Tag Archives: papryka

Zupa z pieczonej papryki z indykiem i zielonym groszkiem

Zwykły wpis

Ta zupa jest udanym efektem starań w kierunku ograniczenia marnowania jedzenia. Jakoś zawsze tak się składa, że kiedy wybieram się do sklepu, w wózku ląduje między 3 a 7 razy więcej rzeczy niż naprawdę potrzebujemy. Bo a to promocja, a to pójdę na zakupy głodna, a to przypomni mi się fajny przepis a użyciem jakiegoś składnika, ale zanim dojdę do kasy, przepis już wylatuje mi z głowy, a składnik leży i czeka na zbawienie i nierzadko się nie doczeka 😛 Nie wszystko daje się zamrozić i w rezultacie część kupionych produktów ląduje w koszu, bo zdecydowanie minęła im data przydatności do spożycia (czasami ta wydrukowana na opakowaniu, a czasami ta, którą podpowiada zdrowy rozsądek i instynkt samozachowawczy ;)), zanim zdążyłam się nimi zająć.

Staram się coś z tym zrobić, bo abstrahując już od aspektów etycznych, ekologicznych, głodu na świecie itp. moje niedostosowanie ilości zakupów do naszych mocy przerobowych odbija się najzwyczajniej w świecie na naszych rachunkach. W związku z tym, kiedy znalazłam dziś przy myciu lodówki zapomniane papryki i kawałek cukinii w stanie agonalnym, postanowiłam wykombinować przepis, w którym da się wykorzystać warzywa zdecydowanie drugiej świeżości (choć oczywiście nie zepsute!). No i właśnie w ten sposób narodziła się poniższa zupa – pikantna, kremowa, z delikatną słodyczą pieczonej papryki i mleczka kokosowego. Naprawdę dobra, a warzywa uratowane 🙂

Składniki (na 4-5 porcji)

  • 2 papryki
  • 2/3 większej lub cała mniejsza cukinia
  • 2/3 średniej cebuli
  • 3 duże ząbki czosnku
  • ok. łyżki oliwy z oliwek
  • 3 szklanki wody + 2 kostki bulionu warzywnego (albo 3 szklanki bulionu albo rosołu)
  • mała puszka mleczka kokosowego (160 ml)
  • 1 jajko
  • sól i chili do smaku
  • 2 garście zielonego groszku (użyłam prożonego, bez rozmrażania)
  • ok. 250-300 g piersi z indyka

marynata do mięsa

  • 1-2 łyżki oliwy
  • łyżeczka miodu
  • 2 szczypty soli
  • szczypta słodkiej papryki
  • szczypta chili
  • szczypta czosnku w proszku

Przygotowanie

Składniki marynaty mieszamy. Mięso kroimy w niedużą kostkę, zalewamy marynatą, mieszamy i wstawiamy do lodówki na kilka godzin. W międzyczasie pieczemy warzywa – kroimy je na kawałki (nie ma potrzeby się wysilać, żeby była drobna kosteczka albo równe paski – i tak wszystko się później zmiksuje 😉 wystarczy każdą paprykę przekroić powiedzmy na 6-8 części, cukinię i cebulę mniej więcej w plasterki a każdy ząbek czosnku podzielić na kilka kawałków) Układamy warzywa w naczyniu żaroodpornym, polewamy oliwą, mieszamy i pieczemy przez 40 minut w 180 stopniach.

W średniej wielkości garnku podgrzewamy bulion (lub wodę z kostką bulionową). Kiedy zacznie się gotować, wrzucamy mięso, zmniejszamy ogień i gotujemy jakieś 20 minut. Następnie wyjmujemy mięso i odkładamy na bok. Do garnka z bulionem wlewamy mleczko kokosowe, wrzucamy warzywa i miksujemy ręcznym blenderem na jednolity krem. Doprawiamy do smaku solą i chili. Następnie dodajemy rozbełtane jajko i miksujemy szybko na wysokich obrotach. Dorzucamy mięso (po wyjęciu z bulionu można je ewentualnie pokroić na mniejsze kawałki) i groszek i gotujemy jeszcze ok. 5 minut.

