli

Przygotowanie

Przygotowujemy pesto z fasoli według przepisu. Sos pomidorowy podgrzewamy na wolnym ogniu przez jakieś 20 minut, od czasu do czasu mieszając. Chodzi o to, żeby odparować trochę wody i lekko zagęścić sos. Doprawiamy do smaku solą, pieprzem i oregano. Ziarna sezamu prażymy przez kilka minut na suchej patelni, aż lekko się zrumienią. Składniki posypki umieszczamy w blenderze i miksujemy przez chwilę, do połączenia.

Dno tortownicy lub wysokiej formy do tarty smarujemy olejem. Następnie układamy wartstwami: tortilla, połowa pesto, tortilla, kilka łyżek sosu pomidorowego, tortilla, reszta pesto, tortilla, trochę więcej sosu. Wierzch równomiernie posypujemy posypką parmezanową. Zapiekamy 35-40 minut w 180 stopniach. Podajemy z pozostałym sosem pomidorowym.

Smacznego 🙂

Drożdżowe muffinki amarantusowe z cytrusową nutą

Zwykły wpis

Jakiś czas temu kupiłam mąkę z amarantusa. Amarantus jest jedną z najstarszych roślin uprawnych świata – znany już Indianom 3000 lat temu. Aztekowie karmili nim wojowników, gdyż dodawał im energii i poprawiał kondycję fizyczną. Okazuje się, że Aztekowie wiedzieli, co robią 😉 Amarantus zawiera dużo łatwo przyswajalnego białka, więcej żelaza niż wołowina (!!!), mnóstwo błonnika, wysokoenergetyczną skrobię… Dodatkowo jest to zboże bezglutenowe, więc może być spożywany przez osoby chore na celiakię. Jednym słowem samo dobro 🙂

Jednakowoż, pierwsze podejście do wypieków z jego udziałem nie było zbyt udane. Mąka z amarantusa jest, jak na mąkę, dość gruboziarnista. Powiedziałabym, że ma konsystencję zbliżoną do kaszy manny albo kukurydzianej. Dlatego ciasto wyłącznie z tej mąki nie urosło i choć było całkiem smaczne (przynajmniej dla mnie – miłośniczki zakalców ;)), to nie dzieliłam się nim z szerszą publicznością 🙂

Tym razem, aby uniknąć wpadki, połączyłam mąke amarantusową z pełnoziarnistą mąką pszenną i upiekłam arcyzdrowe śniadaniowe muffinki. Efekt jest fajny, choć nadal nie są to babeczki leciutkie jak obłoczek, raczej jak „konkretna” drożdżówka 🙂 Jeśli nie macie i nie chce Wam się szukać mąki z amarantusa, można użyć tylko mąki pszennej albo innej, wedle uznania 🙂

Składniki (na 12 niezbyt dużych muffinek)

  • 1.5 szklanki mąki pszennej razowej
  • 3/4 szklanki mąki z amarantusa (można zastąpić pszenną)
  • 1/2 szklanki brązowego cukru
  • sok z połowy dużej cytryny
  • ok. 2 łyżki skórki pomarańczowej w proszku (oczywiście można też użyć świeżo startej)
  • 1 banan
  • opakowanie drożdży isntant
  • duża szczypta soli
  • szklanka ciepłej wody
  • garść suszonej żurawiny lub rodzynek
  • garść orzechów włoskich

Przygotowanie

Suche składniki (mąkę, drożdże, cukier, skórkę pomarańczową i sól) mieszamy w dużej misce. Banana rozgniatamy widelcem. Następnie dodajemy banana, wodę i sok z cytryny do suchych składników i miksujemy na niskich obrotach na jednolitą masę. Dodajemy żurawinę lub rodzynki i pokruszone orzechy i mieszamy łyżką. Przykrywamy naczynie i odstawiamy w ciepłe miejsce na około godzinę. Ciasto powinno prawie podwoić swoją objętość. Następnie przekładamy do foremek na muffinki i pieczemy ok 25 minut w 180 stopniach. Smacznego 🙂

