Category Archives: do kanapek

Hummus jogurtowy

Zwykły wpis

Dziś mam dla Was przepis pięciominutowy (w te 5 minut wliczone jest mycie blendera ;)). Ciekawa wariacja na temat hummusu. Wersja dietetyczna – zupełnie bez dodatku oliwy, za to z dodatkiem jogurtu greckiego. Dzięki temu ma ciekawy smak i lekką, puszystą konsystencję. Nie przytłacza tak jak tradycyjny humus polany oliwą, który owszem, jest pyszny, ale na bieżąco w miarę jedzenia odkłada się w biodrach 😉 W tym przyadku można sobie pozwolić na trochę więcej bez wyrzutów sumienia.

Składniki

  • puszka cieciorki (400g)
  • 150g jogurtu greckiego (użyłam odtłuszczonego)
  • sok z połowy cytryny
  • czubata łyżka tahini
  • szczypta czosnku w proszku
  • sól do smaku

Przygotowanie

Wszystko zmiksować do uzyskania kremowej konsystencji. The end 🙂

Jest pyszny jako dip do warzyw czy krakersów. A bardziej „wypasiony” przepis na zapiekankę z jego udziałem pojawi się jutro, bo teraz jest jeszcze zbyt gorąca, żeby ją pokroić i zrobić zdjęcia 😉

Pomysł na takie „odchudzenie” hummusu znalazłam na blogu Meals & Moves. Polecam go wszystkim, którzy interesują się fitnessem na nieco wyższym „stopniu wtajemniczenia” i spojrzeniem na odżywianie właśnie pod tym kątem. Jest tam dużo fajnych przepisów na potrawy przyjazne figurze (niestety większość niewegetariańska, ale przy odrobinie kombinacji da się dostosować ;)) a także artykuły na temat programów treningowych, suplementacji itp. Jako bonus – fajne poczucie humoru autorki i zdjęcia jej prześmiesznego basseta 🙂

Przepis dodaję do akcji Warzywa Strączkowe i Bądź FIT na wiosnę!

Pasta bezjajeczna – wersja druga, poprawiona :-)

Zwykły wpis

Jakiś czas temu udało mi się zdobyć czarną sól i zrobiłam moją pierwszą wegańską pastę „jajeczną”. Byłam z niej bardzo zadowolona, zwłaszcza, że produkcja zajęła 7 minut, łącznie z gotowaniem groszku 🙂 Ale nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej, więc jako że dziś napadła mnie straszna tęsknota za smakiem jajek, postanowiłam po raz kolejny zaczerpnąć z torby z czarną solą (która i tak pewnie starczy mi do końca życia :D) i wypróbować nowy przepis.

Na wegańskich blogach jest wiele przepisów na pastę jajeczną, czasami zwaną dla zmylenia przeciwnika sałatką 🙂 Wszystkie, które znalazłam, bazują na tofu i czarnej soli. Ja dorzuciłam od siebie cieciorkę i był to bardzo dobry pomysł – wydaje mi się, że dzięki temu udało mi się odtworzyć jajeczną konsystencję. Pasta jest naprawdę nie do odróżnienia od pierwowzoru i to zarówno pod względem wyglądu, jak i smaku, co chyba nawet jest ważniejsze. Wymaga jednak dwóch „fachowych” składników – wegańskiego majonezu i czarnej soli. Obydwa są do nabycia w sklepach ze zdrową żywnością, przy czym majonez zdecydowanie łatwiej dostać, a nawet jak ktoś ma czas i chęci, to można go zrobić w domu.

