Monthly Archives: Listopad 2011

Fasolka w korzennym sosie barbecue + placuszki dyniowo gryczane

Zwykły wpis

Spotrzeżenie dnia: ciężko jest sfotografować miskę gotowanej fasoli z sosem tak, żeby wyglądała jak coś jadalnego 😉

W ramach korzennego tygodnia mam dla Was kolejną propozycję. Dla polskiego podniebienia wydaje się dosyć egzotyczna, ale okazuje sie, że to typowa potrawa amerykańsko-kanadyjska, szczególnie popularna w sezonie jesienno-zimowym, czemu w sumie trudno się dziwić, bo jest bardzo sycąca, a do tego pełna rozgrzewających korzennych przypraw. W ich wydaniu jest znacznie słodsza, bo nasi przyjaciele zza oceanu to cukrożercy 😉 Ja proponuję wersję nieco bardziej pikantną.

Jadłam ją z plackami z mąki gryczanej z dodatkiem dyni. Słyszałam legendy o plackach i naleśnikach z mąki gryczanej, że niby są bardzo ciężkie w obsłudze, nie dają sie przekręcać na patelni, rozpadają sie i w ogóle trudno uzyskać sensowny efekt. Moje były grzeczne, przekręcały sie bez najmniejszego problemu. Nie dodawałam cukru, ale dzieki dodatkowi dyni same z siebie są słodkawe i myślę, że dobrze sie sprawdzą zarówno jako dodatek do wytrawnych dań jak i w towarzystwie dżemu albo masła orzechowego na słodkie śniadanie 🙂

Pieczona fasolka z korzennym sosem BBQ – składniki (na 2 spore porcje)

  • 2 puszki fasoli po 400g. Można użyć dowolnej fasoli, ja użyłam pół na pół czerwonej i czarnej
  • szklanka sosu barbecue. Bardzo Wam polecam przygotowanie tego sosu w domu. Wbrew pozorom jest to proste,  wychodzi raczej taniej niż sos ze sklepu, można go doprawić wedle upodobania, nie mówiąc już o tym, że na pewno jest zdrowszy. Ja użyłam tego przepisu.
  • 2/3 łyżeczki ziaren kminku
  • łyżeczka kardamonu
  • pół łyżeczki gałki muszkatałowej
  • świeżo mielony pieprz do smaku (ja dałam sporo, trochę ponad pół łyżeczki, ale to zależy jak pikantne lubicie)
  • olej do natłuszczenia naczynia

Przygotowanie

Naczynie żaroodporne smarujemy olejem. Fasolę odsączamy z zalewy i przepłukujemy pod bieżącą wodą. Mieszamy z sosem i przyprawami. Ewentualnie doprawiamy do smaku, przekładamy do naczynia żaroodpornego i pieczemy ok. 50 minut w 180 stopniach.

Dyniowe placuszki z mąki gryczanej – składniki (na 10 placków)

  • prawie pełna szklanka mąki gryczanej
  • 2 łyżki mąki kukurudzianej
  • pół łyżeczki soli
  • 1.5 łyżki oleju z pestek dyni (opcjonalnie, ale daje fajny zapach)
  • 2/3 szklanki pure z dyni
  • 3/4 szklanki mleka roślinnego
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • olej do smażenia

Przygotowanie

Wszystkie składniki oprócz oleju do smażenia zmiksować na gładką masę. Będzie trochę gęstsza niż śmietana. Na patelni rozgrzać olej. Ja ostatnio w ramach ograniczania ilości tłuszczu w diecie testuję olej w sprayu i bardzo dobrze się tutaj sprawdził. Na dobrze rozgrzana patelnię wykładać łyżką masę, w porcjach mniej więcej po 2 łyzki. Kiedy na wierzchu zaczną pojawiać się bąbelki, poczekać mniej więcej minutę i przewrócić na drugą stronę. Smazyć jeszcze kilka minut. Ewentualnie można przewrócic jeszcze raz. Placuszki powinny miec ładny jasnobrązowy kolor.

