Monthly Archives: Listopad 2011

Tofuburgery z orzechami

Zwykły wpis

Kanapkowa wieża o dziwo się nie wywaliła 😉

Wegański fast food w całkiem niezłym wydaniu 🙂 Pierwsze tofuburgery mojego skromnego autorstwa, które bez problemu da sie przewrócić na drugą stronę na patelni, a po usmażeniu mają fajną zwartą strukturę. Zainspirowane przepisem z bloga It ain’t meat, Babe z moimi zmianami. Fajnie się sprawdzają w kanapce a’la McDonald, ale też w klasycznej formie kotletów z sałatką i ew. ziemniakami albo kaszą. A może frytki do tego? 😉

Składniki (na 5 sporych kotletów)

  • 1.5 kostki tofu
  •  pół szklanki bułki tartej
  •  pół szklanki mąki z cieciorki (można zastąpić bułka tartą, tak było w oryginale, ale mąka z cieciorki fajnie „trzyma” masę, a poza tym jest zdrowsza :))
  • 2 łyżki mielonego siemienia lnianego + ok. pół szklanki ciepłej wody
  • 3 łyżki sosu sojowego
  • spora szczypta soli
  • pół cebuli
  • szczypta rozmarynu
  • ok. 2/3 szklanki przechów pekan lub włoskich
  • odrobina czosnku w proszku
  • olej do smażenia

Przygotowanie

Siemię lnianę rozprowadzamy w ciepłej wodzie i odstawiamy na bok na jakieś 10 minut. W tym czasie „więszką połowę” orzechów mielimy w blenderze prawie na proszek, a resztę kruszymy w ręku. Cebulę drobno siekamy (można również krótko zmielić). Wszystkie składniki – z wyjątkiem oleju i pokruszonych orzechów – wrzucamy do blendera i dokładnie mieszamy. Masa powinna być naprawdę gęsta i kleista. Próbujemy i ewentualnie doprawiamy wedle własnych upodobań. Dodajemy kruszone orzechy i mieszamy (łyżką lub ręką ;)).

Na patelni rozgrzewamy odrobinę oleju. Z masy formujemy kotlety i smażymy je z obu stron na średnim ogniu na jasnobrązowy kolor. Ja przekręcałam je tak co 2-3 minuty i w sumie smażyłam ok 8-10 minut. Od czasu do czasu można dolać odrobinę oleju. Gotowe kotlety odsączamy z nadmiaru tłuszczu na papierowym ręczniku.

***

Pytanie do osób, które też piszą blogi albo z jakiegoś powodu fotografują swoje jedzenie. Czy Wasze aparaty też są upaprane tym, co aktualnie powstaje w kuchni? Zawsze jestem zła, jak znajduję ketchup na przełączniku albo mąkę na pokrywce obiektywu, ale jakoś nic nie mogę na to poradzić 😛

Jaglany pilaw z bakłażana z rodzynkami

Zwykły wpis

Kiedy zbliża się zima, często mam ochotę na dania z udziałem rozgrzewających korzennych przypraw. W mojej kuchni rządzi curry i inne pikantno-słodkie dania, które przyjemnie zagrzeją brzuszek w zimowy (już prawie ;)) wieczór. Właściwie nie jest to „prawomyślny” pilaw, bo taki powinien być na bazie ryżu. Ja jednak użyłam kaszy jaglanej ze względu na jej walory odżywczo-zdrowotne 🙂 Efekt jest fajny, może nawet lepszy niż z ryżem, bo kasza jest bardzo drobna i miękka, tak że danie jest wręcz kremowe. Można też użyć quinoa, kuskusu albo ryżu, rzecz jasna 🙂 Przepis jest moim własnym pomysłem opartym na kilku wariacjach znalezionych w internecie i dostosowanym do aktualnej zawartości lodówki 🙂

Składniki (na 3 porcje)

  • 1 średni bakłażan
  • 1 cebula (użyłam czerwonej, ale może być też zwykła)
  • 4 nieduże łodygi selera naciowego
  • ok. 2/3 szklanki suchej kaszy jaglanej
  • garść rodzynek
  • garść nerkowców
  • 2 łyżki tartego świeżego imbiru
  • łyżka cynamonu (lub trochę mniej, ja jestem cynamonoholiczką ;))
  • kilka goździków
  • łyżeczka przyprawy garam masala
  • ok. 2/3 łyżeczki mielonego kminku
  • szczypta chili
  • szczypta czosnku w proszku lub jeden ząbek przeciśnięty przez praskę
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • ok. 2 łyżki syropu z agawy lub klonowego
  • sól do smaku (sporo, u mnie w sumie ok. 2/3 łyżki, ale najlepiej dodawać stopniowo)
  • olej do smażenia

