Category Archives: Nie samym chlebem żyje człowiek ;)

Twoja krew ratuje życie

Zwykły wpis

oddaj krew ;)(obrazek gdzieś wyguglowałam i mi się spodobał ;))

Niniejszym wykreślam z mojej listy punkty nr 8 i 10 🙂 Dzisiaj udało mi się dołączyć do szacownego grona honorowych krwiodawców. Była to druga próba – za pierwszym razem „pogonili” mnie ze stacji krwiodawstwa z powodu niewystarczających wyników morfologii. Tym razem się załapałam i rozpoczęłam dzien od pozbycia się 400 ml krwi. W nagrode dostałam chyba z 10 tabliczek czekolady, która bardzo smakowała moim współpracownikom 😉

Oddawałam krew w Stacji Kwriodawstwa i Krwiolecznictwa przy Nowogrodzkiej 59 w Warszawie. Stacja jest czynna w dni robocze od 7.00 do 13.00. Kiedy przyjechałam około 7.30, była juz spora kolejka chętnych do upuszczenia krwi. Na początek należy wypełnić kwestionariusz dla dawcy, w którym, oprócz danych osobowych, podaje się odpowiedzi na szereg pytań o przebyte choroby, zażywane leki, operacje itp. itd.

Następnie kwestionariusz wraz z dowodem osobistym idzie do rejestracji, a delikwent – na wstępne badanie. W ciągu kilku minut pani pielęgniarka pobiera krew (na razie w standardowej ilości kilku ml), robi ekspresową morfologię i mierzy temperaturę. Na tym etapie „odsiewane” są osoby ewidentnie chore (z gorączką),  z anemią czy innymi zaburzeniami hematologicznymi.  Szczęścliwcy z dobrą morfologią idą na badanie lekarskie (czyli pytanie „jak sie pani czuje” i mierzenie ciśnienia ;)).

Kolejny przystanek to „stacja wafelek i kawa”. Wafelek jest dla tych, którzy zapomnieli zjeść śniadania, chociaż zasadniczo oczywiście nie powinno sie przychodzić do oddania krwi na czczo. Kawa (lub herbata) jest obowiązkowa 🙂

Po konsumpcji przychodzi pora na cześć zasadniczą. Siada się na fotelu, który w razie potrzeby staje się leżanką i najpierw pani pielęgniarka pobiera trochę krwi do badań na wszelkie wirusy (HIV, żółtaczka i inne), a następnie około 400 ml do przetoczenia. Cała impreza trwa około 10 minut. Potem pani udziela instrukcji, że należy dużo jeść i pić oraz do końca dnia unikać wysiłku. Można zabrać dówód, przydziałową czekoladę i udać się w dalszą drogę zycia 😉

Jeżeli (odpukać) w testach na wirusy coś wyjdzie, stacja poinformuje o tym w ciągu miesiąca listem poleconym. Krwiodawcy przysługuje też dzień wolny od szkoły lub pracy i stosowne zaświadczenie można uzyskać w rejestracji.

I tyle. Godzina naszego czasu raz na miesiąc dla panów, raz na 3 miesiące dla pań. Dzień bez treningu i z lekko bolącą ręką. Być może dziwne samopoczucie przez jakiś czas (ja nie miałam ani przez chwilę zamiaru mdleć, ale mniej więcej godzine po całej akcji miałam tzw. lekką głowe, jakbym trochę wypiła). A komuś może to uratować zycie. A kto wie, może kiedyś ja też będę potrzebować czyjejś krwi (odpukać, oby nie, ale wypadki chodzą po ludziach).

Odhaczyłam kolejny punkt na swojej liście, ale myślę, że ta wizyta w cetrum krwiodawstwa była pierwsza, ale nie ostatnia.

Reklamy

Do przemyślenia

Zwykły wpis

Dziś znów będzie post nieprzepisowy 😉

Miałam zilustrować go jakimś standardowym obrazkiem słodkiego prosiaczka w zestawieniu ze sceną z rzeźni tudzież zdjęciem schabowego, ale sobie daruję. Chodzi o to, że pomimo iż ostatnimi czasy jadłam wszystko, czyli m. in. mięso, ryby i jajka, cały czas mam w tyle głowy weganizm jako jedyną słuszną moralnie opcję odżywania się i życia w ogóle. Nie wydaje mi się, żeby zwierzęta były na tym świecie po to, by być naszymi kotletami i materiałem na torebki tudzież kożuchy. Wydaje mi się to hipokryzją (tak!), że ubóstwiam, głaszczę, rozpieszczam, karmię, leczę itp. moje koty, a na obiad konsumuję kawałek świni, która wedle wszelkichdowodów naukowych była zdecydowanie bardziej inteligentna niż rzeczone koty, a żeby wylądować na moim talerzu, musiała swoje krótkie życie sędzić w fatalnych warunkach.

Ostatnio znalazłam taką oto tabelkę, która dała mi bardzo do myślenia. Szczerze mówiąc, nawet bardziej niż makabryczne zdjęcia i filmy z rzeźni.

  Czas życia (dni) Produkcja Cierpienie
Wołowina 600 340 kg 22,5 godz/kg
Drób 48 2 kg 24 dni/kg
Wieprzowina 250 90 kg 2,8 dnia/kg
Jajka 1000 800  jajek 1,25 dnia/jajko
Mleko 1500 3000 l 0,5 dnia/litr

Tabelka nie jest mojego autorstwa. Pochodzi z bloga The Vegan Skeptic. Ja tylko sprawdziłam, czy dane sa mniej więcej zbliżone do rzeczywistości (są) i przeliczyłam je z funtów i galonów na kilogramy i litry. Dane dotyczą chowu zwierząt na fermach przemysłowych.

