Category Archives: kolacje

Zapiekanka z kalafiora i łososia z orzechami

Zwykły wpis

Z wczorajszego rodzinnego obiadu wyszłam jak zwykle z wałówką na wynos 🙂 Też tak macie po wizytach u rodziców? Teraz, kiedy mój brat też się ożenił i mieszka osobno, mama szykuje porcje dla pułku wojska i obdziela nas zapasem jedzenia na tydzień. Nie to, żebym narzekała 😉 W skład prowiantu wchodził między innymi kawałek pieczonego łososia. Uwielbiam łososia w każdej postaci – od surowego w sushi, przez wędzonego, grillowanego, pieczonego. Łosoś jest mniam i tyle 🙂

Z kawałka od mamy zrobiłam dziś fajną zapiekanę, albo może pasztet, zaelży od punktu widzenia 🙂 Ma ciekawy łagodny smak, dobrze się sprawdza zarówno na ciepło jak i na zimno, chociaż na zimno łatwiej go pokroić. Aby trochę zaostrzyć smak, zrobiłam dressing koperkowy z tahini, bardzo ciekawy, chociaż ma specyficzny wyrazisty smak, więc pewnie nie każdemu będzie pasował. Można też przygotować sos na bazie jogurtu lub majonezu z dodtakiem koperku i może chrzanu… Albo po prostu skropić zapiekankę dodatkowym sokiem z cytryny.

Składniki (na 4 porcje)

  • ok. 200g pieczonego łososia
  • 2/3 niedużego kalafiora
  • 100g mielonych orzechów włoskich (można zmielić w blenderze)
  • mała cebulka
  • 2-3 ząbki czosnku
  • 1 duże jajko
  • sok z połowy cytryny
  • sól i piwprz do smaku
  • łyżka tłuszczu do smażenia
  • opcjonalnie kilka platerków cytryny do dekoracji

sos

  • 3 łyżki tahini
  • pęczek koperku
  • duża szczypta soli
  • sok z połowy cytryny
  • kilka łyżek wody

Przygotowanie

Kalafiora gotujemy w osolonej wodzie do miękkości (jakieś 10-12 minut). Na patelni rozgrzewamy tłuszcz i podsmażamy posiekaną cebulę i przeciśnięty przez praskę czosnek do lekkiego zrumienienia. Wszystkie składnii miksujemy na jednolitą (mniej więcej) masę. W razie potrzeby doprawiamy do smaku. Przekładamy do naczynia żaroodpornego, na wierzchu można ułożyć plasterki cytryny. Pieczemy 30-35 minut w 180 stopniach.

Aby przygotować sos, wszystkie składniki miksujemy i gotowe 🙂

Smacznego 🙂

Reklamy

Wątróbkowe fantazje – pikantne muffiny z wątróbką

Zwykły wpis

Zdaję sobie sprawę, że wątróbka to coś, czego wiele osób nie weźmie do ust. Niektórzy nawet nie próbowali, ale sama myśl o zjedzeniu zwierzęcych narządów wewnętrznych przyprawia ich o dreszcze. No cóż, z jednej strony rozumiem te osoby, ale z drugiej – nie wiedzą, co tracą 😉 Osobiście jako dziecko nienawidziłam wątróbki (chyba większość dzieci tak ma). Do dziś pamiętam, jak płakałam w przedszkolu nad obiadem składającym się z wątróbki właśnie oraz szpinaku o smaku trawy z przedszkolnego podwórka. Zachodzę w głowę, jaki sadystyczny odruch powodował przedszkolnym personelem, biorąc pod uwagę, że 90% dzieci na samą myśl o tym cudownym zestawie miało odruch wymiotny 😛