Przygotowanie

Kaszę jaglaną gotujemy na sypko (ok. 10-12 minut) w osolonej wodzie. W średnim garnku rozgrzewamy ok 2 łyżki oleju. Wrzucamy posiekaną cebulę i czosnek i smażymy jakieś 2 minuty. Dodajemy cynamon, imbir, kminek, chili i garam masalę i smażymy kolejnych kilka minut. Jeśli płyn odparuje, dolewamy na dno niewielką ilość wody (jednorazowo nie więcej niż jakieś pół szklanki). Robimy to przez cały czas duszenia, żeby z jednej strony nic się nie przypaliło, a z drugiej nie uzyskać w ostatecznym rozrachunku zupy 😉

Dodajemy pokrojone w plasterki łodygi selera, dusimy następnych kilka minut i dorzucamy pokrojonego w kostkę bakłażana. Solimy, dodajemy rodzynki, goździki, syrop z agawy i sok z cytryny. Dusimy jakieś 10 minut na średnim ogniu, często mieszając i pamiętając o dolewaniu po trochu wody.

Kiedy bakłażan jest już miękki, dosypujemy do garnka kaszę i wszystko dokładnie mieszamy. Próbujemy i ew. doprawiamy do smaku wedle uznania. Dorzucamy nerkowce, jeszcze raz szybko mieszamy. Przekładamy na talerze i ewentualnie dekorujemy czymś zielonym (np. odrobiną posiekanej kolendry albo dodatkowym selerem). I jemy 🙂 Smacznego 🙂

 

Kremowe „pesto” z fasoli i prosta sałatka na lunch

Zwykły wpis

Bardzo lubię smak pesto. Mniej lubię to, że jego głównym składnikiem jest oliwa. Ja wiem, że dobre tłuszcze, witaminy itp. itd. Ale osobiście, jak jem np. makaron albo sałatkę z pesto, nie żałuję sobie sosu. Żałuję natomiast, kiedy pomyślę, że właśnie zjadłam np. 1/3 szklanki oliwy, czyli plus/minus (raczej plus ;)) 600 kcal samego sosu, a do tego jeszcze makaron. Nie jestem fanatyczką diet, która liczy kalorie w każdym kęsie i odlicza ziarenka ryżu, ale jednak zwracam uwagę na to co i ile jem. I owszem, czasem zjem bombę kaloryczną, ale staram się nie robić tego codziennie 😉

A ten sos, znaleziony na blogu Oh She Glows, to pesto, które można jeść codziennie, a nawet dwa razy dziennie, dopóki Wam się nie znudzi i nie mieć żadnych wyrzutów sumienia 🙂

Składniki

  • Szklanka ciasno upakowanych liści bazylii (u mnie to były prawie 3 krzaczki)
  • Puszka białej fasoli
  • 1 duży lyb 2 mniejsze ząbki czosnku
  • Sok z połowy cytryny
  • Sól do smaku

Przygotowanie

Czosnek przecisnąć przez praskę albo posiekać, fasolę odsączyć, wszystko zmiksować. Gotowe 🙂

Sos jest mocno czosnkowy, dosyć gęsty, więc nadaje się jako pasta do kanapek. Świetny jest też do makaronu (jak to pesto ;)). Można np. ugotować porcję pełnoziarnistego makaronu, odcedzić i wrzucić z powrotem do gorącego garnka. Do tego dodać dwie kopiaste łyżki sosu (ok. pół szklanki), wymieszać i dorzucić kilka pomidorków koktailowych przekrojonych na połówki. I mamy szybki, zdrowy, kolorowy obiad.

Pieczona brukselka z żurawiną i orzechami

Zwykły wpis

Brukselka, podobnie jak szpinak, służy do straszenia dzieci w przedszkolu 😉 Do dziś pamiętam swoją przedszkolną grupę pięciolatków płaczącą nad talerzami z niemiłosiernie wymamłanym, rozgotowanym na amen i zupełnie niedoprawionym szpinakiem, który smakował chyba nie lepiej niż gdby na obiad podano gotowaną zawartość przedszkolnego trawnika 😛 Podobne wspomnienia mam w związku z brukselką – zupa „jarzynowa” z pływającą w niej jakąś szaro-zdechłą zieleniną o konsystencji… hmmm… lepiej nie mówić.

