Tag Archives: sos

Dip z suszonych pomidorów

Zwykły wpis

Kolejny dip/pasta do warzyw czy krakersów. Przygotowałam go na imprezę sylwetrową, ale zrobiłam jak zwykle za dużo, więc został już przetestowany w roli sosu do makaronu, smarowidła do kanapek i (po lekkim rozcieńczeniu) jako sos do pizzy. We wszystkich zastosowaniach sprawdził się przyzwoicie, zwłaszcza z makaronem – smakował podobnie do czerwonego pesto 🙂 Inspirowałam się przepisem z książki „Veganomicon” (Sun-dried tomato dip, str. 64) ale szczerze mówiąc, oryginalny przepis wyszedł zupełnie bez szału, więc trochę go podrasowałam po swojemu 🙂

Składniki

  • opakowanie płatków migdałowych (70g)
  • puszka białej fasoli (400g)
  • ok 1,5 szklanki suszonych pomidorów (suchych, nie z oliwy)
  • ok. 2 łyżeczki przyprawy do kuchni włoskiej (można zastąpić miezanką bazylii, oregano i granulowanego czosnku)
  • szczypta czosnku w proszku
  • sok z 1 cytryny
  • łyżka syropu z agawy
  • 4 czubate łyżeczki płatków drożdżowych
  • 5 łyżek oliwy z oliwek
  • sól i pieprz do smaku

Przygotowanie

Suszone pomidory zalewamy wrzącą wodą i odstawiamy na około 15 minut. W międzyczasie płatki migdałowe miksujemy w blenderze na proszek. Fasolę odsączamy z zalewy i płuczemy na sitku. Pomidory odcedzamy, ale nie wylewamy wody, w której się moczyły, do zlewu, tylko zachowujemy na później. Wszystkie składniki wrzucamy do blendera. Na początek dolewamy ok 1/4 szklanki wody z moczenia pomidorów i miksujemy na jednolitą (w miarę) masę. Jeśli jest za gęsta, a prawdopodobnie będzie, można dolewać po trochu wody i miksować do uzyskania pożądanej konsystencji. Ewentualnie doprawić do smaku. Najlepiej smakuje po kilku godzinach, kiedy smaki dobrze się przegryzą.

Wpis dodaję do akcji Warzywa Strączkowe. Idealna akcja dla mnie – odkąd przestałam jeść mięso, nie wyobrażam sobie właściwie dnia bez warzyw strączkowych 🙂

Kremowe „pesto” z fasoli i prosta sałatka na lunch

Zwykły wpis

Bardzo lubię smak pesto. Mniej lubię to, że jego głównym składnikiem jest oliwa. Ja wiem, że dobre tłuszcze, witaminy itp. itd. Ale osobiście, jak jem np. makaron albo sałatkę z pesto, nie żałuję sobie sosu. Żałuję natomiast, kiedy pomyślę, że właśnie zjadłam np. 1/3 szklanki oliwy, czyli plus/minus (raczej plus ;)) 600 kcal samego sosu, a do tego jeszcze makaron. Nie jestem fanatyczką diet, która liczy kalorie w każdym kęsie i odlicza ziarenka ryżu, ale jednak zwracam uwagę na to co i ile jem. I owszem, czasem zjem bombę kaloryczną, ale staram się nie robić tego codziennie 😉

A ten sos, znaleziony na blogu Oh She Glows, to pesto, które można jeść codziennie, a nawet dwa razy dziennie, dopóki Wam się nie znudzi i nie mieć żadnych wyrzutów sumienia 🙂

Składniki

  • Szklanka ciasno upakowanych liści bazylii (u mnie to były prawie 3 krzaczki)
  • Puszka białej fasoli
  • 1 duży lyb 2 mniejsze ząbki czosnku
  • Sok z połowy cytryny
  • Sól do smaku

Przygotowanie

Czosnek przecisnąć przez praskę albo posiekać, fasolę odsączyć, wszystko zmiksować. Gotowe 🙂

Sos jest mocno czosnkowy, dosyć gęsty, więc nadaje się jako pasta do kanapek. Świetny jest też do makaronu (jak to pesto ;)). Można np. ugotować porcję pełnoziarnistego makaronu, odcedzić i wrzucić z powrotem do gorącego garnka. Do tego dodać dwie kopiaste łyżki sosu (ok. pół szklanki), wymieszać i dorzucić kilka pomidorków koktailowych przekrojonych na połówki. I mamy szybki, zdrowy, kolorowy obiad.