Smacznego 🙂

W bonusie zdjęcie związane z zupą tylko w ten sposób, że powstało, kiedy zupa się gotowała. Ale podoba mi się – wina wina dajcie 🙂

Reklamy

Salsa z mango

Zwykły wpis

Dziś mam dla Was pomysł na smaczny dodatek do dań inspirowanych kuchnią meksykańską. Słodko-pikantna salsa doskonale sprawdzi się z ryżem i np. czerwoną fasolą, pieczonym tofu, albo – dla wszystkożerców – grillowanym kurczakiem czy krewetkami. Połączenie jej z rybą przerasta moją wyobraźnię, ale wiem, że niektórzy tak jedzą, więc może warto spróbować 🙂 Wyraźnie czuć w niej owocowy posmak. Jest lekka i orzeźwiająca, w sam raz na zaczynający się sezon wiosenno-letniego grillowania 🙂

Składniki

  • dwie szalotki lub jedna nieduża cebula
  • łyżka oleju do smażenia
  • dwie papryki (u mnie czerwona i żółta)
  • jedno spore mango
  • jedna papryczka chili lub kilka plasterków marynowanego chili
  • 1 – 2 łyżki syropu z agawy lub miodu, ew. łyżka cukru
  • sok z jednej limonki (albo połowy cytryny)
  • nieduży kawałek świeżego imbiru (albo szczypta imbiru w proszku)
  • szczypta kminku
  • ok 2 łyżki świeżej posiekanej kolendry
  • opcjonalnie kilka gałązek świeżej mięty
  • sól do smaku

Przygotowanie

Na patelni rozgrzewamy olej. Szalotki drobno siekamy i smażymy na średnim ogniu, aż zmiękną. Paprykę i mango kroimy w drobną kostkę (mango oczywiście wcześniej obieramy). Imbir trzemy na drobnej tarce. Papryczkę chili drobniutko siekamy. Wszystkie składniki oprócz kolendry i mięty wrzucamy na patelnię i dusimy jakieś 8 – 10 minut, mieszając od czasu do czasu. Papryka i mango powinny trochę zmięknąć, ale nie rozpaść się na papkę. Zdejmujemy patelnię z palnika, wrzucamy posiekane zioła i mieszamy. Ewentualnie doprawiamy do smaku.

Muhammara

Zwykły wpis

Ostatnimi czasy w mojej kuchni cudownemu rozmnożeniu uległa papryka 😉 Rozmnożenie troche wymknęło sie spod kontroli i wczoraj, kiedy wreszcie postanowiłam ogarnąć temat papryki, znalazłam w sumie pięć sztuk, z czego cztery nie pierwszej świeżości… Potrzebowałam przepisu, który pozwoliłby wykorzystać lekko „przechodzone” warzywa, a jednocześnie był szybki i niezbyt pracochłonny.

Z pomocą przyszedł mi blog Eat, Spin, Run, Repeat, którego autorka przez dłuższy czas mieszkała w Bahrajnie i zamieszcza od czasu do czasu ciekawe przepisy rodem z kuchni arabskiej. Tam własnie znalazłam pomysł na tę pastę-dip opartą na pieczonej papryce, z dodatkiem orzechów, kminku i czosnku.

Uwielbiam połączenie kminku z czosnkiem.To jedna z  kombinacji smakowych, które poznałam i polubiłam w toku moich eksperymentów z dietą wegetariańsko-wegańską. I zastanawiam się, jak mogłam przeżyć tyle lat w nieświadomości 😉 Muhammara jest naprawdę ciekawa, bardzo bogata w smaku – pikantna dzięki dodatkowi ostrej papryki, mocno czosnkowa, z lekką słodyczą melasy i pieczonych słodkich papryk… Trudna do opisania, warta wypróbowania 😉

Składniki (na jakieś 2 szklanki pasty)