Do szpinaku już dawno się przekonałam, natomiast brukselkę omijałam szerokim łukiem, choć to takie sympatyczne warzywko 😉 Jakiś czas temu trafiłam na nią w warzywnym curry, które jadlam na mieście i o dziwo nie smakowała jak papka z trawy. Pamiętam nawet, że zdziwiłam się, że brukselka, jak widać, może być smaczna. Pomyślałam, żeby coś kiedyś z niej ugotować, ale potem jakoś zapomniałam i tak minął rok z hakiem. Parę dni temu trafiłam na artykuł pod wdzięcznym tytułem Nie morduj brukselki, właśnie o tym, że gotowana brukselka smakuje jak niewiadomoco, a jeśli się ją odpowiednio przyrządzi, może być pyszna. Tam też znalazłam przepis na dzisiejsze danie. Co prawda „ich” brukselka była smażona, ale że miałam akurat nagrzany piekarnik, to ja swoją upiekłam i też jest super 🙂 Nieskromnie powiem, że zawartość powyższego zdjęcia wraz z dodatkami wciągnęłam jednorazowo, ale jeśli podacie tę sałatkę (?) jako dodatek, spokojnie starczy na dwie porcje.

Składniki (na 1 dużą lub 2 mniejsze porcje)

  • ok 400 g brukselki
  • 2 łyżki oliwy
  • duży ząbek czosnku
  • garśc orzechów laskowych (myślę, że włoskie też będą dobre)
  • garść suszonej żurawiny
  • szczypta soli (użyłam gruboziarnistej, co dało fajny efekt, ale oczywiście może być też „normalna”)
  • szczypta świeżo mielonego pieprzu

Przygotowanie

Bruskelkę opłukać, zdjąć zewnętrzne listki, obciąć korzonki. Główki przekroić na pół „pionowo”. Włożyć do naczynia żaroodpornego. Wlać oliwę, dodać przeciśnięty przez praskę czosnek, sól, pieprz, żurawinę i orzechy. Wymieszać i piec przez 20 minut w piekarniku nagrzanym do 200 stopni. Smacznego 🙂

Wegański omlet, czyli bezjajomlet ;-)

Zwykły wpis

Jajka i omlety to jedna z rzeczy, za którymi tęsknię na diecie wegańskiej. Dlatego, kiedy znalazłam na blogu Fat Free Vegan Kitchen przepis na wegański omlet, musiałam go wypróbować. Omlet jest smaczny, choć nie należy się nastawiać, że będzie w smaku nie do odróżnienia od pierwowzoru. Ma zdecydowanie inną konsystencję – jest delikatniejszy i mniej zwarty. Mimo to naprawdę polecam. Świetne danie na szybką i zdrową kolację albo weekendowe śniadanie. Na pewno będę też pracować nad słodką wersją 🙂

Składniki (na 1 spory omlet)

  • kostka tofu naturalnego (180g) W oryginalnym przepisie było tofu jedwabiste (silken tofu) ale w Warszawie nigdzie nie mogę go dostać, a jak już jest, to cena zwala z nóg.
  • 1/4-1/3 szklanki mleka roślinnego
  • łyżka skrobii kukurydzianej lub ziemniaczanej
  • łyżka płatków drożdżowych
  • łyżka tahini
  • szczypta soli
  • szczypta kurkumy
  • szczypta papryki w proszku (opcjonalnie)
  • olej do smażenia
  • nadzienie wedle uznania – ja użyłam grillowanych warzyw. Nadzienie musi być ciepłe albo co najmniej w temperaturze pokojowej

Przygotowanie

Potrzebna jest naprawde porządna patelnia z nieprzywierającą powłoką. Patelnię należy natłuścić (wlałam ok łyżkę oleju i rozprowadziłam papierowym ręcznikiem) i bardzo dorze rozgrzać. Wszystkie składniki omletu miksujemy na jednolitą masę. Będzie zdecydowanie gęsta. Masę wykładamy na gorącą patelnię i rozprowadzamy łyżką, aby uformować mniej więcej okrągły placek. Zmniejszamy ogień i od razu wykładamy na omlet nadzienie. Przykrywamy i smażymy około 4 minuty. Teraz następuje newralgiczny moment, bo omlet trzeba złożyć na pół i najlepiej go przy tym nie rozwalić. Jak widać na załączonym obrazku, jest to możliwe 😉

