Zielona zapiekanka na dzień św Patryka

Zwykły wpis

IMG_8473

Zgodnie z obietnicą powracam do bloga. Jest przepis i nie są to muffinki (choć muffinki też mam dziś w planie ;)). Zdjęcia będą może nieco mniej artystyczne, bo pieczołowite ustawianie sceny przy dwóch szalejących kotach nie należy do zadań łatwych 😉 Mimo to postaram się, żeby jedzenie nadal wyglądało na jadalne 😉 Dziś z okazji dnia piwa i zielonej koniczynki proponuję Wam zieloną zapiekankę warzywno-makaronową. Przepis jest prosty, dosyć szybki i dobrze znosi wszelkie modyfikacje, więc można bezproblemowo go dostosować do zawartości lodówki. Przy okazji pierwszy raz wykorzystałam kamionkowe naczynie ddo zapiekania, które przyniósł mi Mikołaj (tak, od świąt czekało w szafie, sorry Mikołaju ;)). Bardzo fajnie się sprawdziło, tym bardziej, że szczęśliwym trafem jest zielone 🙂

zapiekanka

Składniki (na 4 porcje)

  • 3 garście dowlonego krótkiego makaronu (ja użyłam pełnoziarnistych rurek)

warzywa

  • ok. 200 g pieczarek
  • 1 nieduża cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • większe pół cukinii
  • 2-3 garście świeżego szpinaku
  • sól do smaku (u mnie 2 spore szczypty)
  • ok. łyżki oliwy lub oleju do smażenia

sos

  • kubeczek jogurtu (150-200 ml, użyłam greckiego)
  • 4 małe jajka
  • 2 krzaczki bazylii (opcjonalnie)
  • szczypta granulowanego czosnku
  • szczypta soli

dodatkowo

  • ok. 100 g Waszego ulubionego sera – ja użyłam koziego, ale dobrze się sprawdzi też łagodny ser pleśniowy typu camembert albo, w klimacie irlandzkim, chedar.
  • odrobina oliwy do wysmarowania formy
  • ewentualnie kilka plasterków cukinii i sera do dekoracji

Przygotowanie

Na patelni rozgrzewamy olej. Cebulę drobno siekamy, czosnek przeciskamy przez praskę. Posmażamy cebulę przez kilka minut, aż zmięknie. Następnie dodajemy pokrojoną w półplasterki cukinię i obrane pokrojone w plasterki pieczarki. Solimy i smażymy ok 8-10 minut, aż grzyby i cukinia zmiękną. Na koniec dodajemy szpinak i smażymy tylko chwilkę, aż liście trochę oklapną.

Kiedy warzywa się smażą, gotujemy makaron mocno al dente, czyli jakieś 2 minuty krócej niż podaje przepis na opakowaniu. W osobnym naczyniu miksujemy jogurt, jajka i bazylię. Doprawiamy solą i czosnkiem do smaku.

Ser kroimy w niewielką kostkę lub trzemy na tarce na drobnych oczkach (zależnie od rodzaju sera ;)). Ugotowany i odcedzony makaron oraz ser dodajemy do usmażonych warzyw i mieszamy. Naczynie do zapiekania smarujemy oliwą i przekładamy do niego makaron z warzywami. Zalewamy sosem jogurtowo-jajecznym. Ewentualnie na wierzhu układamy kilka plasterków sera i cukinii.

Pieczemy ok. 40 minut w 175 stopniach. Ja mniej więcej w połowie przykryłam naczynię folią aluminiową, aby wierzch nie wysechł. Smacznego 🙂 A do picia ni mnij ni więcej tylko piwo czekoladowe 😉 Wynalazłam je ostatnio w supermarkecie i stwierdziłam, że będzie świetne do uczczenia dnia św. Patryka. Piwo piję sporadycznie, ale czekoladę uwielbiam. Zobaczymy, co wyszło z połączenia tych dwóch rzeczy. Trochę się chyba boję, ale do odważnych świat należy 😉

IMG_8486

Przepis dodaję do akcji Zielono Mi

zielono4

 

Czego właściwie chcę?