Sałatka niefotogeniczna ;-)

Zwykły wpis

Zrobiłam dziś przepyszną sałatkę! Naprawdę, jedną z lepszych, jakie udało mi się wyprodukować. Ale zrobienie jej przyzwoitego zdjęcia wykracza poza moje aktualne talenty i umiejętności fotograficzne 😉 Dlatego, by nie odbierać Wam apetytu, zdjęcia nie będzie 😉 Ale przepisem się podzielę, bo jest naprawdę wart wypróbowania. Bardzo, bardzo polecam. Inspirowałam się tym przepisem. U mnie to nie wygląda tak ładnie 😉 Ale za to jak smakuje!

Składniki (na 3 duże lub 4 mniejsze porcje)

  • Większe pół główki kapusty pekińskiej
  • duża marchewka
  • pół średniego brokuła
  • 2 garści krótkiego makaronu (użyłam razowego fussili)
  • 1-2 cebulki dymki razem ze szczypiorkiem
  • kostka tofu (180 g)
  • ok. 3 łyżki sosu sojowego
  • kilka kropel oleju sezamowego (opcjonalnie)

sos

  • 3 czubate łyżki masła orzechowego
  • ok 5 łyżek (nieczubatych ;)) sosu sojowego
  • łyżeczka syropu z agawy
  • ok. 1-2 łyżki octu ryżowego (albo jabłkowego, winnego…)
  • spora szczypta chili w proszku lub łyżeczka bardzo ostrej salsy (u mnie salsa habanero – po spróbowaniu odrobiny „luzem” dym leci uszami ;))
  • woda, do uzyskanie pożądanej konsystencji. Użyłam ok 1/4-1/3 szklanki i sos był dość gęsty

Przygotowanie

Tofu kroimy w niedużą kostkę i mieszamy z 3 łyżkami sosu sojowego. Naczynie żaroodporne smarujemy olejem, wkładamy tofu i pieczemy ok. 35 minut w 180 stopniach. Makaron gotujemy al dente wedle instrukcji na opakowaniu. Brokuła dzielimy na małe różyczki, wrzucamy do wrzątku i gotujemy ok. 5 minut. Ja mam taki patent, że dorzucam brokuła pod koniec gotowania makaronu – zawsze potem jeden garnek mniej do mycia :). Marchewkę trzemy na tarce o większych oczkach, kapustę pekińską i cebulkę dość drobno siekamy.

Wszyskie składniki sosu miksujemy. Uwaga: nie używamy z przyzwyczajenia najwyższej mocy miksera, gdyż grozi to zbieraniem masła orzechowego ze ścian, co niestety miałam okazję przerobić w praktyce 😉 Makaron, tofu i warzywa wrzucamy do dużej miski i dokładnie mieszamy z sosem. ewentualnie doprawiamy do smaku. Gotowe 🙂 Nalepsza jest, jeżeli tofu, makaron i brokuły są jeszcze ciepłe. Można też przygotować je wcześniej i przed dodaniem surowych warzyw podgrzać chwilę w mikrofalówce.

Pasta bezjajeczna – wersja druga, poprawiona :-)

Zwykły wpis

Jakiś czas temu udało mi się zdobyć czarną sól i zrobiłam moją pierwszą wegańską pastę „jajeczną”. Byłam z niej bardzo zadowolona, zwłaszcza, że produkcja zajęła 7 minut, łącznie z gotowaniem groszku 🙂 Ale nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej, więc jako że dziś napadła mnie straszna tęsknota za smakiem jajek, postanowiłam po raz kolejny zaczerpnąć z torby z czarną solą (która i tak pewnie starczy mi do końca życia :D) i wypróbować nowy przepis.