Wiele osób mówi, że nie potrafiłoby zupełnie zrezygnować z mięsa albo utrzymuje, że białko zwierzęce jest niezbędne dla zdrowia. W zupełności rozumiem, że nie każdy jest w stanie z dnia na dzień przejść na weganizm albo nawet wegetarianizm, ale może warto się zastanowić, czy nie byłoby lepiej dla wszystkich stworzeń (w tym nas i naszego zdrowia), żeby zamiast codziennie jeść parówkę, która zawiera 30% mięsa a resztę niewiadomoczego, pasztet podlaski, który pewnie nawet do tych 30% nie sięga, kurczaka z fermy i jajka z klatek, zainwestować kilka razy w tygodniu w posiłek z ekologicznego mięsa zwierząt hodowanych w godziwych warunkach. Zgoda, te zwierzęta nadal musiały zostać zabite, aby stać się kotletem, ale przynajmniej zanim to nastąpiło, miały okazję pochodzić po trawie i zobaczyć słońce. Moim zdaniem to zawsze coś. Z własnego doświadczenia mogę też powiedzieć, że mięso „szczęśliwych” kur jest o niebo smaczniejsze.

Co do mnie, cały czas zastanawiam się nad odejściem od produktów zwierzęcych w diecie i w miarę możliwości w innych sferach życia. Mam jednak kilka problemów, które muszę sobie przepracować, przemyśleć prioryteyty, dojść do tego, co dla mnie działa, a co niekoniecznie…

  • Zdrowie, czyli jak to zrobić, żeby nie nabawić się żadnych niedoborów, anemii itp., żeby mi nie wypadły włosy i nie połamały się paznokcie… Wiem, że się da, ale, jak już kiedyś pisałam, wydawało mi się, że będąc weganką, komponowałam swoje posiłki sensownie. Starałam się, aby były urozmaicone, nie żyłam na parówkach sojowych, a mimo to czułam się czasem słabo, a „akcja weganizm” szczególnie odbiła się na moich włosach, z którymi dopiero niedawno doszłam do ładu.
  • Sport. Dużo trenuję, między innymi podnoszenie ciężarów. Na olimpiadę się nie wybieram, ale chciałabym w tym aspekcie się rozwijać, a to wymaga między innymi odpowiedniej diety. To nieszczęsne białko naprawdę ma znaczenie przy budowaniu siły i masy mięśniowej. Cały czas o tym czytam i dokształcam się. Jeśli ktoś z Was zna jakieś fajne strony czy książki na ten temat, to będe wdzięczna za podzielenie się
  • Uroda. Mam bardzo problematyczną cerę. Od okresu dojrzewania, który dawno mam za sobą, walczę z trądzikiem. Do tej pory żadne kosmetyki, a w szczególności żadne naturalne metody nie pomogły w 100%. Jeżeli już, to pewną poprawę przynosiły kosmetyki apteczne, które z pewnością nie są wegańskie. Może jestem próżna, ale wolałabym, żeby moja skóra nie wyglądała jak pasztet 😉 W tym temacie znalazłam jednak sztuczkę, którą w tej chwili testuję i – odpukać – chyba działa. Muszę ją sprawdzić przez dłuższy czas, zanim napiszę o efektach.
  • Koty. No właśnie. Mam dwa koty. Koty są drapieżnikami. Nie mam zamiaru próbować przestawiać moich kotów na weganizm. Wiem, że są roślinne karmy dla kotów, oparte głównie na kukurydzy, ale uważam, że to wbrew naturze. To tak jakbym dla swojego widzimisię zaczęła moje świnki morske karmić kiełbasą… No więc mój dom nigdy nie będzie w pełni wegański, a nawet wegetariański. Abstrahując już od mojego męża, który też raczej wege nie zostanie.

No. To tyle. Życzę Wam miłej soboty i owocnych przemyśleń i spadam gotować ciecierzycę 😉

Warsztaty ashtanga jogi w Gościńcu Bocianowo

Zwykły wpis

Niniejszym mogę wykreślić z mojej listy cel nr 4. Ostatni przedłużony weekend spędziłam na warsztatach Ashtanga jogi w Gościńcu Bocianowo we wsi Stręgiel w okolicach Węgorzewa. Co prawda wróciłam przeziębiona na amen, ale pomijając ten drobny szczegół, wyjazd był bardzo udany.

Bocianowo jest niezwykle urokliwym miejscem. Wyobraźcie sobie wakacje u babci na wsi – stary dom z ogrodem, kaflowy piec w ogromnej kuchni, zapach świeżego chleba i kawy co rano, a wieczorem wysiadywanie przy kominku. Tak właśnie tam jest. Od przekroczenia progu czuje się rodzinną atmosferę. Pokoje są przytulne i pięknie urządzone, absolutnie nie robią wrażenia hotelowych „pomieszczeń do spania”. W naszym pokoju był kominek, fotel bujany i 8 (osiem!) dywanów/chodników na podłodze. Każdy inny. Każdy mebel też był z innej parafii, a jednocześnie wszystko świetnie ze sobą współgrało i tworzyło tak fajną atmosferę, że naprawdę miło było tam posiedzieć.

Centralnym miejscem Gościńca (jak to w domu u babci na wsi ;)) jest ogromna kuchnia z piecem węglowym. Okrągły stół zjednoczył grupę tak skutecznie, że potrafiliśmy przesiedzieć w kuchni dobre dwie godziny, gadając o sprawach bardziej i mniej ważnych.

A skoro mowa o kuchni, jedzenie w Bocianowie jest po prostu fenomenalne. Kornelia, właścicielka Gościńca, gotuje dla swoich gości posiłki makrobiotyczne, według metody pięciu przemian. Dla naszej jogowej grupy kuchnia była dodatkowo wegetariańska (a raczej ichtiowegetariańska, bo raz pojawił się śledź). Naprawdę, każdy posiłek to było arcydzieło sztuki kulinarnej. Gorące kasze i owsianki na śniadania, domowy chleb na zakwasie, pasty warzywne, świeżo parzona kawa z kardamonem i imbirem, tarty warzywne, pieczone pierożki z grzybami…. Acchhhh