Zwykły wpis

kim jesteśmy

Obrazek znany chyba wszystkim, może trochę seksistowski, ale sama jestem kobietą, więc mi wolno 😉 Tym bardziej, że powyższe podejście chcę odnieść do siebie. Tak ostatnio wyglądało moje podejście do odżywniania, sportu i dużej cześci zycia w ogóle. Chcę zacząć to porządkować, małymi kroczkami do przodu. Tutaj będę się dzielić głównie aspektem dietetyczno-sportowym, ale jeśli uda mi się doprowadzić do dużych ogólnych zmian, na które mam nadzieję, to na pewno też się pochwalę.

Na początek powrót do sensownego jedzenia. Ostatnio moja dieta wołała o pomstę do nieba. Nie, nie żywiłam się w McDonaldzie, ale co drugi dzień zmieniałam zdanie co do tego, czy chcę być na diecie wegańskiej, czy może paleo. Biorąc pod uwagę, że są to właściwie przeciwne bieguny (weganizm – wiadomo, zero produktów zwierzęcych, paleo – dużo mięsa i ryb, warzyw i owoców, żadnych zbóż ani warzyw strączkowych), jadłam na przemian np tofu z kaszą jaglaną, a potem jajka z bekonem, czując się przy okazji winna z powodu tofu (kiedy akrat był dzień bekonu) lub z powodu bekonu (w dni wegańskie). Niestety nie żartuję, naprawdę tak właśnie ostatnio wyglądało moje podejście do odżywiania. W efekcie żołądek mi sięrozregulował tak, że ani tofu, ani bekon, ani prawie żadna opcja pośrednia mu nie pasowały… Nie mówiąc już o tym, że rozregulowała mi się głowa (która w temacie jedzenia nigdy nie była zbyt dobrze uregulowana ;)). Między inymi stąd brak wpisów na blogu.

Ale. Muszę przecież jeść, na litość faraona. Chciałabym jeść tak, aby nie szkodzić sobie, nie szkodzić przy tym (w miarę możliwości) zwierzętom i środowisku, nie utyć, mieć siłę trenować i widzeć tego efekty, nie poświęcać każdej wolnej chwili na myślenie o jedzeniu, nie przeżywać dwa dni wcześniej, czy w restauracji, do której wybieram się ze znajomymi, jest coś, co będę mogła zjeść, najchętniej innego niż frytki z colą?

No i chciałabym odnaleźc przyjemność z gotowania, która gdzieś się zagubiła. Znaleźć zaginioną w bojach żyłkę fotografa i dzielić się z Wami na blogu tym, co wypluje z siebie moja kuchnia 🙂

Dlatego postanowiłam, że będę jeść głównie wegetariańsko. Postaram się nawet w wiekszości wegańsko, ale kiedy np. będę jeść na mieście, prędzej zjem pizzę z serem niż spędzę dzień na studiowaniu menu pizzerii i zamartwianiu się, że jedyną wegańską opcją jest soso pomidoroy 😛 Dziś nawet jadę do rodziców na placki ziemniaczane. Mama zawsze robi je z jajkiem, a do tego podaje śmietanę. Nie jest to zdrowe według żadnych znanych mi kryteriów, ale nie jadłam ich już chyba z 5 lat i zamierzam się nimi cieszyć 🙂 Życzcie mi powodzenia 🙂

Twoja krew ratuje życie

Zwykły wpis

oddaj krew ;)(obrazek gdzieś wyguglowałam i mi się spodobał ;))

Niniejszym wykreślam z mojej listy punkty nr 8 i 10 🙂 Dzisiaj udało mi się dołączyć do szacownego grona honorowych krwiodawców. Była to druga próba – za pierwszym razem „pogonili” mnie ze stacji krwiodawstwa z powodu niewystarczających wyników morfologii. Tym razem się załapałam i rozpoczęłam dzien od pozbycia się 400 ml krwi. W nagrode dostałam chyba z 10 tabliczek czekolady, która bardzo smakowała moim współpracownikom 😉

Oddawałam krew w Stacji Kwriodawstwa i Krwiolecznictwa przy Nowogrodzkiej 59 w Warszawie. Stacja jest czynna w dni robocze od 7.00 do 13.00. Kiedy przyjechałam około 7.30, była juz spora kolejka chętnych do upuszczenia krwi. Na początek należy wypełnić kwestionariusz dla dawcy, w którym, oprócz danych osobowych, podaje się odpowiedzi na szereg pytań o przebyte choroby, zażywane leki, operacje itp. itd.