Na wegańskich blogach jest wiele przepisów na pastę jajeczną, czasami zwaną dla zmylenia przeciwnika sałatką 🙂 Wszystkie, które znalazłam, bazują na tofu i czarnej soli. Ja dorzuciłam od siebie cieciorkę i był to bardzo dobry pomysł – wydaje mi się, że dzięki temu udało mi się odtworzyć jajeczną konsystencję. Pasta jest naprawdę nie do odróżnienia od pierwowzoru i to zarówno pod względem wyglądu, jak i smaku, co chyba nawet jest ważniejsze. Wymaga jednak dwóch „fachowych” składników – wegańskiego majonezu i czarnej soli. Obydwa są do nabycia w sklepach ze zdrową żywnością, przy czym majonez zdecydowanie łatwiej dostać, a nawet jak ktoś ma czas i chęci, to można go zrobić w domu.

Składniki

  • kostka tofu (180 g)
  • puszka cieciorki (400 g)
  • 2 czubate łyżki wegańskiego majonezu
  • 1,5 – 2 łyżeczki musztardy
  • 1 duża lub dwie mniejsze laski selera naciowego
  • czarna sól do smaku (u mnie trochę ponad. pół łyżeczki)
  • szczypta kurkumy dla żółtego koloru
  • szczypta czosnku w proszku

Przygotowanie

Tofu pokruszyć na kawałki, cieciorkę odcedzić, selera drobno posiekać. Wszystkie składniki umieścić w blenderze i zmiksować. Moim zdaniem najlepiej, jeżeli konsystencja nie jest zupełnie kremowa, tylko przypomina rozgniecione widelcem jajka, ale to oczywiście zależy od upodobań 🙂 Wiele osób dodaje też curry. Ja nie byłam nigdy fanką połączenia curry  jajkiem w wersji „oryginalnej” i trzymam się tego stanowiska w wersji wegańskiej, ale jeśli lubiliście takie zestawienie smakowe, to warto spróbować. Smacznego 🙂

Wpis dodaję do akcji Warzywa Strączkowe

Chlebek marchewkowy (może być surowy)

Zwykły wpis

Od razu mówię, że ten chlebek nie przypomina w smaku ciasta marchewkowego czy czegokolwiek, co kojarzy Wam się z marchewkowymi wypiekami. Ma typową strukturę surowego chleba, czyli jest wilgotny i bardzo gęsty. W przepisie nie używa się proszku do pieczenia ani żadnego spulchniacza, więc nie ma szans na puszysty i delikatny efekt końcowy 🙂 Mimo to bardzo polecam – ma ciekawy smak, fantastycznie się komponuje z jabłkami i masłem migdałowym 🙂

Przepis zaczerpnięty z bloga Choosing Raw. Robiłam wersję pieczoną. Co prawda mój piekarnik mógłby występować w charakterze dehydratora, bo najniższa dostępna temperatura to 40 stopni, ale jakoś nie wyobrażam sobie czekania 8 czy 9 godzin, aż jakakolwiek potrawa będzie gotowa… Może kiedyś zdobędę się na taką cierpliwość 😉 W każdym razie opcja pieczona też jest bardzo smaczna 🙂 Przepis podaję z moimi delikatnymi modyfikacjami.

Składniki

  • 2 szklanki pulpy marchewkowej z sokowirówki lub marchewki startej na drobnej tarce i odciśniętej z nadmiaru soku
  • szklanka mąki gryczanej (w oryginale owsiana, ale akurat nie miałam)
  • 1/4 szklanki mielonego ziemienia lnianego
  • 12 suszonych śliwek
  • ok 1/3 szklanki wody
  • garść płatków owsianych
  • łyżeczka soli
  • garść rodzynek

Przygotowanie

Śliwki zalewamy wodą i odstawiamy co najmniej na pół godziny. Marchewkę miksujemy ze śliwkami, wodą i solą na jednolitą (w miarę możliwości) masę. Na początek najlepiej dodać ok. 1/4 szklanki wody. Ja użyłam wody, w której moczyły się śliwki. Dodajemy mąkę gryczaną, siemię lniane, płatki owsiane i rodzynki i ponownie miksujemy albo wyrabiamy ręcznie ciasto. Konsystencja powinna być taka, żeby dało się uformować w „bochenek”. Jeśli bardzo się kruszy, dodajemy trochę wody, jeśli jest za luźne – trochę mąki. Ciasto przekładamy do formy i pieczemy ok. 40 minut w 150 stopniach (lub trochę dłużej – po 40 minutach jest bardzo miękki).