Kiedy grupa wygłodniałych joginów po porannej praktyce wpadała do kuchni, wszystko znikało w tempie i ilościach wręcz zastraszających. Hitem był wieczór, kiedy Kornelia musiała dać nam chleb prosto z pieca (choć wedle zasad makrobiotyki nie powinno się jeść jeszcze ciepłego pieczywa, niestety zapomniałam dlaczego ;)), bo ten, który był przewidziany na tę kolację, nie starczył dla bandy głodomorów 😉

Kornelia siadała z nami do każdego posiłku i przy okazji dowiadywaliśmy się, co właściwie jemy i dlaczego, to znaczy jaki wpływ na nasze zdrowie mają użyte składniki i przyprawy, zarówno z punktu widzenia „standardowej dietetyki” jak i tej „magicznej”, tzn. energii życiowej w organizmie itp. Większość uczestników warsztatów jest w mniejszym lub większym stopniu zbzikowana na punkcie zdrowego żywienia, medycyny alternatywnej itp., więc zasypywaliśmy Kornelię pytaniami, zdobyliśmy parę przepisów, które pewnie niebawem pojawią się na blogu.

Odbył się też „wykład”, czy pogadanka na temat tradycyjnej medycyny chińskiej, makrobiotyki i gotowania według pięciu przemian. Muszę przyznać, że w tej sprawie mam mieszane uczucia.  Jeśli chodzi o makrobiotykę, to zdecydowanie jak najbardziej zgadzam się z tym, że powinno się jeść pokarmy świeże, jak najmniej przetworzone, w miarę możliwości z ekologicznych upraw, niekoniecznie przywiezione z drugiego końca świata. Z drugiej strony, nie do końca do mnie przemawia idea energii życiowej zawartej w pożywieniu i tego, że np. mrożone owoce nie mają żadnej wartości, bo mrożenie zabija w nich ową energię… Jeszcze bardziej „magiczna” wydaje mi się kuchnia pięciu przemian, która, w wielkim skrócie, mówi, że każdy składnik jest przypisany do pewnego żywiołu (przemiany) i aby polepszyć energię potrawy, należy użyć składników ze wszystkich pięciu żywiołów, dodając je w odpowiedniej kolejności. Mój racjonalny umysł nie bardzo godzi się z tym, że jakość potrawy i jej wpływ na nasze zdrowie może zależeć od tego, czy najpierw ją posolę, a później popieprzę, czy odwrotnie.

A już całkiem nie wierzę w to, że nowotwór można wyleczyć sokami albo witaminą C, tylko koncerny farmaceutyczne spiskują, aby ludzie się o tym nie dowiedzieli. W 100% zgadzam się, że zdrowa dieta może pomóc nam uniknąć wielu chorób, a jeżeli już zachorujemy, może wspomagać proces leczenia. Ale uważam, że w wielu przypadkach sama dieta nie wystarczy.

Mimo dosyć sceptycznego nastawienia,  na fali dobrej energii po powrocie wymiotłam z szafki część stojących tam od lat puszek i zrobiłam remanent w zamrażarce 😉

Hmmm…  no tak… ale to przecież był wyjazd jogowy 😉 Każdy dzień rozpoczynał się praktyką  o siódmej rano. Kiedy zaczynaliśmy powitania słońca, faktycznie wschodziło słońce i było to naprawdę niesamowite uczucie.  Pamiętam, że w sobotę dokładnie o 8.42 pomyślałam, że w normalnych warunkach w weekend o tej porze przewracam się na drugi bok w łóżku, a teraz nie dość, że wstałam, to jeszcze doprowadziłam się do stanu używalności, ćwiczyłam półtorej godziny, po czym musiałam ponownie doprowadzić się do stanu używalności 😉

Druga sesja jogi odbywała się po południu. Nad naszymi wysiłkami w kierunku zawiązania się na supełek czuwała Sylwia, która dawała nam niezły wycisk (jak ktoś powiedział, powinna być sierżantem), ale jednocześnie dbała o to, żeby ambicje nie wzięły góry nad możliwościami i zdrowym rozsądkiem i żebyśmy wszyscy wrócili do domu w całości 😉

Nasza ekipa miała też dwóch czworonożnych członków honorowych – Fifi i Gretę

Ten wyjazd na pewno sporo mi dał, pozwolił się zresetować, oderwać na chwilę od codzienności i dostarczył materiału do przemyśleń.

Jeśli macie ochotę na wakacje daleko od szosy, w miejscu, gdzie czas płynie wolniej, w naprawdę rodzinnej atmosferze, z pysznym (i ze wszech miar zdrowym) jedzeniem i szczyptą „szamaństwa”, wybierzcie się do Bocianowa 🙂

O czym marzy dziewczyna, gdy dorastać zaczyna? ;-)

Zwykły wpis

… a raczej gdy już dawno dorsoła? 😉

Niedawno się chwaliłam, że stuknęła mi trzecia dekada 😉 Szczerze mówiąc, obawiałam się tych urodzin. Od wielu osób słyszałam, że są przełomowe i to nie w przyjemnym sensie. Ponoć człowiek zaczyna czuć upływ czasu, zauważać zmarszczki, myśleć o przemijaniu… Znając moje zbyt emocjonalne podejście do życia w ogóle, obawiałam się depresji i początku kryzysu wieku średniego, który potrwa przez czas bliżej nieokreślony.

Ku mojemu miłemu zaskoczeniu nic takiego nie miało miejsca 🙂 Moje urodziny objawiły się w zasadzie tylko tym, że urywały się telefony z życzeniami od bliskich, a osoby, z którymi na codzień kompletnie nie mam kontaktu, przypomniały sobie o moim istneiniu, widząc powiadomienie na Facebooku 😉 Żeby nie było, nie wyzłośliwiam się, uważam, że to naturalne, że z niektórymi osobami z czasem kontakt się rozluźnia i było mi bardzo przyjemnie, że tym osobom chciało się napisać dwa sympatyczne zdania z okazji tego, że się postarzałam 🙂