Jak łatwo się domyślić, po szczęśliwym zakończeniu kariery przedszkolnej na wątróbkę ani szpinak nie chciałam nawet patrzeć, ale w którymś momencie to się zmieniło i teraz obie te rzeczy uwielbiam. Ale o ile szpinak zazwyczaj gości w mojej lodówce i kilka razy w tygodniu ląduje na talerzu, o tyle wątróbki nigdy wcześniej sama nie przygotowywałam. Nie wiem czemu, wydawało mi się to skomplikowane… Ale ci z Was, którzy mają konto na durszlaku, dostają czasem maile z hasłem „Akcje to inspiracje” – no więc moją inspiracją stała się akcja Wątróbkowe Fantazje, która trwa już od jakiegoś czasu. Zmotywowana, kupiłam kilo wątróbek i… wrzuciłam je do zamrażaki i myślałam długo i intensywnie, co by z nich zrobić 😉 Wiadomo, można usmażyć z cebulką, jak robi to moja babcia, ale po pierwsze pomysł średnio oryginalny a po drugie (uwaga, tu uaktywniła się bloggerka ;)) brązowe wątróbki o kształcie… hmm… bliżej nieokreślonym z brązową smażoną cebulą są niespecjalnie fotogeniczne 😉 Na pewno są osoby, które nawet wątróbce zrobiłyby przepiękne zdjęcia, ale ja się niestety do nich (jeszcze) nie zaliczam.

Tak więc po burzy mózgu wpadłam na pomysł inspirowany tym przepisem. Spodobało mi się połączenie wątróbki i słodkich ziemniaków. Resztę wykombinowałam już sama na bieżąco. Efekt jest naprawdę świetny – muffinki są delikatne, prawie kremowe i bardzo sycące. Przepyszne 🙂

Składniki (na 6 muffinek)

  • ok. 300 g wątróbek drobiowych
  • ok. łyżka tłuszczu do smażenia (u mnie masło klarowane)
  • jeden średni słodki ziemniak
  • jedno jajko
  • 3-4 łyżki mielonego siemienia lnianego
  • 2 szczypty soli (do smaku)
  • 2 szczypty gałki muszkatałowej (również do smaku)
  • szczypta pieprzu (do smaku, a jakże ;))

Przygotowanie

Wątróbki myjemy i odsączamy. Na patelni rozgrzewamy tłuszcz i na raczej większym niż mniejszym ogniu smażymy wątróbki z obu stron do zrumienienia, przewracając w międzyczasie kilka razy. U mnie trwało to ok. 8 minut.

W tym czasie słodkiego ziemniaka gotujemy w mikrofalówce. Nakłuwamy skórkę widelcem w kilku miejscach, kładziemy ziemniaka na papierowym ręczniku i grzejemy ok. 6 minut na najwyższej mocy, obracając raz w połowie podgrzewania. Zostawiamy na kilka minut. Po tym zabiegu ziemniak powininen być miękki (tzn. miękki w dotyku, nie że uda się w niego wbić widelec). Jeśli tak nie jest, można podgrzać go jeszcze minutę lub dwie. Oczywiście jeśli nie macie mikrofali, ziemniaka można upiec w piekarniku, ale raczej trzeba to zrobić dzień wcześniej, bo pieczenie zajmuje około godziny.

A tymczasem wątróbki się przypaliły… yyy… to znaczy usmażyły 😉 Po lekkim przestudzeniu kroimy je na nieduże kawałki i wrzucamy do blendera. To samo robimy ze słodkim ziemniakiem (oczywiście najpierw zdejmujemy skórkę). Dodajemy jajko, siemię lniane i przyprawy i miksujemy na kremową masę. Ewentualnie doprawiamy do smaku. Przekładamy do foremek na muffinki i pieczemy 25 minut w 180 stopniach. Podajemy z delikatną sałatką (nawet sama mieszanka sałat z oliwą będzie dobra) albo z pieczonymi szparagami (sezon się kończy, trzeba korzystać :))

Smacznego 🙂

Przepis dodaję do akcji Wątróbkowe Fantazje

Omlet curry z jabłkami i cukinią

Zwykły wpis

Dawno mnie tu nie było… Jeden powód jest taki, że żyję w permanentnym niedoczasie i jak już coś ugotuje, to nie mam czasu tego fotografować, obrabiać zdjęć itd. A poza tym, odkąd zrobiło się ciepło, żyję głównie na sałatkach. Zdrowych, „konkretnych” i pożywnych, ale powstających na zasadzie wygarniania z lodówki tego, co najdłużej tam siedzi 😉

