Monthly Archives: Marzec 2013

Muffinki zielone jak nie wiem co

Zwykły wpis

zielone muffinki

Jak powracać do blogowania, to z przytupem 😉 Jak wspomniałam, miałam w planie muffinki – święto-Patrykowe, zielone, a jakże. Obiecałam koleżankom z pracy zielone ciasto i oto są, może nie ciasto, ale zielone na pewno 😉 Te muffinki nadają się dla każdego – wegańskie, bezglutenowe, bez mąki, z bardzo niewielkim dodatkiem syropu z agawy w charaktrze słodzika. Przy tym super sycące – jedna spokojnie starczy na drugie śniadanie. Jeśli nie lubicie szpinaku, warto się przełamać, bo naprawdę (naprawdę!) nie czuć jego smaku. Nawet moja ulubiona teściowa, którą niniejszym pozdrawiam, może o tym zaświadczyć – zawsze ma wielkie opory przed konsumpcją spzinaku, a twierdzi, że babeczki są naprawdę smaczne 🙂

Składniki (na 10 babeczek)

  • 2 kopiaste szklanki wiórków kokosowych
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • spora szczypta soli
  • 4 łyżki mielonego siemienia lnianego
  • 3/4 szklanki mleka (użyłam sojowego)
  • opakowanie (400g) mielonego mrożonego szpinaku
  • 1 dojrzały banan
  • czubata łyżka masła orzecchowego
  • 2-3 łyżki syropu z agawy (klonowego, miodu…)

Przygotowanie

Najpierw należy rozmrozić szpinak i dokładnie odcisnąć z niego wodę. Potem wiórki mielimy w blenderze, aż zaczną konsystencją przypominać kaszę manną. Mieszamy je z proszkiem do pieczenia i solą. Następnie miksujemy szpinak, banana, siemię lniane, mleko, masło orzechowe i syrop z agawy. Dodajemy do suchych składników i dokładnie mieszamy. Gdyby było za suche, można dodać jeszcze odrobinę mleka lub wody. Masa powinna być bardzo gęsta, ale nie powinna się kruszyć.

Przekładamy masę do foremek na muffinki, które można spokojnie wypełnić do samej góry a nawet powyżej, bo muffinki prawie nie rosną. Pieczemy 20-25 minut w 180 stopniach.

Smacznego 🙂

Przepis dodaję do akcji Zielono Mi

zielono4

Zielona zapiekanka na dzień św Patryka

Zwykły wpis

IMG_8473

Zgodnie z obietnicą powracam do bloga. Jest przepis i nie są to muffinki (choć muffinki też mam dziś w planie ;)). Zdjęcia będą może nieco mniej artystyczne, bo pieczołowite ustawianie sceny przy dwóch szalejących kotach nie należy do zadań łatwych 😉 Mimo to postaram się, żeby jedzenie nadal wyglądało na jadalne 😉 Dziś z okazji dnia piwa i zielonej koniczynki proponuję Wam zieloną zapiekankę warzywno-makaronową. Przepis jest prosty, dosyć szybki i dobrze znosi wszelkie modyfikacje, więc można bezproblemowo go dostosować do zawartości lodówki. Przy okazji pierwszy raz wykorzystałam kamionkowe naczynie ddo zapiekania, które przyniósł mi Mikołaj (tak, od świąt czekało w szafie, sorry Mikołaju ;)). Bardzo fajnie się sprawdziło, tym bardziej, że szczęśliwym trafem jest zielone 🙂

zapiekanka

Składniki (na 4 porcje)

  • 3 garście dowlonego krótkiego makaronu (ja użyłam pełnoziarnistych rurek)

warzywa

  • ok. 200 g pieczarek
  • 1 nieduża cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • większe pół cukinii
  • 2-3 garście świeżego szpinaku
  • sól do smaku (u mnie 2 spore szczypty)
  • ok. łyżki oliwy lub oleju do smażenia

sos

  • kubeczek jogurtu (150-200 ml, użyłam greckiego)
  • 4 małe jajka
  • 2 krzaczki bazylii (opcjonalnie)
  • szczypta granulowanego czosnku
  • szczypta soli

dodatkowo

  • ok. 100 g Waszego ulubionego sera – ja użyłam koziego, ale dobrze się sprawdzi też łagodny ser pleśniowy typu camembert albo, w klimacie irlandzkim, chedar.
  • odrobina oliwy do wysmarowania formy
  • ewentualnie kilka plasterków cukinii i sera do dekoracji

Przygotowanie

Na patelni rozgrzewamy olej. Cebulę drobno siekamy, czosnek przeciskamy przez praskę. Posmażamy cebulę przez kilka minut, aż zmięknie. Następnie dodajemy pokrojoną w półplasterki cukinię i obrane pokrojone w plasterki pieczarki. Solimy i smażymy ok 8-10 minut, aż grzyby i cukinia zmiękną. Na koniec dodajemy szpinak i smażymy tylko chwilkę, aż liście trochę oklapną.