Następnie kwestionariusz wraz z dowodem osobistym idzie do rejestracji, a delikwent – na wstępne badanie. W ciągu kilku minut pani pielęgniarka pobiera krew (na razie w standardowej ilości kilku ml), robi ekspresową morfologię i mierzy temperaturę. Na tym etapie „odsiewane” są osoby ewidentnie chore (z gorączką),  z anemią czy innymi zaburzeniami hematologicznymi.  Szczęścliwcy z dobrą morfologią idą na badanie lekarskie (czyli pytanie „jak sie pani czuje” i mierzenie ciśnienia ;)).

Kolejny przystanek to „stacja wafelek i kawa”. Wafelek jest dla tych, którzy zapomnieli zjeść śniadania, chociaż zasadniczo oczywiście nie powinno sie przychodzić do oddania krwi na czczo. Kawa (lub herbata) jest obowiązkowa 🙂

Po konsumpcji przychodzi pora na cześć zasadniczą. Siada się na fotelu, który w razie potrzeby staje się leżanką i najpierw pani pielęgniarka pobiera trochę krwi do badań na wszelkie wirusy (HIV, żółtaczka i inne), a następnie około 400 ml do przetoczenia. Cała impreza trwa około 10 minut. Potem pani udziela instrukcji, że należy dużo jeść i pić oraz do końca dnia unikać wysiłku. Można zabrać dówód, przydziałową czekoladę i udać się w dalszą drogę zycia 😉

Jeżeli (odpukać) w testach na wirusy coś wyjdzie, stacja poinformuje o tym w ciągu miesiąca listem poleconym. Krwiodawcy przysługuje też dzień wolny od szkoły lub pracy i stosowne zaświadczenie można uzyskać w rejestracji.

I tyle. Godzina naszego czasu raz na miesiąc dla panów, raz na 3 miesiące dla pań. Dzień bez treningu i z lekko bolącą ręką. Być może dziwne samopoczucie przez jakiś czas (ja nie miałam ani przez chwilę zamiaru mdleć, ale mniej więcej godzine po całej akcji miałam tzw. lekką głowe, jakbym trochę wypiła). A komuś może to uratować zycie. A kto wie, może kiedyś ja też będę potrzebować czyjejś krwi (odpukać, oby nie, ale wypadki chodzą po ludziach).

Odhaczyłam kolejny punkt na swojej liście, ale myślę, że ta wizyta w cetrum krwiodawstwa była pierwsza, ale nie ostatnia.

Do przemyślenia

Zwykły wpis

Dziś znów będzie post nieprzepisowy 😉

Miałam zilustrować go jakimś standardowym obrazkiem słodkiego prosiaczka w zestawieniu ze sceną z rzeźni tudzież zdjęciem schabowego, ale sobie daruję. Chodzi o to, że pomimo iż ostatnimi czasy jadłam wszystko, czyli m. in. mięso, ryby i jajka, cały czas mam w tyle głowy weganizm jako jedyną słuszną moralnie opcję odżywania się i życia w ogóle. Nie wydaje mi się, żeby zwierzęta były na tym świecie po to, by być naszymi kotletami i materiałem na torebki tudzież kożuchy. Wydaje mi się to hipokryzją (tak!), że ubóstwiam, głaszczę, rozpieszczam, karmię, leczę itp. moje koty, a na obiad konsumuję kawałek świni, która wedle wszelkichdowodów naukowych była zdecydowanie bardziej inteligentna niż rzeczone koty, a żeby wylądować na moim talerzu, musiała swoje krótkie życie sędzić w fatalnych warunkach.