Składniki

  • kostka tofu (180 g)
  • puszka cieciorki (400 g)
  • 2 czubate łyżki wegańskiego majonezu
  • 1,5 – 2 łyżeczki musztardy
  • 1 duża lub dwie mniejsze laski selera naciowego
  • czarna sól do smaku (u mnie trochę ponad. pół łyżeczki)
  • szczypta kurkumy dla żółtego koloru
  • szczypta czosnku w proszku

Przygotowanie

Tofu pokruszyć na kawałki, cieciorkę odcedzić, selera drobno posiekać. Wszystkie składniki umieścić w blenderze i zmiksować. Moim zdaniem najlepiej, jeżeli konsystencja nie jest zupełnie kremowa, tylko przypomina rozgniecione widelcem jajka, ale to oczywiście zależy od upodobań 🙂 Wiele osób dodaje też curry. Ja nie byłam nigdy fanką połączenia curry  jajkiem w wersji „oryginalnej” i trzymam się tego stanowiska w wersji wegańskiej, ale jeśli lubiliście takie zestawienie smakowe, to warto spróbować. Smacznego 🙂

Wpis dodaję do akcji Warzywa Strączkowe

Humus ze słodkich ziemniaków

Zwykły wpis

Kolejna pasta do zastosowań wszelakich – to chyba powoli staje się nudne 😉 Obiecuję poprawę i innego rodzaju przepisy w niedalekiej przyszłości, a tymczasem obowiązkowo spróbujcie tego humusu. Zależnie od nastawienia psychicznego można go traktować jako danie słodkie lub wytrawne 😉 Wyraźnie czuć aromat cytryny i smak tahini, który osobiście uwielbiam. Jak widać na zdjęciu, świetnie się komponuje z jabłkami 🙂 Naprawdę, według mnie to idealne połączenie smaków, spróbujcie koniecznie.

U mnie humus wystąpił m.in. w charakterze nadzienia do naleśników. Próbowałam wyprodukować wegańskie naleśniki, mierząc przy tym proporcje składników, żeby wrzucić przepis na bloga. Niestety, próba zakończyła sie porażką. Tzn. naleśniki wyszły bardzo dobre, ale w toku produkcji musiałam tyle razy czegoś dolewać albo dosypywać (przy czym w międzyczyasie skończyła mi się mąka pszenna i musiałam użyć gryczanej, o której gdzieś czytałam, że się kompletnie do naleśników nie nadaje), że zapisywanie proporcji szlag trafił 😉 Może nastepnym razem 😉

Tymczasem…

Składniki

  • 1 średni słodki ziemniak
  • puszka cieciorki (400g)
  • sok z połowy cytryny
  • 4 łyżki tahini
  • szczypta soli
  • ok 1-2 łyżki syropu z agawy (zależy, czy bardziej nastawiacie się na słodkie, czy na wytrawne ;))
  • 3 łyżeczki płatków drożdżowych

Przygotowanie

Ziemniaka pieczemy w piekarniku lub przygotowujemy w mikrofalówce. Obieramy i kroimy na kawałki. Cieciorkę odcedzamy. Wszystkie składniki miksujemy w blenderze na jednolitą masę. Jeśli jest wybitnie gęsta, można dodac odrobinę wody i ponownie zmiksować. I tyle – smacznego 🙂

W najbliższych tygodniach posty mogą się pojawiać trochę rzadziej. Powodem jest realizacja jednego z moich postanowień noworocznych – 25. marca będę startować w Półmaratonie Warszawskim 🙂 W związku z tym do mojego grafiku treningów doszło kilka nowych pozycji, a moja wysoka samoocena w temacie kondycji fizycznej trochę się zweryfikowała 😉 Mam mniej czasu i mniej siły na wypasione kuchenne szaleństwa. Przynajmniej w ciągu tygodnia w kuchni rządzą sałatki i szejki, których przygotowanie zajmuje maksymalnie 5 minut 😉 Mimo to postaram sie od czasu do czasu wrzucić przepis zinny niż z kategorii „wszystko zmiksować” 😉

Ciekawa jestem, czy chcielibyście dla odmiany od humusu i sałatki poczytać czasem o moich zmaganiach z ponad dwudziestokilometrowym dystansem? Cały czas szukam też informacji o wegańskim odżywianiu dla sportowców, w czym jestem raczej zdana na siebie, bo mój trener, skądinąd fantastyczny i pełen pasji facet, zaleca pierś z kurczaka zagryzać jajkiem i rybą, bo „białko to klucz do sukcesu” 😉 Jeśli znajdę coś wartego uwagi, chętnie podziele się tym na blogu, jeśli kogoś z Was to interesuje.