Nie wpadłam więc w depresję, ale za to zaczęłam się zastanawiać, co chciałabym zrobić, a do tej pory odkładałam, bo mi się nie chciało, bałam się, nie mogłam się zebrać itp. itd. Spisałam sobie listę takich rzeczy „do załatwienia” na najbliższy rok, do trydziestych pierwszych urodzin (mniej więcej). Niektóre są bardzo prozaiczne, niektóre szczytne, część wymaga sporych nakładów finansowych, więc zobaczymy, jak się pod tym względem ułoży…  Inne wymagają naprawdę sporych poświęceń, więc okaże się, czy lenistwo nie weźmie góry. W każdym razie dzielę się dziś z Wami listą moich pomysłów, marzeń i planów. W miarę postępów w relazacji będę zdawać relacje 🙂 Dodam też stronę, gdzie będę mogła po kolei wykreślać zrealizowane punkty, bo nic tak nie motywuje jak świadomość czynionych postępów 😉

Chciałam, żeby było ich trzydzieści  – byłoby tak ładnie, trzydzieści punktów na trzydzieste urodziny. Ale wymyśliłam tylko 22. Dwa ostatnie zatrzymałam dla siebie, bo to plany największego kalibru, które wymagają sporo wysiłku, a na których jednocześnie bardzo mi zależy. Wyczytałam gdzieś ostatnio, że najlepiej nie przechwalać się zbytnio poważnymi celami, bo mówiąc o nich innym „rozmywamy” zapał i motywację do rzeczywistego działania. Ale obiecuję pochwalić się, kiedy mała lub duża niespodzianka dojdzie do skutku 🙂

Tak więc, mili czytacze i czytaczki, oto czym będę się zajmować przez najbliższy rok 🙂

  1. Wziąć udział w warsztatach kulinarnych
  2. Nauczyć się zakładać pełny lotos
  3. Wziąć udział w warsztatach jogi
  4. Upiec chleb na zakwasie
  5. Skoczyć ze spadochronem
  6. Zarejestrować się w banku dawców szpiku
  7. Oddać krew
  8. Wziać udział w zlocie bloggerów
  9. Zrobić test na HIV (nie, nie podejrzewam, że mogłam gdzieś „złapać”, ale uważam, że każdy powinien to zrobić, choćby po to, żeby być przykładem dla innych)
  10. Zmienić szablon bloga i przenieść go do osobnej domeny
  11. Podciągnąć się 10 razy na drążku
  12. Zorganizować piknik (z kocem, jedzeniem w koszu itp.)
  13. Wybrać się na masaż
  14. Dbać o porządek w domu (bez przesady ;))
  15. Unikać niepotrzebnych zakupów
  16. Upolować i spróbować lodów Gelati Giuseppe
  17. Zjeść obiad w 100% wegańskiej restauracji
  18. Odwiedzić co najmniej jedno europejskie miasto, w którym jeszcze nie byłam
  19. Uporządkować swój stosunek do jedzenia
  20. Wziąć udział w akcji dobroczynnej jako wolontariuszka
  21. ??? Mała niespodzianka ???
  22. ??? Duża niespodzianka ???

Strumień świadomości i zupa z pieczonych pomidorów

Zwykły wpis

(źródło)

Uwaga, dłuuuugi post, przepis jest kilometr niżej 😉

Wielkimi krokami zbiżam się do trzydziestki. W zasadzie to jestem już na ostatnim odcinku ostatniej prostej 😉 bo zostały mi równo trzy tygodnie. W związku z tym naszło mnie na podsumowania i przemyślenia i powiedzmy, że efekt tych podsumowań mnie nie zachwycił. Mam wrażenie, że o w ostatnim czasie trochę życiowo kręciłam się w kółko. Niby coś tam robiłam, ale tak naprawdę nic konkretnego – tu trochę, tam trochę, nigdzie na sto procent…

Ostatnio kręcenie się w kółko osiągnęło apogeum w tematach zdrowotno-fitnessowo-dietetycznych. Za dużo się naczytałam, zbyt wielu rzeczy chciałam spróbować, a że część z tych rzeczy wzajemnie sie wykluczała, przez sporą część czasu żyłam w poczuciu, że cokolwiek zrobię, to będzie źle, bo np. według diety Paleo ziarna są szkodliwe, więc jeśli zjem owsiankę na śniadanie, to szkodzę swojemu zdrowiu i figurze. Z drugiej strony logika wskazuje, że jedzenie na śniadanie pięciu jajek z bekonem jest średnio zdrowe. Powinnam jeść dużo białka, bo ćwiczę, powinnam ograniczać węglowodany, ale mam ochotę na chleb i co teraz? Odmawianie sobie tego co lubię, bo dieta taka czy inna tego „zabrania”, spowodowało, że kilka razy „pękłam” i wciągnęłam to co lubię (chleb, płatki z mlekiem, czekoladę, jogurt) w ilościach zdecydowanie przekraczających normę. Naprawdę zdecydowanie, bo chyba pod to można podciągnąć zjedzenie za jednym posiedzeniem pół blachy ciasta?

Nie muszę chyba nawet mówić, jak się czułam po konsumpcji wspomnianego ciasta, tudzież miski chispów z salsą tudzież wiaderka jogurtu? Nie dość, że miałam wrażenie, że ciasto zaraz wyjdzie mi uszami, to oczywiście świadomość, że właśnie wchłonęłam w parę minut zalecaną dzienną dawkę kalorii (a oprócz tego drugą dzienną dawkę w postaci normalnych posiłków) nie pomagała. Nie muszę też chyba pisać, że konsumpcja hurtowych ilości niekoniecznie zdrowych rzeczy nie pozostała bez wpływu na moją wagę, wygląd i fizyczne samopoczucie?

Otóż nie 😛 Ciacho się ze mnie nie zrobiło, raczej powoli zmierzałam w stronę budyniu 😛 W dodatku sfrustrowanego budyniu, co już samo w sobie brzmi lekko  niedorzecznie. Na mojej drodze w stronę niezadowolonego z życia budyniu trafiłam m.in. na bloga Oatmeal after Spinning. Bardzo Wam go polecam – jest ciekawy, pisany z humorem i sporo tam fajnych przepisów, ale mnie dały do myślenia te dwa posty.