W sumie ten omlet też powstał w ten sposób, ale tak mi posmakował, że postanowiłam zrobić go jeszcze raz i pstryknąć zdjęcie, żeby się z Wami podzielić. Jest łagodny w smaku, słodko-wytrwany, sycący, ale nie zapycha na amen. Dobry, spróbujcie 🙂

Składniki (na 1 porcję)

  • 2 jajka
  • kawałek cukinii (ok. 6-7 cm)
  • pół średniego jabłka
  • łyżeczka łagodnego curry
  • szczypta soli
  • szczypta cynamonu
  • olej lub masło do smażenia (ja ostatnio odkryłam masło kalrowane i jestem wielką fanką :))
  • opcjonalnie wiórki kokosowe do posypania

Przygotowanie

Cukinię i jabłko kroimy w cienkie plasterki. Na patelni rozgrzewamy tłuszcz i układamy plasterki cukinii. Jajka, curry i sól miksujemy i wlewamy masę jajeczną na cukinię. Na wierzchu układamy plasterki jabłka i posypujemy cynamonem. Przykrywamy patelnię, zmniejszamy ogień i smażymy do momentu aż jajka zetną się na wierzchu (co najmniej 5 minut). Na koniec można posypać wiórkami kokosowymi. Smacznego 🙂

PS. Obiecuję się trochę poprawić, jeśli chodzi o częstotliwośc postów 🙂

Sałatka z pieczonymi warzywami w kremowym sosie musztardowym

Zwykły wpis

Kolejny tydzień mija pod hasłem „10 godzin w biurze”. Do tego staram się wciskać w swój harmonogram w miarę regularne treningi, mieć trochę czasu dla męża, nie dopuścić, żeby dom porósł mchem, a brudne ciuchy przestały się mieścić nie tylko w ksozu na pranie, ale w całej łazience 😉 Nie mam czasu ani siły na wybitnie wyszukane dania. No ale jednak jeść trzeba i fajnie by było jeść zdrowo i smacznie. Najlepiej coś takiego, co zrobi sie prawie samo 😉 Taka właśnie jest ta sałatka. Wczoraj, kiedy dopełzłam do domu, wrzuciłam do piekarnika trochę warzyw – brokuły, cukinię i pozostałe szparagi. Tak się złożyło, że wszystkie były zielone 🙂 Zajęłam się czymś innym, podczas gdy warzywa „się robiły”. Dziś rano ugotowałam jajka na twardo i kiedy po pracy i treningu wpadłam głodna do kuchni, wystarczyło włożyć wszystko do jednej miski (no i wytrzymać te dodatkowe 5 minut, żeby zrobić zdjęcia ;))

Myślę, że do przepisu można wprowadzać rozliczne modyfikacje, zależnie od upodobań i zawartości lodówki, a i tak wyjdzie super 🙂

Składniki na pieczone warzywa (do sałatki użyłam ok 1/3 tej porcji)

  • 1 średni brokuł
  • 1 średnia cukinia
  • 1 pęczek zielonych szparagów

sos

  • 1/4 szklanki oliwy
  • 2 szczypty soli
  • szczypta czosnku w proszku
  • ok 1,5 łyzki octu balsamicznego

Przygotowanie

Brokuła dzielimy na różyczki. Cukinię kroimy w plasterki. Ze szparagów odcinamy końcówki. Wszystko wrzucamy do sporego naczynia żaroodpornego. Mieszamy wszystkie składniki sosu, dolewamy do warzyw i dokładnie mieszamy. Pieczemy ok. 40 minut w 200 stopniach.

Składniki na sałatkę (na 1 dużą porcję)

  • ok. 1/3 porcji warzyw
  • duża garść liści szpinaku lub innej zieleniny (np. gotowy mix sałat świetnie się nada)
  • 2 jajka na twardo
  • 1/4 avocado
  • kilka pomidorków koktailowych
  • ok. 1.5 łyżki musztardy
  • szczypta cukru lub parę kropel miodu albo syropu z agawy
  • szczypta soli