Wpis dodaję do akcji Warzywa Strączkowe

Pasta „serowa” z żurawiną

Zwykły wpis

Ciekawa w smaku pasta do kanapek albo dip do krakersów itp. Pomysł znaleziony na blogu Choosing Raw. Dodatek płatków drożdżowych daje lekki „serowy” posmak, chociaż z serem raczej nikt jej nie pomyli 😉 O dziwo, pasta spotkała się z bardzo serdecznym przyjęciem mięsożerców (w tym dziadków wybitnie sceptycznie nastawionych do kulinarnych dziwactw), więc myślę, że spokojnie może wystąpić na sylwestrowym szwedzkim stole 🙂

Składniki

  • pół szklanki orzechów nerkowca
  • pół szklanki pestek słonecznika
  • sok z jednej cytryny
  • 3-4 łyżki płatków drożdżowych
  • sól do smaku (u mnie 2 duże szczypty)
  • duża garść suszonej żurawiny
  • parę łyżek wody

Przygotowanie

Słonecznik i nerkowce namoczyć co najmniej przez godzinę. Odcedzić, przepłukać, wrzucić do blendera. Dodać sok z cytryny, płatki drożdżowe i sól. Dodać też na początek ok. 3 łyżki wody. Zmiksować w miarę możliwości na jednolitą masę (zależnie od mocy blendera może to chwilę potrwać). Można dodać więcej wody, do uzyskania pożądanej konsystencji, ewentualnie też dosolić. Wrzucić żurawinę i krótko zmiksować, żeby połączyła się z masą. Wstawić do lodówki na kilka godzin, żeby smaki się przegryzły.

Świąteczny pasztet z soczewicy

Zwykły wpis

Akcja Wegańskie Święta dobiega końca, więc rzutem na taśmę dodaję jeszcze jeden przepis – pyszny pasztet z soczewicy i cieciorki. Raczej nie sądzę, żeby zagościł u kogoś z Was na tegorocznym świątecznym stole 😉 Ale zdecydowanie warto go rypróbować – ma bardzo ciekawy smak, dobry zarówno na ciepło, jak i na zimno, łatwo się kroi, dobrze się mrozi – same zalety 🙂 Przepis znalazłam na blogu Oh She Glows. Płatki owsiane i bułkę tartą z oryginalnego przepisu zastąpiłam mąką z cieciorki – za pierwszym razem dlatego, że mole zjadły mi bułkę 😉 Ale okazało się, że mąka cieciorkowa powoduje, że pasztet ma bardziej zwartą konsystencję i łatwiej go pokroić. No i chyba jest zdrowsza niż bułka tarta. Zmieniłam też słodką glazurę na wierzchu. Dodatek curry bardzo mi tutaj pasuje.

Składniki

  • trochę ponad szklanka zielonej soczewicy (surowej)
  • 1,5 szklanki mąki z cieciorki
  • 3 łyżki mielonego siemienia lnianego + 2/3 szklanki ciepłej wody
  • jedna średnia cebula
  • 3 ząbki czosnku
  • jedna marchewka
  • jedno nieduże jabłko
  • ok. 2/3 szklanki orzechów włoskich
  • duża garść rodzynek
  • ok. 1,5 łyżeczki suszonego tymianku
  • ok. 1 łyżeczki soli
  • pieprz do smaku
  • olej do smażenia i wysmarowania formy

glazura

  • 2 łyzyżki ketchupu
  • 2 łyzki słodkiej musztardy (lub normalna musztarda i łyżka cukru)
  • ok .1,5 łyżeczki curry

Przygotowanie

Siemię lniane rozprowadzamy w ciepłej wodzie i odstawiamy na bok. Soczewicę gotujemy do miękkości (ok. 25 minut, można to zrobić wcześniej). Cebulę drobno siekamy (można szybko zmielić w blenderze), czosnek przeciskamy przez praskę. Marchewkę i jabłko obieramy i trzemy na tarce o drobnych oczkach (do osobnych naczyń). Orzechy kruszymy i podpiekamy kilka minut w 180 stopniach lub prażymy na suchej patelni.