  • 4 papryki (u mnie żółte i czerwone)
  • 2 kromki chleba (użyłam razowego, jeśli macie jakieś resztki umiarkowanie świeżego pieczywa, ten przepis może dać im drugie życie ;))
  • ok. 2/3 szklanki orzechów włoskich
  • 3 ząbki czosnku (wychodzi mocno czosnkowa, można dać mniej)
  • łyżeczka mielonego kminku
  • łyżka oliwy do smażenia
  • sok z połowy cytryny
  • łyżka melasy (lub syropu klonowego)
  • parę kropli octu winnego lub balsamicznego
  • sól do smaku
  • chili w proszku również do smaku

Przygotowanie

Papryki należy najpierw upiec. W tym celu przekrajamy je wzdłuż na pół, wyjmujemy nasiona i układamy skórką do góry na blasze przykrytej folią aluminiową (folia przyda sie później). Pieczemy w temperaturze 200 stopni przez ok. 15 minut, aż skórki miejscami zrobią się czarne. Wyjmujemy, zawijamy w folię i zostawiamy na 15-20 minut. Po tym czasie powinno sie dać bez problemu zdjąć skórki.

Orzechy prażymy przez ok. 5 minut na suchej patelni, od czasu do czasu potrząsając patelnią lub mieszając, aby się nie przypaliły. Następnie rozgrzewamy oliwę (może być na tej samej patelni, ale po zdjęciu z niej orzechów ;)) i przez ok. 2-3 minuty smażymy przeciśnięty przez praskę czosnek i kminek, często mieszając, bo czosnek łatwo się przypala.

Wszystkie składniki przekładamy do blendera (chleb kroimy lub łamiemy na trochę mniejsze kawałki) i miksujemy na pastę. Może być całkiem jednolita lub z drobinkami orzechów i chleba, zależnie od Waszych upodobań. Jeśli mieszanina będzie za gęsta (prawdopodobnie będzie), dodajemy kilka łyżek wody. Doprawiamy do smaku solą i chili.

Muhammarę można podać jako dip do warzyw czy krakersów. Dobrze sprawdzi się też w roli gęstego sosu do makaronu, czy jako składnik sałatek.

Wpis dodaję do akcji Ekonomia Gastronomia

Uważam, że takie akcje są naprawde potrzebne. Sama przyznaję się bez bicia, że zdarza mi się wyrzucać jedzenie. Głównie dlatego, że kupuję zbyt dużo produktów, bez konkretnego planu ich wykorzystania. Niektóre potem leżakują w lodówce, aż zupełnie przestaną się nadawać do jakiegokolwiek wykorzystania… Dlatego uważam, że najważniejszą zasadą ekonomii-gastronomii jest planowanie posiłków i kupowanie składników pod kątem tego, co zamierzamy przygotować, a nie zakupy „na winie”, czyli co się nawinie, to do koszyka 😉 Pisząc to, musze sama uderzyć się w pierś i posypać głowe popiołem, bo planowanie jadłospisu z wyprzedzeniem to coś, co średnio mi wychodzi…

Postaram sie jednak bardziej do tego przykładać i chodzić na zakupy z gotową listą, żeby uniknąć „cudownego rozmnożenia” papryki, nagłej konieczności pieczenia szarlotki, bo jabłka umierają powolną śmiercią, albo odkrycia, że wbrew temu co myślałam, mam w zamrażalniku już 3 paczki groszku i kolejna wcale nie była potrzebna 😉

Myślę, że warta zastosowania jest też rada, której zwykle udziela sie osobom chcącym schudnąć – nie chodźmy na zakupy z pustym żołądkiem. Wtedy wszystko wydaje się niezbędne, bo po głowie chodzą tysiące pomysłów na pyszny obiad. A po wszystkim okazuje się, że zamiast jedzenia dla dwóch osób na trzy dni, mamy zapasy dla pułku wojska na miesiąc 😉

Mam tez nadzieję, że dzięki tej akcji odkryję nowe metody na uratowanie produktów, które „dziwnym sposobem” znalazły sie w mojej lodówce.