Ostatnio znalazłam taką oto tabelkę, która dała mi bardzo do myślenia. Szczerze mówiąc, nawet bardziej niż makabryczne zdjęcia i filmy z rzeźni.

  Czas życia (dni) Produkcja Cierpienie
Wołowina 600 340 kg 22,5 godz/kg
Drób 48 2 kg 24 dni/kg
Wieprzowina 250 90 kg 2,8 dnia/kg
Jajka 1000 800  jajek 1,25 dnia/jajko
Mleko 1500 3000 l 0,5 dnia/litr

Tabelka nie jest mojego autorstwa. Pochodzi z bloga The Vegan Skeptic. Ja tylko sprawdziłam, czy dane sa mniej więcej zbliżone do rzeczywistości (są) i przeliczyłam je z funtów i galonów na kilogramy i litry. Dane dotyczą chowu zwierząt na fermach przemysłowych.

Wiele osób mówi, że nie potrafiłoby zupełnie zrezygnować z mięsa albo utrzymuje, że białko zwierzęce jest niezbędne dla zdrowia. W zupełności rozumiem, że nie każdy jest w stanie z dnia na dzień przejść na weganizm albo nawet wegetarianizm, ale może warto się zastanowić, czy nie byłoby lepiej dla wszystkich stworzeń (w tym nas i naszego zdrowia), żeby zamiast codziennie jeść parówkę, która zawiera 30% mięsa a resztę niewiadomoczego, pasztet podlaski, który pewnie nawet do tych 30% nie sięga, kurczaka z fermy i jajka z klatek, zainwestować kilka razy w tygodniu w posiłek z ekologicznego mięsa zwierząt hodowanych w godziwych warunkach. Zgoda, te zwierzęta nadal musiały zostać zabite, aby stać się kotletem, ale przynajmniej zanim to nastąpiło, miały okazję pochodzić po trawie i zobaczyć słońce. Moim zdaniem to zawsze coś. Z własnego doświadczenia mogę też powiedzieć, że mięso „szczęśliwych” kur jest o niebo smaczniejsze.

Co do mnie, cały czas zastanawiam się nad odejściem od produktów zwierzęcych w diecie i w miarę możliwości w innych sferach życia. Mam jednak kilka problemów, które muszę sobie przepracować, przemyśleć prioryteyty, dojść do tego, co dla mnie działa, a co niekoniecznie…

  • Zdrowie, czyli jak to zrobić, żeby nie nabawić się żadnych niedoborów, anemii itp., żeby mi nie wypadły włosy i nie połamały się paznokcie… Wiem, że się da, ale, jak już kiedyś pisałam, wydawało mi się, że będąc weganką, komponowałam swoje posiłki sensownie. Starałam się, aby były urozmaicone, nie żyłam na parówkach sojowych, a mimo to czułam się czasem słabo, a „akcja weganizm” szczególnie odbiła się na moich włosach, z którymi dopiero niedawno doszłam do ładu.
  • Sport. Dużo trenuję, między innymi podnoszenie ciężarów. Na olimpiadę się nie wybieram, ale chciałabym w tym aspekcie się rozwijać, a to wymaga między innymi odpowiedniej diety. To nieszczęsne białko naprawdę ma znaczenie przy budowaniu siły i masy mięśniowej. Cały czas o tym czytam i dokształcam się. Jeśli ktoś z Was zna jakieś fajne strony czy książki na ten temat, to będe wdzięczna za podzielenie się
  • Uroda. Mam bardzo problematyczną cerę. Od okresu dojrzewania, który dawno mam za sobą, walczę z trądzikiem. Do tej pory żadne kosmetyki, a w szczególności żadne naturalne metody nie pomogły w 100%. Jeżeli już, to pewną poprawę przynosiły kosmetyki apteczne, które z pewnością nie są wegańskie. Może jestem próżna, ale wolałabym, żeby moja skóra nie wyglądała jak pasztet 😉 W tym temacie znalazłam jednak sztuczkę, którą w tej chwili testuję i – odpukać – chyba działa. Muszę ją sprawdzić przez dłuższy czas, zanim napiszę o efektach.
  • Koty. No właśnie. Mam dwa koty. Koty są drapieżnikami. Nie mam zamiaru próbować przestawiać moich kotów na weganizm. Wiem, że są roślinne karmy dla kotów, oparte głównie na kukurydzy, ale uważam, że to wbrew naturze. To tak jakbym dla swojego widzimisię zaczęła moje świnki morske karmić kiełbasą… No więc mój dom nigdy nie będzie w pełni wegański, a nawet wegetariański. Abstrahując już od mojego męża, który też raczej wege nie zostanie.