W skrócie chodzi o to, że w znakomitej większości przypadków sami decydujemy o tym co jemy, a czego nie. Pomijając sytuacje w rodzaju ścisłej diety z powodu choroby albo małych dzieci, o których diecie do pewnego momentu decydują rodzice, nikt przecież nie zmusza nas do jedzenia tego, co z takich czy innych powodów na nie pasuje. Powody mogą być różne – może po prostu czegoś nie lubię, może nie jem tego z przyczyn etycznych czy religijnych, a może decyduję się odpuścić ciasto, bo wiem, że w danym momencie moim celem jest zrzucenie paru kilo a te 3 minuty przyjemności mnie od tego celu oddalą. I nie chodzi o to, żeby zawsze decyzja była „na nie”, ale żeby mieć świadomość tego, że chociaż może nie zawsze jest to łatwe i przyjemne, to w 99% przypadków mamy wybór odnośnie tego, czy coś zjemy, czy nie i bez sensu jest rozgrzeszanie się po fakcie, że „inaczej się nie dało”.

Drugi post jest pochwałą prostoty i naprawdę trafił mnie prosto w serce 😉 zwłaszcza że nie był to pierwszy tego typu przekaz, który otrzymałam. Lubię gotować, jeszcze bardziej lubię dobrze zjeść. Lubię sprawdzać nietypowe połączenia smaków i dziwne składniki, ALE powoli dochodzę do tego, że często przekombinowuję. Kiedyś dawno podesłałam linka do bloga mojej mamie, żeby mogła sobie obejrzeć, co ja właściwie jem na diecie wegańskiej. Napisałam jej też, że może skorzystać z tych przepisów i przygotować coś, kiedy będę ich odwiedzać, bo zawsze zgłaszała problem z obiadem dla mnie. Reakcja mamy była mniej więcej taka: „Dziecko, ja nawet nie wiem co to jest quinoa, nie mam w domu syropu z agawy, nie mam pojęcia, gdzie można kupić słodkie ziemniaki…” itp. Wtedy pomyślałam, że to mama wydziwia. Jakiś czas później, kiedy napisałam o tym, że znów będe jeść mięso, w komentarzach odezwała się moja znajoma, od której zaczęła się moja przygoda z wegetarianizmem i napisała m. in., że według niej moja dieta była aż za bardzo urozmaicona, bo jej rodzina (wegetariańsko-wegańska) używa dużo prostszych składników. I coś w tym chyba jest. Mam w domu mnóstwo przedziwnych rzeczy, typu nasiona chia, grzyby shitake, mąka z kasztanów itp. cuda. Czasem kupuję je w ramach impulsu, czasem dlatego, że znalazłam jakiś ciekawy przepis z tymi składnikami. Tylko że on z reguły wymaga innych dziwnych składników, które zwykle kosztują masę pieniędzy a potem zalegają w kuchni, będąc przyczyną frustracji i pożywką dla moli. To już lepiej niech te mole żrą zwykłą mąkę – będzie taniej 😛 (tak naprawdę nie hoduję moli 😉 kiedyś jakoś się zalęgły, ale szczęśliwie udało się ich pozbyć).

No i jest jeszcze jedna kwestia. Mięso. Kiedyś nie jadłam, potem zaczęłam jeść, potem znów nie jadłam. Ostatnimi czasy jadłam masowo (dieta Paleo, patrz wyżej :P). Ale cały czas miałam w tyle (albo i w przodzie ;)) głowy, że to są zabite zwierzęta. Ich mięśnie, wątroba, żołądek… Któregoś razu wędzony łosoś rósł mi w gardle, ale „dałam radę” i zjadłam. Ostatnio rozmawiałam z mężem na temat moich zastrzeżeń co do jedzenia mięsa. Dyskutowaliśmy też o przemyśle mlecznym i o tym, że ciężko dostać w sensownej cenie ekologiczne mleko, ser itp. Po tym, jak się wywnętrzyłam, małżonek (facet i do tego umysł ścisły ;)) podsumował w 10 sekund: no to wychodzi, że powinnaś być weganką albo ewentualnie czasem jeść jajka zerówki. Ja na to: no tak… A on: no to tak zrób. Hmmm… no w sumie czemu nie 😀 Najprostsze rozwiązania są czasem najlepsze.

W efekcie przemyśleń niezbyt zwięźle streszczonych powyżej postanowiłam zmienić kilka rzeczy – w życiu, a co za tym idzie, również na blogu. Będę się starała jeść wegetariańsko i takie też przepisy będą tutaj lądować. Raczej bez mleka i jajek, ale mogą się zdarzyć wyjątki. Poza tym moje przepisy będą prostsze. Nie będzie raczej wymyślnych składników z drugiego końca świata, a jeśli się pojawią (choćby te, które mam jeszcze w domu i muszę zużyć), to postaram się podać łatwiej dostępne odpowiedniki. Spróbuję też jeść bardziej sezonowo, chociaż nie wiem, jak to wyjdzie, bo wydaje mi się, że w zimie w naszym klimacie jest sezon na kartofle i kapustę i niewiele poza tym 😉 Ale może mi się tylko wydaje, poza tym są jeszcze przetwory – może lepiej zjeść sos pomidorowy niż świeżego pomidora w lutym, który nie dośc, że smakuje jak tektura, to ma w sobie całą tablicę Mendelejewa. Oczywiście nie zrezygnuję tak całkiem z ogólnie dostępnych egzotycznych składników typu banany, cytrusy czy wiórki kokosowe. Bez przesady w żadną stronę – to chyba powinno być moje motto 🙂

Myślę, że oprócz przepisów będą się też pojawiać posty na inne tematy – życiowe, sportowe, co mi tam jeszcze się będzie kłębiło pod czaszką 🙂 Ale przepisów na pewno nie zabraknie.