Kiedy warzywa się smażą, gotujemy makaron mocno al dente, czyli jakieś 2 minuty krócej niż podaje przepis na opakowaniu. W osobnym naczyniu miksujemy jogurt, jajka i bazylię. Doprawiamy solą i czosnkiem do smaku.

Ser kroimy w niewielką kostkę lub trzemy na tarce na drobnych oczkach (zależnie od rodzaju sera ;)). Ugotowany i odcedzony makaron oraz ser dodajemy do usmażonych warzyw i mieszamy. Naczynie do zapiekania smarujemy oliwą i przekładamy do niego makaron z warzywami. Zalewamy sosem jogurtowo-jajecznym. Ewentualnie na wierzhu układamy kilka plasterków sera i cukinii.

Pieczemy ok. 40 minut w 175 stopniach. Ja mniej więcej w połowie przykryłam naczynię folią aluminiową, aby wierzch nie wysechł. Smacznego 🙂 A do picia ni mnij ni więcej tylko piwo czekoladowe 😉 Wynalazłam je ostatnio w supermarkecie i stwierdziłam, że będzie świetne do uczczenia dnia św. Patryka. Piwo piję sporadycznie, ale czekoladę uwielbiam. Zobaczymy, co wyszło z połączenia tych dwóch rzeczy. Trochę się chyba boję, ale do odważnych świat należy 😉

IMG_8486

Przepis dodaję do akcji Zielono Mi

zielono4

 

Czego właściwie chcę?

Zwykły wpis

kim jesteśmy

Obrazek znany chyba wszystkim, może trochę seksistowski, ale sama jestem kobietą, więc mi wolno 😉 Tym bardziej, że powyższe podejście chcę odnieść do siebie. Tak ostatnio wyglądało moje podejście do odżywniania, sportu i dużej cześci zycia w ogóle. Chcę zacząć to porządkować, małymi kroczkami do przodu. Tutaj będę się dzielić głównie aspektem dietetyczno-sportowym, ale jeśli uda mi się doprowadzić do dużych ogólnych zmian, na które mam nadzieję, to na pewno też się pochwalę.

Na początek powrót do sensownego jedzenia. Ostatnio moja dieta wołała o pomstę do nieba. Nie, nie żywiłam się w McDonaldzie, ale co drugi dzień zmieniałam zdanie co do tego, czy chcę być na diecie wegańskiej, czy może paleo. Biorąc pod uwagę, że są to właściwie przeciwne bieguny (weganizm – wiadomo, zero produktów zwierzęcych, paleo – dużo mięsa i ryb, warzyw i owoców, żadnych zbóż ani warzyw strączkowych), jadłam na przemian np tofu z kaszą jaglaną, a potem jajka z bekonem, czując się przy okazji winna z powodu tofu (kiedy akrat był dzień bekonu) lub z powodu bekonu (w dni wegańskie). Niestety nie żartuję, naprawdę tak właśnie ostatnio wyglądało moje podejście do odżywiania. W efekcie żołądek mi sięrozregulował tak, że ani tofu, ani bekon, ani prawie żadna opcja pośrednia mu nie pasowały… Nie mówiąc już o tym, że rozregulowała mi się głowa (która w temacie jedzenia nigdy nie była zbyt dobrze uregulowana ;)). Między inymi stąd brak wpisów na blogu.

Ale. Muszę przecież jeść, na litość faraona. Chciałabym jeść tak, aby nie szkodzić sobie, nie szkodzić przy tym (w miarę możliwości) zwierzętom i środowisku, nie utyć, mieć siłę trenować i widzeć tego efekty, nie poświęcać każdej wolnej chwili na myślenie o jedzeniu, nie przeżywać dwa dni wcześniej, czy w restauracji, do której wybieram się ze znajomymi, jest coś, co będę mogła zjeść, najchętniej innego niż frytki z colą?