Smacznego 🙂

Trufle mocno imbirowe

Zwykły wpis

Propozycja dla wielbicieli pikantnych słodyczy, typu czekolada 90% z chili itp. 🙂 Są bardzo mocno imbirowe, obtoczone w pikantnym kakao. Ale jeśli chcecie, żeby np. smakowały dzieciom, bardzo łatwo je złagodzić. Przygotowanie zajmuje dosłownie kilka minut. Są świetne jako deser albo szybka przegryzka niezawodnie poprawiająca humor 🙂

Składniki (na 10 trufli)

  • szklanka orzechów nerkowca
  • 200 g suszonych fig (całe opakowanie, ok. 10 sztuk)
  • łyżka mielonego imbiru
  • szczypta kardamonu
  • duża szczypta soli
  • sok z połowy cytryny

Do obtoczenia

  • łyżka kakao
  • łyżeczka cynamonu
  • szczypta chili

Przygotowanie

W blenderze miksujemy nerkowce, dosyć drobno, ale nie na proszek. Przesypujemy do miseczki. Figi kroimy w kostkę, wrzucamy do blendera wraz z imbirem, sokiem z cytryny i solą. Miksujemy przez chwilę, dodajemy nerkowce i miksujemy na wysokich obrotach przez jakieś pół minuty. Z masy formujemy mokrymi dłońmi kulki wielkości mniej więcej orzechów włoskich. Jeżeli masa jest zbyt krucha, żeby uformować kulki, dolewamy ok. łyżkę wody i miksujemy jeszcze przez chwilę. Składniki posypki mieszamy w małej miseczce i rozsypujemy na stolnicy, desce do krojenia, dużym talerzu itp. Gotowe trufle obtaczamy w posypce. Przechowujemy w lodówce. Można również zawinąć każdą osobno w folię spożywczą i zamrozić.

Jeżeli chcecie przygotować trufle w łagodniejszej wersji, zmniejszcie ilość imbiru dodanego do masy. Do obtoczenia można użyć cynamonu, kakao z cukrem, wiórków kokosowych albo jakiejś kolorowej posypki ze sklepu (uwaga: różowe i czerwone barwniki spożywcze często zawierają koszenilę czyli substancję otrzymywaną z mielonych owadów, więc nie są wegańskie).

Pijana konfitura jabłkowa

Zwykły wpis

Kolejny korzenny przepis 🙂 Moja pierwsza w życiu konfitura (powidła, dżem, niepotrzebne skreślić ;)) i od razu porządnie pijana. Nigdy jakoś nie zabierałam się za domowe przetwory, bo wydawało mi się, że to mnóstwo roboty. Okazuje się, że taka konfitura robi się właściwie sama. Wystarczy tylko wrzucić wszystko do garnka i mieszać od czasu do czasu, żeby się nie przypaliło. Dzisiejsza powstała na zasadzie czyszczenia kuchni 🙂 Miałam kilka jabłek, których termin przydatności do spożycia bardzo się już zbliżył. Coś trzeba było z nimi zrobić, nie bardzo miałam wizję co, więc postanowiłam zachwoać je na później, na świąteczną szarlotkę 🙂 Potem trochę poszalałam i wyszła konfitura mocno słodka, o wyraźnych korzennych aromatach i zdecydowanie tylko dla drorosłych 🙂

W sesji zdjęciowej udział wzięły: pusta butelka, której zawartość (nie cała! :D) znalazła się w konfiturze, mniej więcej 3 łyżki konfitury pozostałe po umieszczeniu części zasadniczej w słoiku i cytryna, bo jabłka się skończyły 😀 Z podanych proporcji wychodzi jeden półitrowy słoik i trochę 🙂 Można oczywiście zrobić więcej, ale trzeba się zaopatrzyć w dużo whisky 🙂