No. To tyle. Życzę Wam miłej soboty i owocnych przemyśleń i spadam gotować ciecierzycę 😉

W końcu przepis – kokosowe muffinki dyniowe

Zwykły wpis

IMGP9151

Zgodnie z obietnicą, wreszcie pojawia się przepis 🙂 Na słodko oczywiście, bo na moje nieszczęście jestem słodyczożercą, z czym staram się walczyć, ale raczej nieskutecznie 😉 Sezon na dynię dobiega już zdecydowanie końca, ale udało mi się jeszcze złapać dwa spore kawałki, które po odsiedzeniu stosownego czasu w lodówce doczekały się wreszcie swoich 5 minut 🙂 Dzisiaj mam dla Was muffinki – bezglutenowe i bezmleczne, niestety nie wegańskie, bo zawierają jajka, ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Jeśli ktoś spróbuje upiec je, używając zamiennika jejak, np. siemienia lnianego, dajcie znać, jak wyszło, ale obawiam się, że akurat w tym przypadku może się nie udać, bo muffinki zamiast zwykłej mąki zawierają znacznie grubszą „mąkę” kokosową, więc siła spulchniająca jajek chyba się tutaj przydaje.

Odnośnie diety bezglutenowej, myślę, że wkrótce popełnię post na ten temat, bo ostatnio sporo o tym czytam, i dowiaduję się ciekawych rzeczy, ale ponieważ nie mam dzisiaj czasu na pisanie wielkiej epistoły, przejdźmy do meritum, czyli muffinek 🙂

Inspiracją dla nich był ten przepis. W oryginale przewidziana jest mąka migdałowa. U nas nie widziałam takiego czegoś w sprzedaży, więc czasem używam do pieczenia różnych rzeczy zmielonych migdałów lub orzechów (kupuję już zmielone, szczególnie przed świętami można łatwo znaleźć migdały/orzechy tarte, a w niektórych sklepach, np. w Piotrze i Pawle, są w ciągłej sprzedaży). Tym razem jednak nie miałam ich w domu, sklep był już zamknięty, a z resztą i tak nie chciało mi się wychodzić, a tu rodzice zapowiedzieli się na obiad, więc musiałam zacząć od rzeczy najważniejszej, czyli deseru 😉 Przypomniało mi się, że wiele bezglutenowych przepisów na ciasta, babeczki itp. wykorzystuje mąkę kokosową, która to jest u nas do kupienia, aczkolwiek cena przyprawiła o zawał nawet mnie, a ja czasem potrafię sporo zainwestować w ciekawostki kulinarne. No i oczywiście mąki kokosowej w cenie 50 zł za kilogram też nie miałam w domu 😉 Miałam za to wiórki kokosowe, więc wykazałam się kreatywnością i pomyślałam, że skoro często pojawia się w przepisach mąka owsiana zrobiona z płatków zmielonych w blenderze, to czemu nie mąka kokosowa ze zmielonych wiórków? Jak pomyślałam, tak też zrobiłam, a efekt końcowy jest fajny 🙂 Babeczki są wilgotne i dosyć ciężkie, takie jak lubię – jakoś nigdy nie przepadałam za pieczywem typu „pieczone powietrze” 😉 Razowiec jest u mnie zdecydowanie ponad bagietką, a ciężkie od bakalii ciastka owsiane biją na głowę leciutkie bułeczki 😉