Aby to zrobić, trzeba podważyć omlet ze wszystkich stron łopatką, wyczuć, z której strony będzie najłatwiej i delikatnym acz zdecydowanym ruchem złożyć 🙂 Ponownie przykrywamy całość i smażymy jeszcze 2-3 minuty. Delikatnie zsumawy z patelni na talerz i wcinamy 🙂

Wiem, że jakość zdjęć nie jest wybitna, ale było już ciemno. Lepsze zdjęcia moich kolacji przewiduję na wiosnę 😉

 

Dynia raz jeszcze – gryka z pieczoną dynią i fasolką szparagową

Zwykły wpis

Choć Festiwal Dyni organizowany przez Beę już się zakończył, u mnie w kuchni dynia nadal rządzi, choć powoli dojrzewam do zrobienia kilkudniowej przerwy 😉 Dziś mam dla Was propozycję na szybkie, proste i smaczne danie, które może być obiadem, kolacją, przekąską… Na śniadanie bym tego nie zjadła, bo moje śniadanie musi być słodkie 🙂 Co prawda ta sałatka ma słodką nutę, ale nie wystarczającą 🙂 Na każdą inną porę dnia jest jednak świetna 🙂

Miałam początkowo inne plany co do tej dyni, ale jakoś nie chciało mi się stać przy garach, więc szukałam pomysłu na coś szybkiego, a przy tym zdrowego, najchętniej bez makaronu, który ostatnio konsumuję w zbyt dużych ilościach, co daje się zauważyć w obwodzie bioder 😉 Przypomniałam sobie o leżakującej w szafce kaszy gryczanej oraz kilku przepisach, które gdzieś, kiedyś przeleciały mi przez monitor i głowę 😉 Z tych kombinacji narodził się mój dzisiejszy obiad.

Parę słów o gryce. Wbrew pozorom nie jest to zboże a pestki owocu rośliny spokrewnionej z rabarbarem i szczawiem (człowiek uczy się całe życie ;)). Jest jednak na tyle „zbożowa”, że robi się z niej mąkę, którą można wykorzystać do bezglutenowych wypieków. Badania wykazały, że spożycie gryki pomaga zapobiegać chorobom układu krążenia, wpływa na obniżenie całkowitego poziomu cholesterolu a przy tym obniżenie poziomu „złego” cholesterolu (LDL) i podwyższenie „dobrego” (HDL). Zawiera sporo rutyny, która w połączeniu z witaminą C wspomaga naszą odporność i pomaga walczyć z atakującym nas szczególnie teraz drobnoustrojstwem 😉 Ponadto jest bogata w magnez, który również korzystnie wpływa na system krwionośny, przyczynia się do obniżenia ciśnienia krwi, jest konieczny dla prawidłowej pracy mięśni i redukuje stres. Chociaż dla mnie zawsze i niezmennie najlepszym i jedynym słusznym źródłem magnezu pozostanie czekolada 😀

Zawyczaj gryka występuje u nas w postaci kaszy gryczanej palonej, ale można dostać tez niepaloną i taką właśnie kupuję, bo jest delikatniejsza w smaku, a w razie potrzeby zawsze można ją przez kilka minut uprażyć na suchej patelni i uzyskać w ten sposób paloną.

Przejdźmy do rzeczy 😉 Sałatka 🙂

Składniki (na dwie porcje obiadowe albo 3 mniejsze)

  • pół małej dyni
  • szklanka kaszy gryczanej (u mnie niepalona)
  • 2 garście mrożonej fasolki szparagowej (oczywiście może być też świeża, tylko trzeba ją pociąć na kawałki długości ok 3-2 cm)
  • 3 łyżki oleju z pestek dyni
  • 2-3 łyżki syropu klonowego lub z agawy
  • 4 łyżki sosu sojowego
  • 2 łyżki octu ryżowego (pewnie jabłkowy też się nada)
  • łyżeczka suszonego rozmarynu