Składniki

  • 4 jabłka
  • 4 łyżki cukru
  • sok z 1.5 cytryny
  • łyżka cynamonu
  • ok. 10 goździków
  • 2/3 szklanki whisky lub brandy
  • łyżeczka mielonego imbiru
  • łyżeczka mielonej skórki pomarańczowej (opcjonalnie)

Przygotowanie

Na dno średniej wielkości garnka wlewamy około 1 cm wody. Jabłka myjemy i kroimy na kawałki (bez obierania, pod skórką jest najwięcej pektyny, która zagęści konfiturę). Wszystkie składniki wrzucamy do garnka i gotujemy na wolnym ogniu około półtorej godziny, mieszając od czasu do czasu, żeby nie przywarło do dna. Jeśli użyjecie świeżych i twardych jabłek, to może będzie trzeba gotować trochę dłużej. Moje jabłka były wybitnie dojrzałe 🙂 Generalnie wszystko powinno się rozgotować na papkę, może z pojedynczymi kawałkami jabłek, które też powinny być miękkie. Na koniec odławiamy goździki 😉 Całość można zmiksować, żeby konsystencja była bardziej kremowa. Jeżeli chcemy zachować konfiturę na później, można ją zawekować. Gorącą przekładamy do słoika (musi być pełny), zakręcamy i stawiamy do góry dnem. Przykrywamy kocem albo ręcznikiem, żeby bardzo powoli stygł. Po tej procedurze konfitura powinna przetrwać w temperaturze pokojowej, tak jak zamknięte powidła czy dżem.

Niniejszym z dumą dodaję do bloga kategorię Przetwory 🙂

Korzenna kokosowa tarta kalafiorowa

Zwykły wpis

Kiedy przychodzi jesień, wkraczam w fazę korzenną 🙂 Masowo konsumuję cynamon, kardamon, imbir itp. Koledzy w pracy mówią, że każdy mój obiad pachnie jak piernik 😉 Dlatego kiedy dowiedziałam się o akcji Korzenny Tydzien 2011, postanowiłam przyłączyć się do zabawy. Dzisiejszy przepis ma nutę korzenną, ale to zdecydowane odstępstwo od moich „standardowych” ciasteczek imbirowych, czy curry na 117 sposobów 😉 Chociaż może i one się pojawią, jeśli czas mi pozwoli.

Jak już gdzieś pisałam, nie jestem nie byłam fanką kalafiora 😉 Ale powoli chyba się nią staję. Wyprodukowałam taką oto tartę – z kalafiorem pieczonym w korzennych przyprawach i kokosową nutą nadzieniu. Kalafior jest chrupiący, a masa łagodna w smaku, kremowa i ma naprawdę „autentyczny” śmietankowy smak, który bardzo mnie ucieszył, chociaż nie wiem do końca, skąd się wziął 😉 Może to efekt użycia mleczka kokosowego. Poza tym świetnie jej sie mieszka w lodówce. Jadłam ją 5 dni (czekałam z przepisem na początek Korzennego Tygodnia :)) i codziennie była lepsza. Aż żałuję, że się skończyła. Powtórka niebawem 🙂

Składniki

Pieczony kalafior

  • jeden średni kalafior
  • 2 łyżki oliwy
  • łyżka ostrego curry
  • łyżka przyprawy garam masala
  • łyżeczka kurkumy
  • sok z połowy cytryny
  • łyżka syropu z agawy
  • 2 szczypty soli
  • odrobina czosnku w proszku
  • szczypta świeżo mielonego pieprzu

Ciasto

  • 2 szklanki mąki
  • 1/3-1/2 szklanki oliwy
  • ok 1/2 szklanki wody
  • szczypta soli.

