Chleba naszego powszedniego… Mój pierwszy chleb na zakwasie!

Zwykły wpis

Przyznam, że jestem z siebie dumna. Upiekłam prawdziwy chleb na zakwasie. I mało że się udał, jest fantastyczny. Bardzo chrupiąca skórka i zwarty wilgotny miąższ. Nie jest to chleb dla wielbicieli bagietek 😉 Ale niżej podpisana uwielbia wszelkiej maści razowce, więc chleb piekłam z dedykacją dla siebie. Ten pierwszy raz był między innymi po to, żeby odhaczyć na liście numer 5 😉 Podeszłam do tematu z założeniem, że jeżeli przedsięwzięcie skończy się kompletną porażką względnie zajmie cały weekend i doprowadzi do totalnej dewastacji kuchni, to pierwszy raz będzie też ostatnim. Otóż nie będzie. Na pewno będą kolejne 🙂

Od razu musze się przyznać, że nie hodowałam zakwasu od zera. Przywiozłam trochę z Bocianowa dzięki uprzejmości Kornelii, która chce krzewić ideę domowego pieczenia chleba 🙂 Na stronie Macro Bios Baru – hiperzdrowego cateringu, który prowadzi Kronelia, znalazłam jej przepis na chleb. Rozmawiałam też z Googlem i przejrzałam kilka fajnych stron poświęconych pieczeniu chleba (niekoniecznie na zakwasie). Przyznam, że w znalezionych przepisach przerażały mnie trochę proporcje w stylu 65 g zakwasu, 355 g mąki pszennej i 215 g mąki żytniej… itp. Nie mam w domu wagi kuchennej i odmierzenie zakwasu co do grama byłoby dla mnie abstrakcją. Poza tym dokładność i precyzja, delikatnie mówiąc, nie należą do moich zalet 😉

Doszłam więc do wniosku, że chrzanię to 😉 Nasze babcie przez wieki piekły chleb w domach, bez wagi, bez kuchennego termometru i superdokładnego zegara. I jakoś to działało. Zatem, metodą babć, mniej więcej, na oko (no może nie tak całkiem, bo z użyciem kubka z podziałką ;)) odmierzyłam wszystko. Nie miałam niektórych składników z przepisu Kornelii (np. sezamu i siemiania lnianego), więc wedle zawartości kuchni i humoru pozamieniałam to i owo 😉 Po wymieszaniu ciasto wydawało mi się kwaśno-słone i średnio smaczne, więc chlapnęłam trochę miodu i melasy, a co 😉 A na koniec dorzuciłam rodzynki, bo czemu nie.

 Potem zastanawiałam się, czy nie wezwać na pomoc sił wyższych, czyniąc na chlebie znak krzyża, jak to ponoć babcia robiła przed wstawieniem bochenka do pieca. Koniec końców zapomniałam o tym i siły wyższe odrobinę się zemściły, ale o tym za chwilę 🙂 Efekt finalny przypomina mi w smaku ulubiony w dzieciństwie „razowiec na miodzie”. Dosyć ciężki, z wyraźnie wyczuwalnym smakiem zakwasu, ale też delikatną słodyczą.

Zemsta sił wyższych objawiła się tym, że pomimo dokładnego nasmarowania formy olejem, chleb częściowo przywarł do niej na amen. Może powinnam jeszcze wysypać ją mąką, a może piec w formie silikonowej? Następnym razem chyba tak zrobię, choć to dość dalekie od babcinych sposobów. Niestety więc udało mi się wyjąć tylko około połowy bochenka w stanie w miarę nienaruszonym a resztę w stanie mniejszego bądź większego rozpadu. Ale nic to, marnacji nie będzie 😉 Wygrzebany z otchłani internetu przepis na zużycie chlebowych resztek już czeka 🙂

Tak więc, mili Czytacze, oto receptura na chleb orkiszowo-owiany na zakwasie, z miodem, melasą, rodzynkami i ziarnami 🙂 I naprawdę nie przejmujcie się za bardzo dokładnymi proporcjami. łyżka mąki więcej, trzy rodzynki mniej, nie szkodzi 😉

Składniki

  • ok. pół szklanki zakwasu
  • ok. 600 g mąki (dałam ok. 100 g owsianej, którą musiałam wykorzystać i ok. 500 g orkiszowej pełnoziarnistej)
  • ok. 450 ml wody gazowanej (nie wiem, czemu gazowanej, ale tak mi doradziła koleżanka i tak zrobiłam)
  • 2 łyżeczki soli
  • 2 łyżki miodu
  • łyżka melasy
  • ok. pół szklanki lub troszkę mniej płatków owsianych
  • dwie garście ziaren słonecznika
  • ok. 1/3 szklanki pestek dyni
  • ok. 1/3 szklanki otrębów (otrąb? nie miałam, dałam zamiast tego płatki owsiane błyskawiczne)
  • 3 łyżki ziaren siemienai lnianego (nie miałam, dałam nasiona chia)
  • ok. 1/3 szklanki rodzynek

Przygotowanie

Od momentu przywiezienia z Mazur zakwas przechowywałam w lodówce. Chleb piekłam w sobotę rano. W piątek rano przed wyjściem do pracy wyjęłam zakwas z lodówki, dodałam do niego czubatą łyżkę mąki orkiszowej i ok. 1/3 szklanki ciepłej wody (z kranu ;)). Zamieszałam, przykryłam słoik i zostawiłam w temperaturze pokojowej na cały dzień. W piątek wieczorem wyrobiłam ciasto. W dużej misce zmieszałam wszystkie suche składniki (tzn mąki, ziarna i płatki, nie dodawałam tylko rodzynek), dodałam wodę, miód, melasę i zakwas. Nie rozczulałam się za bardzo nad wyrabianiem – wymieszałam ciasto rękami tak, żeby nie było grudek mąki. Dodałam rodzynki i wymieszałam. Przykryłam ściereczką i zostawiłam w temperaturze pokojowej do wyrastania na jakieś 12 godzin. Wyrastanie się trochę przedłużyło, bo poranek przywitał mnie brakiem prądu 😉 Przez noc ciasto wyraźnie wyrosło – prawie podwoiło swoją obijętość. Kiedy prąd wrócił, czyli po jakichś 14 godzinach, w sobotę rano, przełożyłam ciasto do formy wysmarowanej olejem. Jak już pisałam, forma nie całkiem się sprawdziła i następnym razem prawdopodobnie będzie silikonowa. Piekłam przez 45 minut w 150 stopniach i kolejne 40 minut w 180 stopniach. Po wyjęciu przykryłam ściereczką i zostawiłam do wystygnięcia.

Przed pieczeniem odłozyłam ok. pół szklanki zakwaszonego ciasta do małego słoiczka i schowałam do lodówki. To będzie mój zakwas na następny chleb 🙂

Reklamy

2 responses »

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s