Jeżeli chcecie, żeby chlebek był trochę słodszy, można dodać cukru lub melasy. Myślę, że dobrze by też pasował cynamon, imbir, kardamon, orzechy włoskie lub pekan… Z drugiej strony, można go przygotować w wersji wytrawnej, pomijając rodzynki, a dodając więcej soli, odrobinę czosnku, paprykę w proszku, kminek, pestki słonecznika lub dyni… Jednym słowem warto puścić wodzę fantazji 🙂

„Serowe” quiche z quinoa

Zwykły wpis

Fajna propozycja na szybki obiad albo kolację zainspirowana przepisem z bloga Hungry Hungry Hippie. Zrobiłam oczywiście wersję wegańską – jajka zastąpiłam tofu, a w celu uzyskania jajecznego zapachu dodałam trochę czarnej soli, ale bez niej teżna pewno będzie smaczne. Przepis można trochę dostosować do zawartości lodówki – np. myślę, że zamiast qionoa dobrze się sprawdzi kasza jaglana albo inna drobna, może nawet kuskus… Można też użyć innej zieleniny, jeśli nie macie akurat szpinaku, ewentualnie w ogóle pominąć aspekt zielony 🙂

Składniki (na 2 spore porcje)

  • ok. szklanki ugotowanej quinoa lub innej drobnej kaszy
  • kostka tofu (180 g)
  • 4-5 łyżek płatków drożdżowych (do smaku, zależnie od tego, jak bardzo „serowy” efekt chcecie osiągnąć, zauważyłam też, że płatki różnych firm różnią się, jeśli chodzi o intensywność smaku)
  • łyżeczka musztardy
  • łyżeczka tahini (opcjonalnie)
  • ok 1/3 szklanki ciepłej wody
  • 1 kostka bulionowa warzywna
  • kilka suszonych pomidorów (użyłam suchych, ale mogą być też z oliwy)
  • garść szpinaku lub innych liści
  • sól do smaku
  • ew. czarna sól dla aromatu
  • ew. kilka oliwek do dekoracji i mieszanka przypraw kuchni włoskiej do posypania
  • olej do natłuszczenia naczynia

Przygotowanie

Suche suszone pomidory zalewamy gorącą wodą i odstawiamy mniej więcej na 10 minut (w przypadku pomidorów z oliwy oczywiście pomijamy ten etap ;)). Tofu, płatki drożdżowe, musztardę, tahini i wodę umieszczamy w blenderze. Dodajemy rozkruszoną kostkę bulionową i miksujemy na jednolitą masę. Doprawiamy do smaku solą zwykłą i ewentualnie czarną. Szpinak myjemy i siekamy niezbyt drobno. Suszone pomidory kroimy na nieduże kawałki. Masę z tofu mieszamy dokładnie z quinoa, dodajemy szpinak i suszone pomidory i ponownie mieszamy. Przekładamy do natłuszczonego naczynia do zapiekania. Można też użyć dwóch mniejszych foremek – będzie to nawet wygodniejsza opcja, bo quiche jest dosyć kruchy i przełożenie go na talerz w jednym kawałku wymaga odrobiny wprawy. Wygładzamy wierzch i dekorujemy połówkami oliwek. Można posypać przyprawą do kuchni włoskiej albo inną, którą lubicie.

Pieczemy ok. 30 minut w 200 stopniach. Smacznego 🙂