Nadzienie

  • 2 kostki tofu (po 180g)
  • 200 ml mleka kokosowego
  • 2 łyżki mąki kukurydzianej
  • 2 szczypty soli
  • łyżka syropu z agawy
  • łyżeczka gałki muszkatałowej

Oprócz tego

  • opcjonalnie garść orzechów nerkowca do dekoracji

Przygotowanie

Kalafiora dzielimy na różyczki, w dużej misce mieszamy z oliwą, wszystkimi przyprawami, syropem z agawy i sokiem z cytryny. Przekładamy do natłuszczonego naczynia żaroodpornego i pieczemy ok 30 minut w 190 stopniach. Co 10 minut mieszamy, żeby wszystkie kawałki mniej więcej równo się upiekły. Kalafiora można przygotować dzień wcześniej.

Z podanych składników zagniatamy ciasto. Jeśli jest zbyt suche, można dodać odrobinę oliwy. Ciasto wałkujemy i wykładamy nim spód i brzegi natłuszczonej formy do tarty. Podpiekamy ok. 15 minut w 200 stopniach.

Wyjmujemy podpieczone ciasto z piekarnika. Zmniejszamy temperaturę do 180 stopni. Wszystkie składniki nadzienia miksujemy na jednolitą masę. Na podpieczony spód wykładamy kalafiora a na niego masę z tofu. Na wierzchu można ułożyć orzechy nerkowca. Całość wstawiamy ponownie do piekarnika i pieczemy ok. 35-40 minut, przy czym na ostatnie 10 minut dobrze jest przestawić piekarnik na opcję „wierzch i spód”. Przed podaniem studzimy jakieś 10 minut. Do tarty pasuje jakaś lekka sałatka, może z dressingiem sezamowym albo curry 🙂

Wycieczka do Tel-Avivu

Zwykły wpis

Nie, nie wybieram się na wakacje 😉 Ale chciałam polecić Waszej uwadze kafejkę Tel-Aviv przy ul. Poznańskiej 11 w Warszawie. Jest to niewielka knajpka głównie z kuchnią bliskowschodnią. Właścicielka, Malka Kafka, jest ortodoksyjną Żydówką, więc wszystkie produkty serwowane w Tel-Avivie mają certyfikat koszerności wydany przez Naczelnego Rabina Polski. Można nawet napić się koszernego wina albo wódki 🙂  Poza tym spełniają tez wymogi Halal, czyli są dozwolone do spożycia dla muzłumanów.

Dla mnie osobiście ważniejsze niż koszerność dań było to, że menu zawiera wyraźne oznaczenia, które dania są wegańskie, a które nie. Jak widać, da się to zrobić. Ponieważ jedzenie jest przygotowywane na bieżąco, więc aktualne menu na dany dzień można sobie przeczytać na tablicy nad barem (wspomniane oznaczenia są w menu papierowym i internetowym :)).

Pierwszy raz zawitałam do Tel-Avivu późnym wieczorem, po obfitej babskiej kolacji. Było mi serdecznie żal, że nie dam rady spróbować wszystkich rodzajów humusu, wegańskiej zupy czy tunezyjskiej kanapki. Skusiłam się tylko na jakieś śmieszne niepasteryzowane piwo, które też było bardzo dobre 🙂 Z ciekawostek, w ofercie jest nawet piwo bezglutenowe.

Za drugim razem jednakowoż wybrałam się już z zamiarem najedzenia sie powyżej uszu 🙂 Niestety, muszę szczerze przynać, że co do jedzenia mam mieszane odczucia. Wybrałam się tam z dwoma przyjaciółkami. Ja zamówiłam sałatkę galilejską, która miała zawierać m.in. grillowane warzywa i pesto, a która okazała się de facto sałatką grecką, z tym, że zamiast fety była cieciorka. Obecności grillowanych warzyw ani pesto nie stwierdziłam 😛 Ogólnie nie była zła, ale zupełnie bez szału i zdecydowanie nie warto wydać na nią 21 zł. Nie chwaląc się, sama zrobiłabym lepszą i o wiele tańszą w parę minut. Za to pita prosto z pieca była pyszna 🙂 Dziewczyny zamówiły pasty z bakłażana i czerwonej fasoli i falafle. Obie pasty były bardzo dobre. Falafli nie próbowałam. No i piwo było pyszne 🙂