No i chciałabym odnaleźc przyjemność z gotowania, która gdzieś się zagubiła. Znaleźć zaginioną w bojach żyłkę fotografa i dzielić się z Wami na blogu tym, co wypluje z siebie moja kuchnia 🙂

Dlatego postanowiłam, że będę jeść głównie wegetariańsko. Postaram się nawet w wiekszości wegańsko, ale kiedy np. będę jeść na mieście, prędzej zjem pizzę z serem niż spędzę dzień na studiowaniu menu pizzerii i zamartwianiu się, że jedyną wegańską opcją jest soso pomidoroy 😛 Dziś nawet jadę do rodziców na placki ziemniaczane. Mama zawsze robi je z jajkiem, a do tego podaje śmietanę. Nie jest to zdrowe według żadnych znanych mi kryteriów, ale nie jadłam ich już chyba z 5 lat i zamierzam się nimi cieszyć 🙂 Życzcie mi powodzenia 🙂

Twoja krew ratuje życie

Zwykły wpis

oddaj krew ;)(obrazek gdzieś wyguglowałam i mi się spodobał ;))

Niniejszym wykreślam z mojej listy punkty nr 8 i 10 🙂 Dzisiaj udało mi się dołączyć do szacownego grona honorowych krwiodawców. Była to druga próba – za pierwszym razem „pogonili” mnie ze stacji krwiodawstwa z powodu niewystarczających wyników morfologii. Tym razem się załapałam i rozpoczęłam dzien od pozbycia się 400 ml krwi. W nagrode dostałam chyba z 10 tabliczek czekolady, która bardzo smakowała moim współpracownikom 😉

Oddawałam krew w Stacji Kwriodawstwa i Krwiolecznictwa przy Nowogrodzkiej 59 w Warszawie. Stacja jest czynna w dni robocze od 7.00 do 13.00. Kiedy przyjechałam około 7.30, była juz spora kolejka chętnych do upuszczenia krwi. Na początek należy wypełnić kwestionariusz dla dawcy, w którym, oprócz danych osobowych, podaje się odpowiedzi na szereg pytań o przebyte choroby, zażywane leki, operacje itp. itd.

Następnie kwestionariusz wraz z dowodem osobistym idzie do rejestracji, a delikwent – na wstępne badanie. W ciągu kilku minut pani pielęgniarka pobiera krew (na razie w standardowej ilości kilku ml), robi ekspresową morfologię i mierzy temperaturę. Na tym etapie „odsiewane” są osoby ewidentnie chore (z gorączką),  z anemią czy innymi zaburzeniami hematologicznymi.  Szczęścliwcy z dobrą morfologią idą na badanie lekarskie (czyli pytanie „jak sie pani czuje” i mierzenie ciśnienia ;)).

Kolejny przystanek to „stacja wafelek i kawa”. Wafelek jest dla tych, którzy zapomnieli zjeść śniadania, chociaż zasadniczo oczywiście nie powinno sie przychodzić do oddania krwi na czczo. Kawa (lub herbata) jest obowiązkowa 🙂

Po konsumpcji przychodzi pora na cześć zasadniczą. Siada się na fotelu, który w razie potrzeby staje się leżanką i najpierw pani pielęgniarka pobiera trochę krwi do badań na wszelkie wirusy (HIV, żółtaczka i inne), a następnie około 400 ml do przetoczenia. Cała impreza trwa około 10 minut. Potem pani udziela instrukcji, że należy dużo jeść i pić oraz do końca dnia unikać wysiłku. Można zabrać dówód, przydziałową czekoladę i udać się w dalszą drogę zycia 😉

Jeżeli (odpukać) w testach na wirusy coś wyjdzie, stacja poinformuje o tym w ciągu miesiąca listem poleconym. Krwiodawcy przysługuje też dzień wolny od szkoły lub pracy i stosowne zaświadczenie można uzyskać w rejestracji.

I tyle. Godzina naszego czasu raz na miesiąc dla panów, raz na 3 miesiące dla pań. Dzień bez treningu i z lekko bolącą ręką. Być może dziwne samopoczucie przez jakiś czas (ja nie miałam ani przez chwilę zamiaru mdleć, ale mniej więcej godzine po całej akcji miałam tzw. lekką głowe, jakbym trochę wypiła). A komuś może to uratować zycie. A kto wie, może kiedyś ja też będę potrzebować czyjejś krwi (odpukać, oby nie, ale wypadki chodzą po ludziach).

Odhaczyłam kolejny punkt na swojej liście, ale myślę, że ta wizyta w cetrum krwiodawstwa była pierwsza, ale nie ostatnia.