Na patelni rozgrzewamy odrobinę oleju i smażymy cebulę i czosnek na średnim ogniu, często mieszając. Kiedy cebula zmięknie, dodajemy startą marchewkę i smażymy jeszcze jakieś 3 minuty. Następnie dodajemy starte jabłko, rodzynki, orzechy, tymianek, sól i pieprz i smażymy kolejnych kilka minut, nadal często mieszając.

3/4 ugotowanej soczewicy miksujemy w blenderze prawie na papkę. W dużej misce mieszamy wszystkie składniki, tzn: zmiksowaną i całą soczewicę, mąkę z cieciorki, siemię lniane i podsmażone warzywa. Na początek mieszamy łyżką, a potem wyrabiamy masę rękami, aż wszystkie składniki dokładnie się połączą. Próbujemy i ewentualnie doprawiamy do smaku.

Masę przekładamy do natłuszczonej keksówki i dokładnie ugniatamy. Składniki glazury mieszamy w małej miseczce i smarujemy wierzch pasztetu. Pieczemy 40-45 minut w 180 stopniach. Przed próbą krojenia studzimy co najmniej 10 minut. Smacznego 🙂

To mój ostatni przepis w akcji Wegańskie Święta.

Najlepsze wegańskie burgery ever ;-)

Zwykły wpis

Tytuł w stylu plotek.pl, ale nie mogłam sobie odmówić, bo te burgery naprawdę na niego zasługują 🙂 Kolejna perełka z bloga Oh She Glows. Robiłam je już któryś z kolei raz i niezmiennie są fantastyczne. Mają zwartą strukturę, z wierzchu są chrupiące, wewnątrz miękie, ale nie rozpadają się, jak to czasem bywa w przypadku wegańskich kotletów. Są sobre zarówno na ciepło jak i na zimno i całkiem nieźle znoszą mrożenie. Jednym słowem doskonałe 🙂 Przepis podaję z moimi delikatnymi zmianami.

Składniki (na 6 burgerów)

  • 1 średnia cebula, drobno posiekana
  • 1 średnia marchewka, starta na tarce jarzynowej
  • 2-3 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę
  • 2 łyżki oliwy
  • puszka fasoli czarnej lub czerwonej, odsączona i rozgnieciona widelcem
  • 2 szklanki mąki z cieciorki
  • 2 łyżeczki oregano
  • łyżeczka kminku
  • sól i pieprz do smaku
  • 2 łyżki mielonego siemienia lnianego + pół szklanki ciepłej wody
  • 1/3 szklanki posiekanych migdałów
  • pół szklanki ziaren słonecznika (dobrze sprawdzają się tez pestki dyni)
  • pęczek natki pietruszki, drobno posiekanej

Przygotowanie

Siemię lniane mieszamy z wodą i odstawiamy na jakieś 10 minut. Na patelni rozgrzewamy oliwę i podsmażamy przez ok. 3 minuty cebulę i czosnek, często mieszając. Dodajemy marchewkę i jeszcze chwilę smażymy. W dużej misce mieszamy: usmażone warzywa, mąkę z cieciorki, siemię lniane, fasolę i przyprawy. Wyrabiamy masę. Chwilę to potrwa, ale na koniec masa powinna być lepka i zwarta. Dodajemy migdały, pestki i posiekaną natkę i jeszcze raz wyrabiamy. Ewentualnie doprawiamy do smaku. Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Z masy formujemy 6 mniej więcej równych kotletów. Układamy na blasze posmarowanej olejem albo na macie silikonowej i pieczemy 15 minut, po czym przewracamy na drugą stronę i pieczemy kolejne 15 minut.