Przygotowanie

Jedno jajko miksujemy z musztardą, syropem z cukrem (lub miodem itp.), szczyptą soli i kilkoma łyżkami wody, aby powstał kremowy sos, mniej więcej o konsystencji śmietany. Próbujemy i ewentualnie doprawiamy do smaku. Na dno miseczki wkładamy szpinak lub inne liście i mieszamy z sosem. Następnie wkładamy pieczone warzywa, avocado pokrojone na kawałki, połówki pomidorków i drugie jajko pokrojone w ćwiartki, albo, jak kto woli, w plasterki 🙂 Gotowe. Smacznego 🙂

 

Pikantne muffinki brokułowe z kurczakiem i serem

Zwykły wpis

Czasem w kuchni jest tak, że coś, co zapowiada się jako totalna porażka, okazuje się być sukcesem i wchodzi na stałe do menu. Tak było w przypadku tych muffinek. Jakiś czas temu, jescze przed całą „akcją wegetariańską”, miałam zamiar ugotować na obiad kurczaka z warzywami w sosie z sera pleśniowego. Postanowiłam wykazać się własną inwencją, nie korzystać z żadnych przepisów, tylko zrobić „coś na oko”, a ponieważ moje doświadczenie i wyczucie kuchenne było wtedy bez porównania mniejsze niż teraz, to oczywiście z dobranych przeze mnie na oko proporcji nic sensownego nie wyszło 😉 Ser nie chciał się ładnie rozpuścić, jakieś warzywa, które dodałam, w trakcie gotowania puściłytyle wody, że w efekcie miałam coś na kształt zupy z kurczakiem i serowymi kluskami. Dodam, że mało apetycznej zupy 😉 Lekko podłamana stanęłam na garnkiem i mówię do męża: „No i co ja mam z tym teraz zrobić???”. A on na to, w ramach lekkiej złościwości: „Bo ja wiem… może zmiksować? ;)”

Z początku pomysł wydał mi się niedorzeczny, ale po chwili pomyślałam, że w sumie nie mam nic do stracenia 😉 Po odlaniu nadmiaru wody zmiksowałam mięso, warzywa i ser, dodałam jajko, żeby wszystko się jakoś razem trzymało i zapiekłam w formie do tarty. Efekt był fantastyczny 🙂 Od tego czasu robię co jakiś czas taką właśnie zapiekankę. Dzisiaj zabrałam się za szykowanie wersji z brokułami i wędzonym kurczakiem. Okazało się jednak, że masy jest zdecydowanie za mało na moją formę do tarty, więc sytuację uratowały foremki do muffinek 🙂

Składniki (na 8 muffinek)

  • 1 średni brokuł
  • ok. 200 g wędzonego filetu z kurczaka
  • ok. 100 g sera o wyrazistym smaku – u mnie mieszanina parmezanu i gruyere, bo akurat takie skrawki miałam w lodówce, myślę, że dobrze się sprawdzi również ser pleśniowy albo feta
  • 2 jajka
  • szczypta czonsku w proszku
  • duża szczypta chilli (albo trochę mniejsza, wedle upodobania ;))
  • 2 łyżki pestek słonecznika
  • 2 łyżki pestek dyni

Przygotowanie

Brokuła dzielimy na różyczki i gotujemy w osolonej wodzie ok. 10 minut. Odcedzamy i przelewamy zimną wodą. Kurczaka i brokuła mielimy lub miksujemy w blenderze. Ser trzemy na drobnej tarce. W misce mieszamy kurczaka, brokuła, jajka i ok. 2/3 sera. Doprawiamy do smaku czosnkiem i chilli. Dodajemy pestki z dyni i słonecznika i mieszamy. Masę wkładamy do foremek na muffinki i posypujemy każdą szczyptą pozostałego sera. Pieczemy 25 minut w 180 stopniach.