Niestety, jedzenie nie załapało się na fotki, bo w momencie, kiedy sobie o nich przypomniałam, wszystko było już lekko napoczęte i wyglądało umiarkowanie apetycznie. Obiecuję poprawić sie przy następnej okazji 😉

Abstrahując od jedzenia, od pierwszej chwili urzekła mnie atmosfera tej kafejki. Są dwie nieduże sale (może nawet bardziej pokoje, bo sale to za duże słowo ;)), w jednej jest bar i kilka stolików, a w drugiej, na tyłach, tylko stoliki. Wystrój i atmosfera powodują, że czułam się, jakbym wpadła do znajomych albo do cioci i dostała coś do przegryzienia. Jest wybitnie niezobowiązująco, prawie domowo. Nie ma głośnej muzyki, więc można słuchać rozmówców i własnych myśli 🙂  Przy okazji można podsłuchać rozmowę o permutacjach imion Boga i aniołów przedtsawionych w jakiejś starożytnej mistycznej księdze 😀

Podsumowując, z pewnością wrócę jeszcze do Tel-Avivu, żeby dać szanse ich humusowi i koktailom owocowo-warzywnym 🙂  Na pewno jest to miejsce inne niż wszystkie, które warto odwiedzić, żeby wyrobić sobie o nim własne zdanie.

Sałatka z marchewki i orkiszu z kminkiem i kolendrą

Zwykły wpis

Kolejna fantastyczna propozycja znaleziona na blogu  Oh She Glows. Już wiele razy gościła w mojej kuchni, mam nadzieję, że zagości też u Was 🙂 Jest bardzo sycąca i daje energię na długo dzięki orkiszowi bogatemu w białko i błonnik. Pyszne połączenie słodkiej marchewki i rodzynek z pikantnymi przyprawami. No i dzięki niej polubłam kolendrę. Kiedy pierwszy raz jej (kolendry) spróbowałam, byłam przekonana, że to również ostatni raz 😉 Przekonałam się jednak i teraz np salsa czy chili bez dodatku kolendry się nie liczy. Ale o salsie może innym razem 😉

Składniki (na 2 spore porcje lub 3 mniejsze)

  • 2 duże marchewki
  • szklanka ziaren orkiszu (albo pszenicy, być może dobry byłby też pęczak, ale nie próbowałam)
  • 2-3 ząbki czosnku
  • 4-5 łyżek oliwy
  • duża garść rodzynek
  • łyżeczka ziaren kminku
  • niecała łyżeczka mielonego kminku
  • szczypta słodkiej papryki w proszku
  • sok z połowy cytryny
  • łyżka octu balsamicznego
  • 2 spore szczypty soli
  • szczypta świeżo mielonego pieprzu
  • ok. łyżki syropu z agawy
  • pęczek kolendry

Przygotowanie

Orkisz gotujemy w osolonej wodzie ok. 25-30 minut. Można to spokojnie zrobić dzień wcześniej. Marchewkę obieramy i ktoimy w grubsze półplasterki (ok 0.5 cm). Na patelni rozgrzewamy oliwę. Wrzucamy przeciśnięty przez praskę lub posiekany czosnek, paprykę oraz kminek (ziarna i mielony) i smażymy przez ok 2 minuty, często mieszając, żeby czosnek się nie spalił. Następnie wrzucamy rodzynki, dodajemy ocet balsamiczny i sok z cytryny i smażymy kolejne 2 minuty. Dodajemy marchewkę i smażymy ok 5-7 minut, często mieszając.Marchewka powinna trochę zmięknąć ale być nadal chrupiąca. Dodajemy ugotowany orkisz i mieszamy. Doprawiamy do smaku solą i syropem z agawy. Na koniec dorzucamy drobno posiekaną kolendrę, mieszamy i jeszcze przez chwilę smażymy, az kolendra zmięknie. I gotowe. Jest pyszne zarówno na ciepło jak i na zimno. Zdecydowanie warto wypróbować 🙂