Postanowiłam też przeprosić się z jogą. Kiedyś trenowałam astanga jogę mniej więcej 4 razy w tygodniu. Bardzo dużo mi to dawało, fizycznie i emocjonalnie. Potem pojechałam na wakacje, w międzyczasie „moja” szkoła została zamknięta i temat jogi jakoś się rozmył. Kiedyś kupiłam nawet nową matę, bo stara była już bardzo sfatygowana, ale na kupieniu się skończyło. Potem zdałam sobie sprawę, że pewnie po tak długiej przerwie straciłam dużą część rozciągnięcia i siły, które wypracowałam i przez to było mi głupio iść na zajęcia. Bałam się, że będę się czuła jak ofiara losu i wszyscy będą „lepsi” ode mnie, a tego nie lubię. Po miesiącach wymówek wzięłam wreszcie matę pod pachę i poszłam. Straciłam dużo z elastyczności, którą miałam kiedyś. W wiekszości po prostu przez brak teningu, może częściowo dlatego, że trochę przytyłam, może przez dietę. Nieważne. Ważne, że na jodze było tak fajnie jak kiedyś. Nikt nie patrzył na mnie krzywo, bo nie umiałam wyprostować nogi nad barkiem 😉 Wszyscy byli zajęci kombinowaniem, jak zapleść prawą rękę z lewą nogą tak, żeby niczego sobie nie urwać i być potem w stanie powrócić do pierwotnej konfiguracji 😉

(źródło)

To była naprawdę dobra praktyka 🙂 Znów lubię moją matę i nawet wybieram się na jogowy wyjazd. Kiedy dojdzie do skutku, na pewno się pochwalę 🙂

Ufff, bardzo dziękuję za cierpliwość tym, którzy dotarli aż tutaj. Będzie ngroda 🙂 Zupa pomidorowa 🙂

Przepis zaczerpnięty z bloga Oh She Glows. Zupa jest fantastyczna – ma super kremową konsystencję, a dzięki pieczeniu pomidory mają jakiś taki bogatszy smak.  Robiłam tę zupę już dwa razy. Za pierwszym razem pominęłam garam masalę, bo zupa była dla gości o raczej tradycyjnych upodobaniach kulinarnych. Za drugim dodałam jej sporo.Obie wersje wyszły super 🙂 Spróbujcie, w końcu sezon na pomidory nadal w pełni. Osobiście w ogóle nie czułam posmaku mleczka kokosowego, więc raczej nie należy się przejmować tym cokolwiek dziwnym poczłączeniem. Nikt z gości, którzy próbowali, też się nie zorientował, w czym rzecz. Zupa naprawdę smakuje, jakby była na bazie gęstej śmietany.

Składniki

  • 10 średnich pomidorów
  • 1 spora cebula
  • 1 główka czosnku
  • puszka (400 ml) mleka kokosowego (może być light, ja użyłam normalnego, bo takie akurat miałam)
  • 2 szklanki bulionu warzywnego lub 2 szklanki wody i 2 kostki bulionowe
  • 2 spore szczypty garam masali (opcjonalnie)
  • sól i pieprz so smaku (dałam sporo pieprzu i bardzo mi smakowało, ale miałam potem reklamacje, że trochę za pikantna ;))
  • olej lub oliwa z oliwek do pieczenia

Przygotowanie

Blachę do pieczenia wykładamy pergaminem lub folią aluminiową. Pomidory przekrajamy na połówki i układamy na blasze, skórką do dołu, Smarujemy po wierzchu oliwą i posypujemy troszkę solą i pieprzem.


Cebulę obieramy, kroimy w plasterki i umieszczamy w natłuszczonym naczyniu żaroodpornym. Z główki czosnku odcinamy któryś koniec. Chyba lepiej od strony korzenia, bo jak widać na załączonym obrazku, kawałek łodygi nie chciał się odciąć 😉

Miejsce odcięcia smarujemy oliwą i całą główkę zawijamy w folię aluminiową. Nagrzewamy piekarnik do 170 stopni i wrzucamy wszystko do środka. Cebulę wyjmujemy po ok. 30 minutach. Powinna być lekko zrumieniona, ale nie spalona. Czosnek wyjmujemy po ok. godzinie, a pomidory pieczemy przez ok. pół torej godziny.

W średnim garnku podgrzewamy bulion lub wodę z kostkami rosołowymi. Wrzucamy pomidory i cebulę. Czosnek powinien mieć konsystencję miękkiej masy, którą wyciskamy z łupinki. Dodajemy mleko kokosowe. Gotujemy przez kilka minut na średnim ogniu, po czym miksujemy. Można zmiksować zupełnie na krem (ja tak zrobiłam) albo zostawić trochę farfocli, jeśli lubicie, żeby w zupie coś pływało. Doprawiamy do smaku solą, pieprzem i ew. garam masalą.

W wersji „klasycznej” podawałam tę zupę jak na polską pomidorówkę przystało – z ryżem lub makaronem. Można też serwować z grzankami, groszkiem ptysiowym albo bez niczego. Smacznego 🙂

Śniadaniowa krajanka owsiana

Zwykły wpis

Dawno mnie tu nie było z prozaicznego powodu – pojechałam na krótki wypad w góry a potem jakimś cudem z czterodniowego wyjazdu przywieźliśmy ciuchy na 10 rund prania, dopadła mnie rzeczywistość i nie bardzo miałam czas fotografować moje kuchenne wypociny. Ale wróciłam, choć to jeszcze nie koniec moich wakacyjnych wojaży :).

Tymczasem proponuję Wam owsianą krajankę idealną na śniadanie. Pomysł zaczerpnęłam z bloga Oh She Glows. Krajanka nie jest bardzo słodka (można oczywiście dosłodzić wedle upodobania). Nie jest też chrupiąca – ma strukturę dosyć ciężkiego razowego pieczywa, lekki posmak bananów i zapach cynamonu. Generalnie jestem na tak 🙂 Świetna z masłem orzechowym, dżemem albo świeżymi owocami, chociaż mnie osobiście smakuje też solo, zwłaszcza z dobrą herbatą (migdałowo-wiśniowa! moja najnowsza herbaciana miłość :)) lub kawą. Dodatkowo ma tę zaletę, że łatwo się kroi i nie rozpada, dzięki czemu można ją zabrać do pracy, czy na przekąskę w biegu.