IMGP9145A zatem przepis

Składniki (na 10 średnich muffinek)

  • 2 szklanki wiórków kokosowych, im drobniejszych, tym lepiej
  • 3 duże jajka
  • 1 szklanka puree z dyni (ja po prostu pieczoną dynię zmiksowałam mniej więcej z 3 łyżkami wody)
  • szczypta soli
  • łyżeczka cynamonu
  • szczypta gałki muszkatałowej (opcjonalnie)
  • czubata łyżeczka proszku do pieczenia
  • 2-3 łyżki miodu (u mnie 2 czubate, ale miód był gęsty, więc łatwo dało się nabrać „z czubem”)
  • 2 łyżki masła orzechowego (użyłam migdałowego)
  • opcjonalnie garść rodzynek, orzechów (najlepiej chyba włoskich), pestek dyni (u mnie) albo kawałków czekolady

Przygotowanie

Najpierw z wiórków kokosowych robimy makę. Wsypujemy je do blendera i miksujemy na wysokich obrotach około 2 minuty. Nie będzie to mąka sensu stricte, ale wiórki powinny być rozgrobnione na proszek i zaczynać się troszeczkę sklejać. Jeśli macie w domu mielone siemię lniane, to jest mniej więcej ta konsystencja. Do mąki kokosowej dodajemy cynamon, gałkę muszkatałową, sól i proszek do pieczenia i mieszamy. Osobno miksujemy jajka, dynię, miód i masło orzechowe. Następnie mokre składniki wlewamy do suchych i mieszamy do połączenia. Dodajemy orzechy, pestki itp. Przekładamy masę do foremek, które można wypełnić prawie do końca, bo babeczki urosną tylko trochę. Pieczemy 25 minut w 175 stopniach.

Smacznego 🙂

IMGP9158

IMGP9141

Wbrew pozorom nadal żyję ;-)

Zwykły wpis

Witajcie 🙂

Dłuuuugo tutaj nie zaglądałam, a raczej zaglądałam, ale nie pisałam. W moim życiu dużo się ostatnio działo – tych bardzo fajnych i bardzo niefajnych rzeczy. Ostatnie 4 miesiące jakoś mi umknęły. W zasadzie przegapiłam święta, na które co roku czekam z utęsknieniem. W tym roku były trudne, bo niestety był to czas pożegnania z moją Babcią – była już bardzo chora, wszyscy spodziewali się, że niedługo od nas odejdzie i tak się stało. Na szczęście święta udało nam się jeszcze spędzić razem w domu moich rodziców. Kilka tygodni później Babcia odeszła – wierzę, że do lepszego świata…

Z przyjemniejszych rzeczy, nasza dwójka bez sternika wzbogaciła się o dwóch nowych członków załogi – Toperza i Zołzę – dwa sfinksy kanadyjskie, które od kilku miesięcy nie pozwalają mi się nudzić 🙂 Kiedy biegają, cały dom się trzęsie – nie sądziłam, że koty mogą narobić tyle hałasu. Mruczą, miauczą, bawią się, gryzą się, chorują, wykopują kwiatki z doniczek, wypijają mi kawę i… skutecznie utrudniają fotografowanie jedzenia, albowiem zachodzi prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że jedzenie zostanie w trybie natychmiastowym skonsumowane przez czworonoga, nawet jeśli jest to pieczona brukselka albo kiszona kapusta 😛 Gdyby jakimś cudem jedzenie nie padło ofiarą drapieżnika, to pewnie zostanie nią aparat – jak wiadomo dziwne gadżety z dyndającymi paskami są super ciekawe, trzeba je obwąchać, oblizać, a najlepiej zrzucić na podłogę 😉

Oczywiście muszę się Wam pochwalić moimi „dzieciakami”, ale moje osobiste talenty fotograficzne ograniczają się do sytuacji, w których obiekt nie ucieka, nie próbuje wydrapać mi oczu ani zjeść aparatu 😉 Tak więc przestawiam Toperza i Zołzę na fotkach autorstwa mojego małżonka oraz pani Ilony Szczygieł z hodowli Al Kaszmir*PL