Przy okazji chciałam Wam polecić gadżet kuchenny, który sama niedawno nabyłam i przy okazji produkcji burgerów pierwszy raz wypróbowałam. Chodzi o silikonową matę do pieczenia. Kupiłam ją za całe 15 zł  i jestem zachwycona – ma doładnie wymiary blachy, więc nie trzeba się bawić z przycinaniem papieru do pieczenia, którego zawsze jakoś dziwnie brałam o pół metra za dużo,  piecze się bez tłuszczu, absolutnie nic nie przywiera, nie trzeba szorować blachy, a sama mata myje się bezproblemowo. Podobno można ją nawet myć w zmywarce, ale nie wiem, jak umyć w zmywarce coś, co jest giętkie jak szmatka, chyba już prędzej w pralce 😉

Pasta jajeczna może się schować ;-)

Zwykły wpis

Dzisiejszy wpis dedykuję wszystkim, którzy tęsknią za smakiem i zapachem jajek na diecie wegańskiej. Mam dla Was przepis, a właściwie kilka pomysłów na pastę do kanapek, która jest tak podobna w smaku do pasty jajecznej, że jestem gotowa się założyć, że jeśli ktoś nie widział, z czego jest zrobiona, nie zauważy różnicy. Przygotowanie pasty jest arcybanalne, ale wymaga jednego sekretnego składnika – czarnek soli (kala namak).

Według Wikipedii kala namak, zwana solą czarną lub himalajską, składa się głównie z chlorku sodu (potocznie zwanego solą ;)) ale wśród innych składników mineralnych zawiera też związki siarki i stąd jej charakterystyczny „jajeczny” zapach. Jest szeroko wykorzystywana w wielu daniach i mieszankach przypraw kuchni indyjskiej. Już od dawna usiłowałam ja namierzyć w sklepach ze zdrową żywnością. Kiedyś nawet ją widziałam, ale w formie kamieni wielkości mniej więcej sporego awokado. Nie bardzo miałam pomysł, co też miałabym z tym kamieniem uczynić, żeby coś nim posolić 😉 Kiedy ostatnio wreszcie znalazłam czarną sól w proszku, tak się napaliłam, że kupiłam od razu kilorgramową torbę (mniejszych nie było), słono – nomen omen – przepłacając. Zdaje mi się, że mam zapas czarnej soli do końca życia 🙂

Z trudem powstrzymywałam, się, żeby jeszcze po drodze nie wsadzić palucha do torebki i nie sprawdzić, czy rzeczywiście pachnie jajkiem 😀 Udało mi się jednak dotrzeć do domu. Czym prędzej przygotowałam pastę bezjajeczną na bazie zielonego groszku z udziałem czarnej soli (która nota bene wcale nie jest czarna, tylko jasnoróżowa :)). Werdykt? WEGAŃSKIE JAJKA!!! HURRA!!! Ostatnia rzecz, której mi brakowało, wróciła do mojego menu w nowej ulepszonej formie 🙂

Składniki (na 2 duże kanapki utopione w paście albo kilka posmarowanych w bardziej cywilizowany sposób ;))

  • 2/3 szklanki groszku świeżego, mrożonego lub z puszki
  • łyżeczka wegańskiego majonezu
  • łyżeczka humusu
  • 2 szczypty czarnej soli
  • ew. normalna sól i pieprz do smaku

Przygotowanie

Jeśli używacie surowego groszku, trzeba go ugotować, jeśli z puszki – odcedzić. Wszystko zmiksować. Gotowe 🙂 Jeśli nie macie majonezu albo humusu, nie szkodzi. Dodajcie odrobinę oliwy i troszkę więcej soli. Myśle, że równie dobrze jak groszek sprawdzi się cieciorka (użyłam groszku, bo bardzo lubiłam pastę jajeczno-groszkową w wersji niewegańskiej). Można eksperymentować z przyprawami – dodać troszkę curry, odrobinę musztardy, puścić wodzę fantazji 😉 Słyszałam, że popularna jest też wersja na bazie tofu. To jeszcze przede mną 🙂

PS. Dla towarzystwa do czarnej-różowej soli kupiłam czarną rzodkiew, która jest biała 😀 Przypomniał mi się dowcip o czarnych jagodach, które są czerwone, bo są jeszcze zielone, a jak dojrzeją, to będą granatowe 🙂