Myślę, że bardzo dobrze będzie do nich pasował smak pomidorów – w formie sałatki, salsy (na zdjęciach moja domowej roboty) czy sosu pomidorowego. Smacznego 🙂

Jak pewnie zauważyliście, zmieniłam tytul bloga, tak żeby nie było żadnych nieporozumień co do rodzaju przpeisów, jakie można będzie tu znaleźć. A będą przepisy wszelkiego rodzaju – wegetariańskie i nie. Może też pojawią się posty mniej kulinarne a bardziej życiowe – zobaczymy 🙂

Kremowa zapiekanka serowa z kalafiorem

Zwykły wpis

W tym tygodniu nie mam czasu na szałowe przepisy i  zdjęcia. A dokładniej rzecz biorąc, to nie mam czasu zupełnie na nic, bo ten tydzień jest aż nazbyt szałowy w pracy. Kiedy dowlokę się do domu po 10 godzinach w biurze, rzadko mam ochotę gotować, a jeszcze rzadziej dbać o to, żeby to, co ugotuję, było fotogeniczne 😉 No ale coś jednak trzeba jeść, a czasem okazuje się, że moja radosna twórczość nadaje się do pokazania szerszej publiczności 😉 Tak było w przypadku tej zapiekanki 🙂

Od małego nie przepadam za kalafiorem, ale mimo to co jakiś czas go kupuję. Potem leży w lodówce i czeka na zbawienie, a jak juz zagraża samodzielnym wyjściem, zbieram sie w sobie i coś z niego szykuję. W ten sposób powstało parę fajnych dań: zupa krem z kalafiora i nerkowców, tarta kalafiorowa, czy sałatka z pieczonego kalafiora z bakaliami.

Wczoraj też kalafior zdecydowanie domagał sie wykorzystania. Po krótkiej konsultacji z Google’m znalazłam ten przepis. Od siebie dodałam zielony groszek i orzechy, nie dodawałam za to bekonu ani sera cheddar (bo nie miałam). W efekcie wyszła mocno serowa, baaardzo sycąca zapiekanka z wyraźnym zapachem gałki muszkatałowej. Polecam Wam do niej pomidory lub jakąs lekką sałatkę

Składniki (na 3-4 porcje)

  • 1 mały kalafior
  • ok. szklanki zielonego groszku (uzyłam mrożonego)
  • ok. łyżka oliwy
  • pół łyżeczki gałki muszkatałowej
  • szczypta soli

sos serowy

  • ok. 100 g sera Gruyere
  • ok. 2/3 szklanki tartego parmezanu
  • kubeczek jogurtu lub smietany (200 ml)
  • 2 jajka
  • ok. pół łyżeczki gałki muszkatałowej
  • sól i pieprz do smaku
  • garść orzechów włoskich

Przygotowanie

Kalafiora dzielimy na różyczki. Mieszamy z groszkiem, oliwą, gałka muszkatałową i solą, przekładamy do naczynia żaroodpornego i pieczemy ok. 30 minut w 180 stopniach. Wszystkie składniki sosu, z wyjątkiem orzechów, miksujemy na jednolitą masę. Następnie dodajemy orzechy i jeszcze moment miksujemy tak, żeby orzechy sie pokruszyły, ale żeby całośc nie była zupełnie jednolita.

Wyjmujemy naczynie z kalafiorem z piekarnika, zalewamy sosem. Ewentualnie na wierzchu układamy kilka całych orzechów dla dekoracji. Ponownie wstawiamy do piekarnika i pieczemy jeszcze ok 30 minut, az wierzch ładnie się zrumieni. Przed podaniem studzimy 15-20 minut. Smacznego 🙂

Dlaczego nie należy tatuować imion, co to ma wspólnego z blogowaniem i pieczone jabłka z pikantnym farszem

Zwykły wpis

Kiedy kilka lat temu robiłam sobie tatuaż, wśród różnnych porad (typu „wybierz studio, w którym sterylizuje się sprzęt” ;)) powtarzała się też rada, żeby nie tatuować sobie imienia partnera lub partnerki, bo życie różnie się układa i może się okazać, że tatuaż przetrwa o wiele dłużej niż partner bądź partnerka (oczywiście przetrwa w tej roli, nie zakładam, że osoba szybko zejdzie z tego świata ;)). Akurat jeśli chodzi o tatuaż, to nie miałam w planach wymalować sobie imienia ukochanego, mimo że byłam już wówczas mężatką. Ale popełniłam podobny błąd z blogiem.