Muffinki selerowe

Zwykły wpis

Właśnie tak 🙂 Okazuje się, że seler nadaje się nie tylko do zupy 🙂 Sama nigdy bym nie wpadła, żeby użyć go do ciasta, ale znalazłam inspirację na blogu Bitter Sweet, a że lubię eksperymenty w kuchni, od razu postanowiłam wypróbować ten przepis. Trochę go zmodyfikowałam – przede wszystkim o ponad połowę zmniejszyłam ilość cukru, bo z tego co zauważyłam, Amerykanie jedzą wszystko obłędnie słodkie. Poza tym olej zastąpiłam pure z gruszki. To mój sprawdzony trick „odchudzający” wszelkie wypieki. Staram się ograniczać zastosowanie olejów w kuchni, bo uważam, że zdrowiej bedzie, jeśli potrzebne mi tłuszcze zjem w postaci np orzechów czy awokado, niż w formie oleju. Nie jestem bardzo ortodoksyjna i jeśli olej ma istotny wpływ na smak potrawy (np. bardzo aromatyczny olej sezamowy czy z pestek dyni), to nie tylko go użyję, ale jestem w stanie wydać sporo kasy na stosunkowo niedużą buteleczkę 😉 Ale jeśli zmiany w smaku praktycznie nie ma, to po co faszerować się tłuszczem? Jeśli nie widać różnicy, to po co przepłacać? 😉

Wracając do muffinek 🙂 Są naprawdę dobre. Seler jest delikatnie wyczuwalny i daje ciekawy aromat, ale nie „zabija” smaku pozostałych składników. Nie są to muffinki puszyste i delikatne jak obłoczek 😉 Są mocno wilgotne i mają raczej gęstą konsystencję. Dla mnie osobiście jest to zaleta, bo nie lubię pieczywa i ciast smakujących jak pieczone powietrze 😉 Od bagietek wolę konkretne razowe chleby albo co najmniej grahamki i wcale nie dlatego, że są zdrowsze, choć oczywiście to też zaleta. Naprawdę bardziej mi smakują 🙂 Wypróbujcie więc sami i zobaczcie, czy znajdziecie zupełnie nowe zastosowanie dla selera w Waszej kuchni 🙂

Składniki (na 12 muffinek)

Suche

  • prawie pełne 2 szklanki mąki (użyłam płenoziarnistej)
  • niecałe pół szklanki cukru
  • łyżka cynamonu
  • łyżeczka imbiru w proszku
  • łyżeczka przyprawy do piernika (opcjonalnie)
  • 2 łyżczeki proszku do pieczenia
  • szczypta soli

Mokre

  • 1,5 szklanki mleka roślinnego (jeśli używacie słodkiego, dajcie trochę mniej cukru)
  • łyżeczka octu jabłkowego
  • 1 dojrzała gruszka lub nieduże jabłko starte lub zmiksowane na papkę (albo ok pół szklanki gotowych jabłek do szarlotki ze słoika)

Oprócz tego

  • 1 duży seler korzeniowy starty na drobnej tarce
  • duża garść rodzynek
  • garść pokruszonych orzechów włoskich (opcjonalnie – ja akurat nie miałam, ale myślę, że bardzo dobrze by tu pasowały)
  • olej do natłuszczenia formy

Przygotowanie

Piekarnik rozgrzewamy do 190 stopni. W dużej misce mieszamy suche składniki. W drugiej mieszamy mokre. Wlewamy mokre do suchych i mieszamy łyżką do połączenia (parę grudek nie zaszkodzi, im szybciej zamieszamy tym lepiej). Wrzucamy starty seler i rodzynki i jeszcze raz z grubsza mieszamy. Natłuszczamy foremki do muffinek i napełniamy do końca masą (muffinki trochę urosną, ale bez szaleństwa, więc spokojnie można nałożyć masę do pełna). Pieczemy przez 25 minut. Smacznego 🙂