ToperzToperz zwany ostatnio Dużym

zołzaZołza zwana czasem Królewną lub Ryśką (ale najczęściej jednak Zołzą ;))

Teraz, kiedy emocje rodzinne i kurz wzniesiony przez koty nieco opadły, postanowiłam wrócić do blogowania. Lubię czytać, co innym w duszy i w kuchni gra, więc czułam się trochę winna, że zaniedbałam ten mój kącik w sieci. Jutro (może pojutrze ;)) pojawi się pierwszy od długiego czasu przepis (razem z odrobiną wynurzeń ;)). Postaram się pojawiać się tutaj w miarę regularnie, a w razie gdyby koty zjadły nowe przepisy, podzielę się od czasu do czasu przemyśleniami na tematy różne 🙂

Pozdrawiam wszystkich, którzy jeszcze tu zaglądają 🙂

Burgery orzechowe

Zwykły wpis

 

Po delikatnym blogowym kryzysie wreszcie udało mi się wyprodukować i sfotografować fajny przepis 🙂 Jezdem z siebie dumna, zwłaszcza, że wczoraj miałam jakiś dzień niemocy – może z powodu treningu, może przez pogodę, nie wiem, ale faktem jest, że jedyne ne co miałam ochotę to spanie. Wykrzesałam jednak trochę energii i popełniłam orzechowe burgery. Kiedyś już robiłam podobne z przepisu Ireny i Andrzeja, a tym razem inspirowałam się przepisem Nutty Veggie Burgers z książki Let Them Eat Vegan! Książka jest naprawdę fajna i jeśli szukacie np. prezentu na gwiazdkę dla roślinożercy, to jest to dobra opcja 🙂

Burgery też są fajne – przede wszystkim nie rozwalają się przy smażeniu, co uważam za wielką zaletę, bo znakomita wiekszość wege kotletów, jeśli nawet da się przewrócić na drugą stronę na patelni, to przy przekładaniu z patelni na talerz już na bank się rozpadnie. Tu nie ma tego problemu. Kotlety są bardzo smaczne, zwłaszcza dla wielbicieli orzechów, do których niżej podpisana się zalicza. Poza tym podobno są dziecioprzyjazne 😉 Nie mam dzieci, na których mogłabym to sprawdzić, ale autorka książki ma trójkę i tak twierdzi, więc pewnie tak jest 😉 Dla mnie może odrobinkę zbyt łagodne, więc polecam do nich jakiś pikantny sos. Ja jadłam z cebulą i ostrą salsą.

Składniki (na 5 średnich kotletów)

  • ok. 1 szklanki migdałów
  • ok 2/3 szklanki orzechów włoskich
  • duży ząbek czosnku
  • trochę ponad pół szklanki płatków owsianych
  • duża marchewka
  • łyżka ketchupu
  • pół łyżeczki soli
  • 2 łyżki płatków drożdżowych (jeśli nie macie, chyba spokojnie można pominąć)
  • ok. łyżki posiekanej świeżej szałwii (myślę, że dobrze by pasował też świeży lub suszony rozmaryn albo tymianek)
  • olej do smażenia

Przygotowanie

Ząbek czosnku kroimy na kilka kawałków. W robocie kuchennym rozdrabniamy migdały i orzechy razem z czosnkiem, solą, płatkami drożdżowymi i szałwią (lub innymi ziołami). Dodajemy startą na drobnej tarce marchewkę, ketchup i płatki owsiane. Miksujemy, aż masa stanie się zwarta i zacznie się sklejać. Formujemy kotleciki. Na patelni rozgrzewamy niewielką ilość oleju i smażymy 5-7 minut an jednej stronie, a potem 3-4 minuty na drugiej. Podajemy np z bułką, warzywami i ketchupem, musztardą, majonezem itp. dodatkami fastfoodowymi, albo z sałatką.

Smacznego 🙂