Dyniowy sos „serowy”

Zwykły wpis

Bardzo Wam polecam ten sos. Ma naprawdę serowy smak – gęsty, kremowy, po prostu niebo w gębie. Gdybym go sama nie robiła, dałabym sobie głowę uciąć, że jest na bazie sera. Otóż nie 🙂 Sos jest wegański, więc nie zawiera sera. Oprócz tego zawiera bardzo niewiele tłuszczu, jest bezglutenowy i może być „bezsojowy”, jeśli użyecie mleka innego niż sojowe.  Za to jest pełen witamin, minerałów i w ogóle samego dobra 🙂

Jest też bardzo uniwersalny. Świetny z makaronem – na zdjęciu mój jutrzejszy lunch, na razie w częściach 🙂 Razowe penne, gotowane brokuły i duuuużo sosu 🙂 Do podstawowej wersji można dodać trochę chili i ewentualnie posiekanych papryczek jalapeno i otrzymamy serowy dip do nachos albo do warzyw. Dobrze też się komponuje z odrobiną curry. Nie próbowałam go jeszcze na pizzy, ale właśnie przyszło mi to do głowy i musze niebawem nadrobić to niedopatrzenie 🙂 Przepis (z moimi lekkimi modyfikacjami) pochodzi z bloga Oh She Glows. Zajrzyjcie tam koniecznie. Przepisy są świetne, nigdy jeszcze się nie zawiodłam. Do tego przepiękne zdjęcia dla tych, którzy tak jak ja jedzą oczami, garść fajnych refleksji o życiu w ogóle i sporo  humoru 🙂

Składniki

  • 1/3 małej dyni (dynia w całości ważyła ok 1 kg)
  • szklanka mleka roślinnego (niesłodzonego)
  • 7 łyżek płatków drożdżowych
  • sól i pieprz do smaku
  • łyżka tahini
  • łyżeczka ostrej musztardy
  • odrobina granulowanego czosnku
  • 1,5 łyżki mielonego siemienia lnianego
  • szczypta kurkumy (opcjonalnie, to zależy od koloru dyni. Jeśli sos wyjdzie blady, można go w ten sposób podkolorować)

Przygotowanie

Dynię myjemy, obieramy, jeśli ma grubą skórę, wyjmujemy ze środka co trzeba, kroimy na nieduże kawałki. Na dno naczynia żaroodpornego nalewamy ok 1 cm wody, układamy kawałki dyni i pieczemy około 50 minut w 180 stopniach (może być dłużej, jak będzie za miękka to nie szkodzi, byle tylko nie spalić na węgiel ;)). Podgrzewamy mleko, dodajemy płatki drożdżowe, sól, pieprz, musztardę, tahini  i czosnek. Gotujemy przez chwilę, mieszając, aż wsystkie składniki się połączą. Następnie miksujemy w blenderze z upieczoną dynią na kremowy sos.  Dodajemy siemię lniane i jeszcze przez chwilkę miksujemy. Ewentualnie doprawiamy do smaku.  I gotowe 🙂 Spożywamy wedle uznania i fantazji: łyżką prosto z garnka ;), z makaronem i warzywami, jako dip z krakersami albo chipsami. Oblizujemy i mlaskamy się ze smakiem 🙂

***

Update: Jak na razie najlepsze danie z udziałem tego sosu powstało na bazie prepisu nr 3 w tym poście (sweet and savory quinoa). Ugotowałam niecałe pół szklanki quinoa w bulionie warzywnym. Po ugotowaniu wyszło około 1 szklanki. Dodałam ok. pół szklanki sosu, doprawiłam solą i pieprzem, wrzuciłam garść suszonej żurawiny i po kilka różnych orzechów: nerkówców, włoskich i migdałów. Wymieszałam z garścią posiekanej rukoli. Smakuje obłędnie, chociaż nie wygląda zbyt wyjściowo 😉 (to jeden z powodów, dla którego nie ma zdjęcia, drugi jest taki, że ten rarytas powstawał w środku nocu, celem zabrania do pracy na lunch). Zamiast quinoa można użyć kaszy jaglanej albo innej w miarę drobnej.

***

Jeśli brakuje Wam w diecie wegańskiej smaku sera, koniecznie spróbujcie płatków drożdżowych. Są to nieaktywne drożdże. Według Wikipedii hoduje się je przez 7 dni na mieszance melasy trzcinowej i buraczanej, potem płucze, suszy i voila, mamy płatki drożdżowe. Nazwa jest chyba dla zmylenia przeciwnika, bo płatki drożdżowe wcale nie wyglądają jak płatki. Jest to żółtawy proszek, który wygląda jak bułka tarta lub drobna kaszka. U nas trzeba się za nimi trochę nachodzić. Czasem są w sklepach ze zdrową żywnością. Można też kupić je przez internet, np tu.

Płatki drożdżowe mają smak i zapach przypominający ser, konkretnie to kojarzą mi się z parmezanem. Mają niewiele tłuszczu, za to dużo witamin z grupy B (uwaga – nie zawierają witaminy B12, chociaż niektóre marki są wzbogacane tą witaminą, ale to już trzeba sprawdzić na etykiecie) i białka (zawierają wszystkie aminokwasy egzogenne). Są też dobrym źródłem wielu mikroelementów, w tym żelaza i magnezu. Płatki drożdżowe rozpuszczają się w gorących płynach, więc świetnie nadają się do doprawiania zup czy sosów, którym nadają kremową konsystencję i serowy posmak. Fajnie sprawdzają się też jak „posypka” do sałatek czy makaronów. Według mnie, jeśli przepis mówi o tartym parmezanie, może spokojnie użyć w to miejsce płatków drożdżowych 🙂