W oryginalnym przepisie jest mąka owsiana, ale ponieważ nie chciało mi się specjalnie po nią biegać do sklepu, użyłam pszennej pełnoziarnistej i też było pięknie 🙂

W przepisie pojawiają się nasiona chia. Pewnie część z Was w życiu o czymś takim nie słyszała i wcale się nie dziwię, bo ja do niedawna też nie słyszałam. Chia (salvia hispanica) to roślina uprawiana w Ameryce Południowej, której nasiona są bogate w białko, błonnik i kwasy Omega-3. Ziarna chia z wyglądu przypominają taki trochę większy mak, a w smaku są podobne do siemienia lnianego (czyli nie mają wyraźnego smaku, ale są takie specyficznie oślizgłe – tak, wiem, bardzo apetycznie to brzmi 😉 ale kto próbował siemienia lnianego, ten wie, o co chodzi). Podobnie jak siemię lniane, chia po namoczeniu pęcznieje (nawet bardziej niż siemię, bo potrafi zwiększyć objętość kilkukrotnie) i powstaje coś w rodzaju żelu. W związku z tym mielone nasiona chia są używane w wypiekach jako wegański zamiennik jajek (tak samo jak u nas mielony len). Dodaje się je też do owsianek, szejków itp. celem zagęszczenia. Na wielu blogach widziałam coś, co się nazywa chia seed pudding (np. tutaj), czyli po prostu nasiona chia namoczone w mleku roślinnym z jakimś dodatkiem smakowym, np. kakao, owocami czy masłem orzechowym. W sumie nigdy mi nie przyszło do głowy, żeby spróbować zrobić coś podobnego z siemieniem lnianym. Myślę, że efekt byłby bardzo zbliżony.

Podsumowując, ponieważ lubię testować kulinarne nowinki, zakupiłam torebkę nasion chia (można je dostać np w Evergeen) ale jeśli nie macie ochoty w nie inwestować, myślę, że w 95% przypadków można je zastąpić znacznie tańszym i łatwiej dostępnym siemieniem lnianym.

Składniki (na formę o boku 24 cm)

  • 1,5 szklanki płatków zbożowych (u mnie mix pięciu zbóż)
  • 1 szklanka mąki (u mnie pszenna pełnoziarnista)
  • 1 spory dojrzały banan
  • 4 łyżki ziaren chia (lub całych nasion siemienia lnianego)
  • pół szklanki mielonego siemienia lnianego
  • 2 łyżki masła orzechowego
  • 3-4 łyżki miodu lub płynnego wegańskiego słodu
  • 1,5 szklanki mlea roślinnego
  • łyżeczka cynamonu
  • łyżeczka ekstraktu z wanilii lub cukru waniliowego

Przygotowanie

W misce mieszamy suche składniki (mąkę, płatki, cynamon, proszek do pieczenia, sól, nasiona chia i mielone siemię lniane). Mleko roślinne miksujemy z masłem orzechowym, miodem i ekstraktem z wanilii. Banana kroimy na drobne kawałki. Mokre składniki przelewamy do suchych, dodajemy banana i dokładnie mieszamy. Formę do pieczenia o boku 24 cm wykładamy pergaminem i przekładamy do niej masę. Wyrównujemy wierzch i pieczemy ok 30-40 minut w 180 stopniach (ja piekłam 35 minut).

Smacznego 🙂

 

***

To tyle przepisów na dziś, a teraz będą wynurzenia życiowe. Otóż, ci z Was, którzy czytają bloga dłużej i ci, którzy mnie znają osobiście wiedzą, że praktycznie od zawsze jestem na jakiejś diecie i cały czas muszę pilnować tego co jem, bo należę do osób, które tyją od samego zapachu czekolady 😛 Mimo że regularnie i sporo ćwiczę, jak tyllko przestanę patrzeć, ile i czego jem, spodnie zaraz „kurczą się w praniu”, a wskazówka wagi jest bezlitosna. A jeść (nie)stety lubię aż za bardzo, co chyba widać po zawartości bloga 😉

Będąc na diecie wegańskiej, przytyłam trochę, co tłumaczyłam sobie tym, że mimo starań dostarczałam organizmowi za dużo węglowodanów, a za mało białka i w związku z tym traciłam masę mięśniową na rzecz tłuszczu, co mi się oczywiście nie podobało. Zaczęłam więc jeść mięso, co nie podobało się niektórym z Was 😉 I co? Ano nic. Jadłam dużo białka, a nawet zaliczyłam epizod z dietą niskowęglowodanową (tzw. paleo), na której nie je się żadnych zbóż ani roślin strączkowych, żadnego cukru, miodu itp., mało owoców, za to dużo warzyw, białka zwierzęcego i tłuszczu (też w dużej części zwierzęcego). Epizod zakończył się gwałtownie na górskim szlaku, kiedy okazało się, że białko białkiem, ale nie da się latać po górach przez cały dzień, mając za jedyne źródło węglowodanów pomidory 😛 Nie da się i już. Isostar i czekolada dodały mi skrzydeł 😉 Pomijając jednak zgon na szlaku, dieta okazała się tak samo (nie)skuteczna jak weganizm, czyli zamiast zrzucić te parę kilo i zbudować mięśnie, zarobiłam parę kolejnych kilogramów.