Przygotowanie

Dynię kroimy na nieduże kawałki. Na dno naczynia żaroodpornego wlewamy około 1 cm wody, wkładamy kawałki dyni i pieczemy przez godzinę w 180 stopniach. Można to zrobić dzień wcześniej. Wystudzoną dynię kroimy w niedużą kostkę. Kaszę gryczaną wrzucamy do wrzącej osolonej wody i gotujemy na średnim ogniu 15-20 minut (powinna być miękka, ale się nie rozpadać. Odcedzamy i przelewamy zimną wodą. Fasolkę gotujemy na półtwardo. Mrożoną wrzucamy do wrzącej wody i gotujemy ok 5 minut, co do świeżej, to szczerze mówiąc nie wiem ;). W sporej misce mieszamy kaszę, dynię i fasolkę. Dodajemy olej z pestek dyni (moim zdaniem akurat w tym przepisie to ważne, żeby był to olej z dyni, bo jest bardzo aromatyczny. Może olej sezamowy albo jakiś orzechowy też byłby dobry…). Następnie dodajemy rozmaryn, sos sojowy, syrop z agawy i ocet. Ja użyłam takich ilości jak na liście składników, ale najlepiej to robić stopniowo i próbować po drodze, żeby smak Wam odpowiadał, zawsze można też dać więcej.

I gotowe 🙂 wcinamy 🙂

Sałatka „detox”

Zwykły wpis

Idzie zima (podobno, bo za oknem póki co całkiem ładnie ;)) a z nią sezon przeziębień, grypy i innego paskudztwa. Dlatego trzeba jeszcze bardziej dbać o to, żeby faszerować się witaminami. Mój organizm jakoś sam się ich domaga. Mimo coraz bardziej zimowej pogody nie chodzą za mną „ciężkie” zapychające dania, a wręcz przeciwnie, ciągle mi mało świeżych chrupiących surowych warzyw i owoców. Szkoda, że będą coraz droższe i trudniej dostępne, no ale cóż, nie ma co narzekać, lepiej skonsumować pyszną sałatkę, póki jeszcze warzywa nie kosztują fortuny 😉

Ta sałatka jest po prostu nieprzyzwoicie zdrowa 😀 A przy tym pyszna, sycąca, niskokaloryczna. Po prostu bomba (witaminowa). Dodatkową zaletą jest fakt, że można ją zrobić dosłownie w 5 minut, jeśli tylko jesteście szczęśliwymi posiadaczami robota kuchennego. W przeciwnym przyadku czeka Was dużo siekania 😉

Do przygotowania tej sałatki użyjcie naprawdę świeżych warzyw. Wiadomo, że zawsze im świeższe tym lepsze, ale w tym przypadku to szczególnie ważne z dwóch powodów. Po pierwsze, im świeższe warzywa, tym bardziej są soczyste i chrupiące, a nie będziemy ich gotować, więc warto, żeby ich naturalny smak był najlepszy jak się da. A po drugie, mam bardzo złe doświadczenia po zjedzeniu surowego kalafiora, który czas pierwszej świeżości miał już za sobą. Zdecydowanie Wam tego nie polecam. Zróbcie z niego zupę, a do surowej sałatki użyjcie takiego prosto z bazarku. Oryginalny przepis na tę sałatkę znalazłam na nieocenionym blogu Oh She Glows.

Składniki (na wielką miskę)

  • 1 spory brokuł
  • 1 malutki kalafior lub pół dużego
  • 2 małe lub 1 duża marchewka
  • sok z jednej cytryny
  • duża garść rodzynek
  • duża garść pestek słaonecznika
  • ok. 3 łyżki syropu z agawy lub klonowego
  • pół dużego pęczka natki pietruszki
  • sól do smaku (u mnie 2 spore szyczpty)
  • pieprz do smaku (najlepiej z młynka, naprawdę warto się na niego zrujnować)

Przygotowanie

Brokuła dzielimy na różyczki, wrzucamy do robota kuchennego i mielimy „na proszek”. Przekładamy do dużej miski. To samo robimy z kalafiorem. Marchewkę obieramy i trzemy na tarce jarzynowej. Pietruszkę drobno siekamy. Dodajemy rodzynki, pestki słonecznika, sok z cytryny, syrop z agawy, sól i pieprz. Dokładnie mieszamy i ewentualnie doprawiamy do smaku. Gotowe, smacznego 🙂