Co ma blog – i to blog o gotowaniu – do tatuażu? Otóż, dokładnie rzecz biorąc, chodzi o nazwę bloga. Wymyślając taką a nie inną nazwę, dałam jasno do zrozumienia, że na blogu będa przepisy bezmięsne. Co niniejszym się zmienia. Przyczyn tej decyzji jest wiele. Główną jest moje samopoczucie i różnica, jaką odczułam po powrocie do spożywania mięsa i ryb. Różnica, którą zauważyłam dosłownie w przeciągu kilku dni. Nie będę się wdawać w bądź co bądź publicznym miejscu w szczegóły moich zawirowań zdrowotnych, poza tym myślę, że naprawdę nie chcecie o nich czytać, zwłaszcza na blogu kulinarnym 😉 Jednak, eksperymentując przez ponad dwa lata z dietą wegetariańską, wegańską, surową, znowu wegetariańską… doszłam do wniosku, że człowiek jest zwierzęciem wszystkożernym i niestety, ale potrzebujemy do prawidłowego funkcjonowania również białka zwierzęcego, w tym mięsa i ryb. Nasi przodkowie jedli w dużej mierze to, co upolowali, więc my również mamy problemy z przetrwaniem na tofu 😉 A przynajmniej ja mam, mimo że tofu lubię 🙂

Wiem, że część z Was zagląda tu tylko w poszukiwaniu przepisów wegetariańskich lub wegańskich, których na pewno będzie mniej (ale będą, pomysł na wegańską tartę czeka już na wypróbowanie :)). Liczę się z tym, że wiele osób „wypisze się” z listy fanów na facebooku, może będzie mniej czytających. Cóż, mowi się trudno i żyje się dalej 🙂 Proszę tylko osoby, które mają ochotę mi napisać, że dołączam do grona morderów i szowinistów gatunkowych, żeby się powstrzymały, bo ja nikogo nie obrażam i tego samego oczekuję od innych.

Niebawem pojawią się kolejne nowe przepisy. Uwielbiam gotować, fotografować i dzielić się swoimi kulinarnymi wynalazkami i zamierzam robić to dalej 🙂

Dlatego już dziś mam dla Was pierwszy „wszystkożerny” przepis na zapiekane jabłka ze słodko-pikantnym farszem z kiełbasy i warzyw. Pewnie połączenie kiełbasy z cynamonem wielu osobom wyda się co najmniej dziwne, ale moim zdaniem smakuje naprawdę wyśmienicie 🙂 Zachęcam do spróbowania – do odważnych świat należy 🙂

Składniki (na 4 porcje)

  • 4 duże jabłka
  • ok. 350 g kiełbasy – u mnie pół na pół biała kiełbasa autorstwa mojego taty i kiełbasa myśliwska ze sklepu
  • 1 jajko
  • 1 duża marchewka
  • 2 łodygi selera naciowego
  • pół sporej cebuli
  • 1/4 szklanki orzechów włoskich lub pekan, plus ewentualnie kilka do dekoracji
  • kilka łyżek oleju do smażenia
  • ok 1,5 łyżeczki cynamonu
  • kilka daktyli lub garść rodzynek
  • sól i pieprz do smaku

Przygotowanie

Jabłka wydrążamy ostrym nożem tak, żeby do środka dało się włożyć farsz. Pozostawiamy dosyć grube ścianki (ponad centymetr), żeby nie rozpadły się podczas pieczenia. Na patelni rozgrzewamy olej. Kiełbasę kroimy na drobne kawałki, podsmażamy kilka minut i przekładamy do miseczki (olej zostaje na patelni). Marchewkę trzemy na tarce jarzynowej, selera i cebulę drobno siekamy. Orzechy, z wyjątkiem kilku do dekoracji, oraz daktyle również siekamy.  Wrzucamy warzywa na rozgrzaną patelnię, dodajemy orzeechy, daktyle i przyprawy i smażymy ok. 5 minut, często mieszając. Warzywa przekładamy do miski z kiełbasą, dodajemy jajko i mieszamy. Farsz wkładamy do wydrążonych jabłek. Posypujemy po wierzchu cynamonem i ewentualnie układamy półówki orzechów. Jabłka ustawiamy w naczyniu żaroodpornym i zapiekamy ok. 30-35 minut w 180 stopniach. Smacznego 🙂

PS. Nowa nazwa bloga niebawem.

PS2. Tato, biała kiełbasa wymiata 🙂