Jaki z tego morał? Otóż problem najwyraźniej jest nie z taką czy inną dietą i tym co jem, a czego nie. Problemem są za duże porcje, wycieczki do lodówki po masło orzechowe jako „zdrową przekąskę” i wielka miłość do słodyczy. Niestety, mega porcja makaronu idzie w biodra, a to, czy ten makaron był z łososiem, czy z ciecierzycą, to sprawa drugorzędna, przynajmniej tak mi się wydaje. Masło orzechowe jest przepyszne i w rozsądnych ilościach zdrowe, ale nikt chyba nie potrzebuje poł szklanki zdrowego tłuszczu dziennie 😛

Po przemyśleniu doszłam do wniosku, że chciałabym wrócić do diety głównie wegetariańskiej, zwłaszcza, że w międzyczyasie odkryłam, że niespecjalnie służy mi mleko, które bardzo zaostrza u mnie objawy alergii, co swoją drogą podobno jest dosyć powszechnym objawem u osób, które cierpią na astmę albo duszności spowodowane alergią. Nie określam się, przynajmniej na razie, jako weganka czy wegetarianka, żeby zaraz znów nie było blogowej awantury 😉

Ale mam prośbę, szczególnie do wegan, o pomysły na zrównoważone posiłki, w szczególności takie, które zawierają sporo tego nieszczęsnego białka, bo kilka razy w tygodniu trenuję siłowo i potrzebuję mieć parę mięśni tu i tam 😉 Ktoś mi kiedyś pisał, że się nie znam i źle komponowałam posiłki, przez co czułam się ciągle głodna i generalnie niehalo. Więc jeśli ten ktoś jeszcze tu zagląda, to niech się teraz wykaże i podrzuci kilka pomysłów 😉 Może są wśród Was osoby, które sporo ćwiczą i podzielą się tym, co u nich się sprawdza. Może znajcie jakieś fajne strony lub blogi poświęcone diecie bezmięsnej w kontekście sportu, zwłaszcza treningu siłowego? Z góry tylko mówię, że nie interesuje mnie 30 bananów dziennie (nawet 3 to już by chyba było przegięcie), dieta 100% surowa i inne rzeczy „odjechane” jeszcze bardziej niż „zwykły” weganizm 🙂

I z góry dziękuję za pomoc 🙂

Red velvet shake ;-)

Zwykły wpis

Wczoraj było na blogu zielono, a dzisiaj w poszukiwaniu zieleni poszłam pobiegać po lesie kabackim. Na ten sam pomysł wpadło chyba pół Warszawy 😉 Ale mimo wszystko biegało się świetnie – wiatr we włosach, słońce na twarzy, inni biegacze machający z daleka 🙂 Nie mogę napisać, że rozkoszowałam się śpiewem ptaków, bo rozkoszowałam się podkręconym prawie na maksa reagge 😉 Ale i tak była to bardzo miło wykorzystana godzinka 🙂

Pierwszy od dawna bieg, na który wybrałam się, bo chciałam ruszyć cztery litery i zmęczyć się na świeżym powietrzu. Jakiś czas temu pisałam, że zapisałam się do startu w półmaratonie, który odbywa się za tydzień. Rozpoczęłam treningi – karnie biegałam na bieżni, z pulsometrem, który „pilnował”, czy moje tętno nie wykracza poza wyznaczony zakres… Większość czasu czułam się jak chomik w kołowrotku 😉 Pomimo muzyki czy audiobooka w uszach, cały czas odliczałam sekundy do końca. A potem trochę mi się popsuło kolano. Zbyt (jak dla mnie) błaha sprawa, żeby zawracać głowę służbie zdrowia, która i bez pacjentów ma dużo kłopotów 😉 A jednocześnie bałam się kontynuować biegi, zwłaszcza długie, żeby nie zrobić sobie czegoś, czego bez pomocy służby zdrowia nie da się już załatwić. Odpuściłam zatem bieganie, wróciłam do ukochanych treningów siłowych i nie powiem, żebym choć raz zatęskniła za bieżnią. Szybko pogodziłam się z faktem, że półmaraton nie dojdzie do skutku. Ale dziś skonstasowałam ze zdziwieniem, że mam ochotę pobiegać. Zastanawiając się, co mi odbiło, odgrzebałam buty, pulsometr i ruszyłam do lasu. I było super 🙂 I kolano nie boli (odpukać). Kto wie, może jednak polubię się z bieganiem na stałe 🙂

Po powrocie, aby uzupełnić kalorie, przygotowałam pyszny smoothie. Ochrzciłam go red velvet shake, bo kojarzy mi się z popularnym w USA red velvet cake. Bardzo mnie to ciasto ciekawiło, ale trochę się rozczarowałam, kiedy dowiedziałam się, że to „zwykłe” ciasto czekoladowe z czerwonym barwnikiem spożywczym. Podobno z nautralnymi barwnikami nie wygląda tak ładnie, ale nie zaszkodzi spróbować 😉 Mam zamiar kiedyś zatrudnić do tego celu sok z buraków.

I właśnie pieczony burak jest sekretnym składnikiem dzisiejszego szejka 🙂 Pomysł znalazłam na blogu Choosing Raw i od razu mnie zaciekawił. Zamiast owoców jagodowych użyłam wiśni (mrożonych rzecz jasna :)). Dodałam też kakao, bo jestem czkoladoholikiem i czkoladę tudzież kakao pakuję do wszystkiego 😉

Efekt? Bardzo pozytywny. Smoothie ma ciekawy smak – burak jest delikatnie wyczuwalny, ale zadzwiająco dobrze komponuje się z pozostałymi składnikami. Wyraźnie czuć nutę czekoladową, co mnie wystarczyło do szczęścia 🙂 A do tego jest wybitnie zdrowy.

Składniki (na jedną duuuużą lub dwie mniejsze porcje)

  • jeden pieczony lub gotowany burak średniej wielkości (buraki pieczemy ok. godziny w 180 stopniach, zawinięte w folię aluminiową. Obieramy dopiero po upieczeniu)
  • ok. szklanki mrożonych wiśni
  • ok. szklanki mleka roślinnego
  • 2 łyżki kakao
  • ok. 3 łyżki mielonego siemienia lnianego – nadaje kremową konsystencję, a poza tym jest bardzo bogate w białko i zdrowe tłuszcze

Przygotowanie

Wszystko zmiksować. Przelać do największego kufla jaki znajdziecie w domu, ewentualnie do dwóch naczyń bardziej standardowych rozmiarów 😉 Pałaszować 🙂 Najsmaczniejszy jest bardzo zimny. Jeśli Wasz blender nie da rady zmrożonym owocom, można je rozmrozić, ale do czasu wykorzystania trzymać w lodówce.

Przepis dodaję do akcji Smoothie